Strona głównaMagazynCła Trumpa pod lupą

Cła Trumpa pod lupą

-

- Reklama -

Prezydent USA zapowiadał, że cła ograniczą deficyt handlowy, zmuszą zagraniczne koncerny do budowy fabryk w Stanach Zjednoczonych i przywrócą Amerykanom dobrze płatne miejsca pracy. Tymczasem część jego taryf zakwestionował Sąd Najwyższy, bilans handlowy daje niejednoznaczny obraz, a wielkie inwestycje przemysłowe trzeba oddzielić od samych deklaracji.

Donald Trump od lat przekonuje, że Stany Zjednoczone ponoszą zbyt wysokie koszty globalizacji. Jego zdaniem obce państwa i zagraniczne koncerny korzystają z dostępu do amerykańskiego rynku, podczas gdy produkcja, miejsca pracy i przemysłowe kompetencje „uciekają” za granicę. Odpowiedzią miały być nowe cła nakładane na towary sprowadzane do USA.

- Reklama -

Po powrocie do Białego Domu w styczniu 2025 r. prezydent zaczął realizować tę strategię na szeroką skalę. Wiosną ogłosił tzw. cła wzajemne, argumentując, że USA muszą odpowiedzieć na bariery handlowe stosowane przez partnerów. Podstawową stawkę ustalono na 10 proc., a wyższe taryfy objęły wiele krajów. Równolegle wprowadzano cła na wybrane towary i sektory, w tym stal, aluminium i samochody.

- Reklama -

Przesłanie prezydenta było proste: jeżeli zagraniczna firma chce sprzedawać Amerykanom, powinna produkować w Ameryce. Jeśli nie zdecyduje się na taki krok, będzie musiała liczyć się z dodatkowymi kosztami.

- Reklama -

Strategia miała jednocześnie ograniczyć import, poprawić pozycję negocjacyjną USA, zwiększyć wpływy budżetowe i zachęcić przedsiębiorstwa do inwestowania na amerykańskim rynku.

Sąd stawia granicę

20 lutego 2026 r. nastąpił przełom prawny. Sąd Najwyższy USA orzekł, że prezydent nie miał podstaw do nakładania szerokich ceł na mocy ustawy o międzynarodowych nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych z 1977 r., znanej jako IEEPA. Istota sporu dotyczyła granic władzy wykonawczej. Konstytucja przyznaje Kongresowi kompetencje w zakresie nakładania ceł i podatków. Według sądu ogólne uprawnienie prezydenta do regulowania określonych transakcji międzynarodowych nie daje mu nieograniczonej możliwości ustanawiania taryf celnych.

Wyrok nie oznaczał jednak końca całej polityki celnej Trumpa. Administracja sięgnęła ostatecznie po inne przepisy, w tym sekcję 122 i sekcję 301 ustawy Trade Act z 1974 r. Nadal obowiązują również wybrane cła sektorowe, wprowadzane m.in. z powołaniem się na bezpieczeństwo narodowe. W praktyce oznacza to, że prezydent zachował narzędzia prowadzenia polityki handlowej, ale nie może dowolnie zastępować nimi uprawnień Kongresu.

Sprawa ma także wymiar finansowy. Cła pobrane na podstawie zakwestionowanych przepisów stały się przedmiotem procedury zwrotów dla importerów. Według informacji przedstawionych w postępowaniu sądowym do końca lipca 2026 r. przekazano do wypłaty około 100 mld dolarów zwrotów wraz z odsetkami, a łączną kwotę podlegającą rozliczeniu szacowano na około 166 mld dolarów.

Czy deficyt się zmniejszył?

Jednym z najważniejszych argumentów Trumpa było ograniczenie amerykańskiego deficytu handlowego. Chodzi więc o prostą sytuację, w której wartość importu przewyższa wartość eksportu. Dane za 2025 r. nie przyniosły jednoznacznego potwierdzenia skuteczności tej strategii. Deficyt USA w handlu towarami i usługami wyniósł 901,5 mld dolarów, wobec 903,5 mld dolarów w 2024 r. Zmiana była zatem niewielka.

Jeszcze mniej korzystnie wyglądał bilans samych towarów. Deficyt wzrósł o 25,5 mld dolarów i osiągnął 1,241 bln dolarów. Import towarów zwiększył się o 143,2 mld dolarów, podczas gdy eksport wzrósł o 117,7 mld dolarów.

