Ponad 700 tysięcy złotych długu, urzędnicza „bilokacja” i gigantyczne wypłaty za zadania, które i tak wpisano w obowiązki etatowe. Ogród Botaniczny PAN w Powsinie zamiast pielęgnować rzadkie gatunki, wyhodował – jak wynika z audytu – „zamknięty krąg wzajemnych korzyści finansowych”. Dziś sprawę badają już prokuratura i CBA, a w tle padają oskarżenia o polityczną zemstę i barwne opowieści o wybitnych naukowcach zmuszonych do przerzucania siana.
Sprawę szeroko opisał portal zero.pl. Wewnętrzna kontrola Polskiej Akademii Nauk ujawniła mechanizm, który przypominał finansowe perpetuum mobile. Między 2022 a 2024 rokiem wypłaty z umów zleceń dla etatowych pracowników wystrzeliły z niespełna 66 tys. do zawrotnych 760 tys. złotych. W tym samym czasie placówka wygenerowała gigantyczną stratę.
W jaki sposób pompowano portfele? Pretekstem okazała się przejęta przez Powsin stacja agroekologiczna w Kosewie Górnym. Zarząd błyskawicznie podpisał zlecenia na nadzór oddalonego o 250 kilometrów obiektu. Problem w tym, że kierownictwo miało ten nadzór w swoich podstawowych umowach o pracę. Audytorzy nie mieli wątpliwości, że stację potraktowano jako instrument do generowania dodatkowych pensji.
Wzajemne zlecenia i ślady po korektorze
Dokumentacja ujawnia urzędniczą farsę. Dyrektor prof. Arkadiusz Nowak oraz jego zastępca Paweł Kojs po prostu nawzajem podpisywali sobie umowy. Według papierów Nowak w ciągu dwóch miesięcy wyrobił zlecenia, które w połączeniu z etatem wymagałyby pracy po 8,5 godziny we wszystkie dni tygodnia, włączając weekendy i święta.
Jeszcze większe zdumienie budzi postawa kierowniczki kadr. Kobieta nie tylko zainkasowała z dodatkowych umów ponad 99 tys. zł w osiem miesięcy, ale też osobiście rozliczała własne zlecenia. Oficjalnie wyrabiała średnio 135 godzin dodatkowych miesięcznie, co przy pełnym etacie dawało 9,5 godziny pracy dziennie, bez ani jednego dnia wolnego. Co więcej, audytorzy odkryli, że podpisy na listach obecności, potwierdzające etatową pracę w dniach pokrywających się ze zleceniem, usunięto najprawdopodobniej korektorem.
„Harowałem od rana do wieczora”
Były dyrektor nie poczuwa się do winy. Twierdzi, że kierownictwo z dnia na dzień zostało ze stadem 600 zwierząt w Kosewie i brakiem rąk do pracy, a władze PAN miały pełną wiedzę o stosowanych umowach. Całą aferę nazywa polityczną hucpą.
– Zostaliśmy potraktowani jak niewolnicy: najpierw wykorzystani, a następnie poturbowani, żeby zwolnić etaty dla czyichś kolegów – przekonuje prof. Nowak.
Sytuację w mrągowskiej stacji opisuje z nieskrywanym dramatyzmem. – Jako profesor belwederski nosiłem siano, jeździłem traktorem i zajmowałem się zwierzętami, chociaż jestem botanikiem. Harowałem od rana do wieczora. Dlatego odczułem ulgę, kiedy ten etap się skończył – taką przedstawia teraz narrację.
Rozbieżności w godzinach pracy tłumaczy urzędniczym chaosem i nieplanowanymi wezwaniami na wyjazdy służbowe.
Tłumaczenia o „sytuacji ratunkowej” nie przekonały władz Polskiej Akademii Nauk. Prezes PAN, prof. Marek Konarzewski, potwierdził, że sprawa trafiła do prokuratury i CBA. Zarzuty to niegospodarność, działanie na szkodę interesów majątkowych jednostki i poświadczanie nieprawdy w dokumentach.


