Rozpętałem mini-burzę, wtrącając się w dyskurs p. Jana Marii Rokity z tzw. „Prawicą”, czyli PiSmenami. Rzecz w tym, że tygodnik „Sieci” (stojący za jednym z odłamów PiSu…) zamówił tekst u p. Rokity – po czym go… nie wydrukował. Więc wpakowałem się, jak mawia p. Grzegorz Braun, między wódkę a zakąskę – pisząc:
„P. Jan Maria Rokita, wybitny publicysta konserwatywno-liberalny, ocenił wypowiedź WCzc. Przemysława Czarnka wzywającego do wstrzymania jakiejkolwiek pomocy wojskowej dla Ukrainy:
Z obozu Tuska słychać najczęściej oklepany argument, iż Czarnek mówi to samo co Putin. To prawda, że mówi to samo. Ale w moim przekonaniu obrazą rozumu jest pogląd, wedle którego w żadnej kwestii nie wolno nikomu myśleć tak jak Putin. Sam w co niektórych materiach myślę zresztą tak samo jak Putin, choćby wtedy, gdy kremlowski tyran kpi sobie (w swoich mowach wałdajskich) z propagowanego na Zachodzie nierozróżniania płci, dodając ze śmiechem, że Rosja już przebyła tę ciężką chorobę za rewolucji bolszewickiej i zna jej opłakane skutki. Rzecz więc nie w tym, że Czarnek mówi to samo co Putin, ale w tym, że z premedytacją uzasadnia i legitymizuje plan likwidacji państwowości ukraińskiej.
Otóż ja też czasem nie tylko mówię »jak Putin«, ale i wychwalam reformy, jaki JE Włodzimierz Putin wprowadził w Rosji na początku swego panowania. Czasem mówię też »jak Czarnek«, a nawet »jak Rokita«. Jednak staram się pisać rzeczowo.
Otóż twierdzę, że ta wojna nie jest (na razie?) »naszą wojną« – a utrata przez Ukrainę rosyjskojęzycznych obszarów, przekazanych Ukrainie przez nienawidzących Rosjan bolszewików, nie jest naszym problemem. Raczej przeciwnie: osłabienie naszego potencjalnego wroga, jakim jest Ukraina, jest dla nas korzystne.
W interesie III Rzeczypospolitej jest jednak, by niepodległa Białoruś i niepodległa Ukraina oddzielały nas od Rosji. Dlatego III RP powinna jasno oświadczyć, że wkroczy do wojny, gdyby zakusy Federacji Rosyjskiej wykraczały poza tereny rosyjsko-języczne – czyli: Sumy, Charków, Donbas, Zaporoże, Taurydę, Jedysan (Odessę) i Budziak. Jednak wstrzymanie przez Polskę pomocy wojskowej niczym takim nie grozi.
Dlatego oskarżenie p. Rokity, że wstrzymanie pomocy »legitymizuje plan likwidacji państwowości ukraińskiej«, jest całkowicie nieuzasadnione. Nie wiem, jak p. Czarnek – ale ja chcę mieć niepodległe państwo ukraińskie. Natomiast zbyt silne niepodległe państwo opierające się o tradycje Nalewajki, Chmielnickiego, Gonty i Bandery mnie przeraża.
Każdy konserwatysta, nawet liberalny, powinien dbać o równowagę w polityce. Równowaga wśród narodów opiera się na tradycjach i sentymentach. Natomiast ocena równowagi wśród państw opiera się liczeniu potencjału ludnościowego, rolnego, przemysłowego i zbrojeniowego. Ukraina była np. 10. na świecie producentem uzbrojenia. Jeśli po wojnie i utracie Donbasu stanie się np. 16., – to powinniśmy się cieszyć, a nie martwić.
I rozbudowywać swój potencjał. Bo znaleźliśmy się w kleszczach między Niemcami i Ukrainą. I możemy mieć z tego powodu poważne kłopoty.
PS. Gdyby – odwrotnie – groziło załamanie się Federacji Rosyjskiej i wcielenie do Ukrainy Słoborszczyzny, Siewierszczyzny i Kubania – to III RP powinna wkroczyć do wojny po stronie Federacji Rosyjskiej!”.