Nie oznacza to, że cła nie wywarły żadnego wpływu, gdyż przedsiębiorstwa mogły przyspieszać import przed wejściem nowych taryf w życie, gromadzić zapasy albo zmieniać dostawców. Takie działania utrudniają jednak ocenę efektów polityki w krótkim okresie.

Najnowsze dane za pierwsze osiem miesięcy 2026 r. pokazują jednak poprawę. Deficyt w handlu towarami i usługami był w tym okresie o 19,9 proc. niższy niż rok wcześniej. Eksport wzrósł o 11,8 proc., a import o 4,4 proc. W samym sierpniu deficyt zwiększył się do 105,6 mld dolarów, wobec 92,8 mld dolarów w lipcu.

Obraz jest więc zmienny. Widać poprawę w ujęciu narastającym, ale nie można przypisać jej wyłącznie cłom. Na bilans handlowy wpływają także kurs dolara, ceny surowców, kondycja gospodarki, inwestycje przedsiębiorstw i popyt konsumentów.

Istotne są również zmiany kierunków importu. W 2025 r. deficyt towarowy USA z Chinami zmniejszył się o 93,4 mld dolarów, lecz deficyt z Wietnamem wzrósł o 54,7 mld dolarów, a z Tajwanem o 73 mld dolarów. Część firm mogła więc przenosić zamówienia do innych państw, nie przenosząc samej produkcji do USA.

Fabryki mają wrócić

Drugim wielkim celem polityki Trumpa było stworzenie miejsc pracy. Prezydent chciał, aby koncerny motoryzacyjne, technologiczne, elektroniczne i przemysłowe budowały nowe zakłady w USA zamiast korzystać z produkcji w Azji czy innych regionach świata.

Niektóre inwestycje rzeczywiście są realizowane. Trzeba jednak rozróżnić uruchomienie fabryki, rozbudowę istniejącego zakładu oraz zapowiedź nowego projektu. Wartość deklarowanej inwestycji nie jest równoznaczna z pieniędzmi już wydanymi, a liczba planowanych etatów nie oznacza liczby osób, które już otrzymały pracę. Przykłady pokazują mimo wszystko, że amerykański przemysł rośnie.

Tajwańska firma TSMC, jeden z najważniejszych producentów półprzewodników na świecie, rozwija produkcję w Arizonie. W marcu 2025 r. zapowiedziała dodatkowe 100 mld dolarów inwestycji w USA, zwiększając łączną deklarowaną wartość amerykańskich przedsięwzięć do około 165 mld dolarów.

Plan obejmuje kolejne fabryki półprzewodników oraz zakłady związane z zaawansowanym pakowaniem chipów. Pierwsza fabryka rozpoczęła już produkcję, natomiast znaczna część dalszej rozbudowy wymaga czasu.

To istotny projekt dla bezpieczeństwa technologicznego USA. Pokazuje, że zaawansowana produkcja może być rozwijana na amerykańskim terytorium.

Południowokoreański Hyundai Motor Group uruchomił zakład samochodowy w Georgii, realizowany w ramach inwestycji o wartości około 7,6 mld dolarów. W marcu 2025 r. firma ogłosiła ponadto amerykański program inwestycyjny o wartości 21 mld dolarów, obejmujący m.in. rozbudowę produkcji samochodów oraz budowę huty stali w Luizjanie.

Część tych planów jest już realizowana, inne pozostają przedsięwzięciami wieloletnimi. Hyundai pokazuje, że duży zagraniczny producent może zwiększać produkcję w USA, a lokalizacja fabryk blisko rynku zbytu może ograniczać część kosztów i ryzyk handlowych.

Nie jest to jednak historia powrotu firmy z zagranicy. Hyundai od lat działa na rynku amerykańskim, a nowa inwestycja oznacza rozwój istniejącej obecności.

Japońska Toyota zapowiedziała dodatkowe inwestycje w amerykańskie zakłady, w tym zwiększenie produkcji hybryd w Wirginii Zachodniej. Jest to przede wszystkim rozbudowa istniejącej bazy przemysłowej, a nie przenoszenie produkcji z zagranicy.

Z kolei 25 października 2026 r. ogłoszono plan budowy pierwszej amerykańskiej fabryki Audi w okolicach Macon w Georgii. Deklarowana wartość przedsięwzięcia wynosi około 4,2 mld dolarów. Docelowo zakład ma zatrudniać około 4500 osób i produkować do 200 tys. samochodów rocznie.

To duża zapowiedź, ale na razie pozostaje zapowiedzią. Nie można jej przedstawiać jako już działającej fabryki ani istniejących miejsc pracy.

W sierpniu 2025 r. Apple ogłosił dodatkowe 100 mld dolarów inwestycji w USA. Program obejmuje m.in. współpracę z amerykańskimi dostawcami i rozwój krajowego łańcucha dostaw. Nie oznacza to jednak przeniesienia całej produkcji iPhone’ów z Azji do USA. Wartość programu obejmuje różne rodzaje nakładów, a nie wyłącznie nowe fabryki. Podobnie inwestycje NVIDII, związane z amerykańską infrastrukturą sztucznej inteligencji i produkcją superkomputerów, nie oznaczają, że cały proces wytwarzania półprzewodników został przeniesiony do USA.

Bez prostych odpowiedzi

Politykę celną Trumpa można krytykować za koszty, niepewność i ryzyko konfliktów handlowych, ale trudno odmówić jej jednego: postawiła na nowo pytanie o to, czy Stany Zjednoczone powinny bez ograniczeń godzić się na model globalizacji, w którym produkcja wielu strategicznych towarów odbywa się poza ich granicami. Trump uznał, że dostęp do największego rynku konsumenckiego świata jest atutem, którego Ameryka przez lata nie wykorzystywała wystarczająco skutecznie. Cła stały się narzędziem, za pomocą którego chce skłonić partnerów handlowych do ustępstw, a przedsiębiorstwa do ponownego rozważenia lokalizacji swoich fabryk.

Z tej perspektywy sukcesu nie należy mierzyć wyłącznie rocznym deficytem handlowym. Równie ważne jest to, czy USA odzyskują zdolność produkowania kluczowych komponentów, ograniczają zależność od pojedynczych zagranicznych dostawców i przyciągają inwestycje, które jeszcze niedawno mogły trafiać do innych państw. Fabryki półprzewodników w Arizonie, rozwój produkcji samochodów w Georgii czy inwestycje w amerykański przemysł energetyczny pokazują, że rozbudowa krajowych mocy produkcyjnych nie jest wyłącznie politycznym hasłem. To konkretne przedsięwzięcia, które mogą przynieść nowe miejsca pracy, rozwój lokalnych dostawców i większe bezpieczeństwo gospodarcze.

Ważny jest również sam efekt negocjacyjny. Amerykański rynek jest na tyle duży, że możliwość utraty dostępu do niego może skłaniać zagraniczne rządy i koncerny do ustępstw. Jeżeli część firm uzna, że produkcja w USA pozwala uniknąć ceł, skrócić łańcuchy dostaw i usprawnić obsługę klientów, Waszyngton może osiągnąć część swoich celów bez konieczności całkowitego przenoszenia zagranicznego przemysłu do Ameryki. Nawet jeśli produkcja nie wróci w całości, nowe inwestycje mogą zwiększać udział USA w strategicznych branżach.

Najbliższe lata pokażą, czy zapowiedziane inwestycje przełożą się na trwały wzrost produkcji, eksportu i zatrudnienia. Jeżeli nowe fabryki zostaną uruchomione, amerykańscy dostawcy zyskają zamówienia, a pracownicy otrzymają stabilne miejsca pracy, Trump będzie mógł wskazywać na konkretne rezultaty swojej polityki. Jeżeli natomiast inwestycje pozostaną głównie na papierze, a koszty ceł obciążą przede wszystkim amerykańskie firmy i konsumentów, argumenty zwolenników tej strategii osłabną.

Najważniejszą stawką nie jest więc samo podniesienie ceł, lecz odzyskanie przez Amerykę większej kontroli nad własną bazą przemysłową. Trump postawił na twarde negocjacje i ochronę krajowej produkcji, licząc, że koszt dostępu do amerykańskiego rynku skłoni światowych producentów do inwestowania w USA. To ryzykowna droga, ale jej potencjalnym rezultatem może być silniejsza pozycja negocjacyjna kraju, większa odporność na kryzysy dostaw i rozwój nowych gałęzi przemysłu.

Ostatecznym argumentem na korzyść Trumpa nie będą jednak jego deklaracje, ani same zapowiedzi inwestycji. Będzie nim Ameryka, w której powstają nowoczesne fabryki, rośnie rodzima produkcja, a strategiczne technologie i dobrze płatne miejsca pracy pozostają w kraju. To właśnie taki rezultat – a nie sama wojna celna – byłby najważniejszym sprawdzianem powodzenia jego strategii.

Marek Bober

Okładka Najwyższy CZAS! nr 45-46/2026

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 45-46, 2 – 15 listopada 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

Najnowsze