Wśród licznych komentarzy znalazł się i taki. (Tedy Takijedeni) napisał:
„Chciałby Pan mieć ciastko i zjeść ciastko…. Sam sobie Pan zaprzeczył – dobrze, aby Ukraina nas oddzielała od Rosji i źle, bo znajdujemy się i znajdziemy się w jeszcze większych kleszczach między Ukrainą i Niemcami…. Ba! Pisze Pan nawet takie »bezeceństwa«, że możemy mieć z tego powodu poważne kłopoty… Otóż (moim zdaniem) dobrze byłoby, abyśmy w końcu ułożyli sobie w miarę poprawne i racjonalne stosunki z Rosją i Białorusią, a wówczas: po co nam ukraiński bufor, kiedy i tak graniczymy z Rosją i Białorusią na długości łącznej ~640 km.? I wierzy Pan w bajkę, że w razie »draki« RP z FR Ukraińcy nie przyłączą się znienacka do FR, aby uszczknąć »co nieco« z potencjalnych rosyjskich zdobyczy? (…) Po co nam więc »bufor ukraiński« jako połówka kleszczy UA-DE?”.
To dotyczy sprawy zasadniczej – i nie jestem w stanie zrozumieć, że ktoś tego nie rozumie. Otóż w polityce nie ma rozwiązań „dobrych” czy „złych” – są tylko „lepsze” i „gorsze”. I to, co napisałem, oznacza, że wolę być w kleszczach między Niemcami i Ukrainą – niż między Niemcami a potężną WszechRusią, która wchłonęłaby Ukrainę, Białoruś i Północny Kazachstan – wedle programu słynnego opozycjonisty sowieckiego śp. Aleksandra Sołżenicyna. To takie kleszcze są „większe”, by użyć terminologii mego Polemisty.
Oczywiście, gdyby FR połknęła Białoruś, geopolityka zmieniłaby się w sposób zasadniczy. Natomiast obecnie graniczymy z Rosją tylko w takim sensie, w jakim Brazylia graniczy z Francją (to zresztą jest najdłuższa francuska granica lądowa!) – i, podobnie jak Brazylia z Francją, nie mamy z tego powodu z Rosją żadnych sporów terytorialnych – Rosjanie nie domagają się ani Fromborka, ani Węgorzewa… Z kolei Polska mogłaby Okrąg Królewiecki zgarnąć jedną ręką – jest tam tylko ok. 500 podstarzałych sołdatów (nie licząc moriaków w porcie!) – tyle że wtedy posypałby się na nas grad rakiet, a żadne państwo NATO nie czułoby się w przypadku naszej agresji zobowiązane do ruszenia palcem w naszej obronie.
Ja też chcę mieć dobre stosunki z Rosją – ale każdy posiadacz nieruchomości wie, że z sąsiadem miewa się spory o miedzę lub o jabłka – a z sąsiadem sąsiada: nie! I właśnie dlatego, że chce mieć dobre stosunki z FR, nie chce z nią mieć wspólnej granicy.
Bo spory sąsiedzkie rozwijają się niezależnie od osobowości ludzi. Ja mogę mieć z sąsiadem przyjaźń – ale już nasi synowie mogą się z jego synami pokłócić. I właśnie by tego uniknąć, należy starać się nie być sąsiadem państwa, z którym wolelibyśmy mieć dobre stosunki.
Np. jednym z absurdów sanacyjnej polityki był postulat „wspólnej granicy z Węgrami” – bo jesteśmy „bratankami”. Ale właśnie dlatego, byśmy się nadal kochali, dobrze jest, że między nami jest Słowacja, która i z nami, i z Węgrami ma spory terytorialne. Gdyby Polska wchłonęła Słowację, pozostawiając Węgrom tereny węgierskojęzyczne – to od razu zaczęłyby się spory o przebieg granicy – i nie minęłoby i 200 lat, a pojawiłaby się między nami wrogość.
I tyle o geopolityce.
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 31-32, 27 lipca – 9 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

