Hiszpański rząd Pedro Sancheza mocno nalega na to, aby wszystkie kraje UE zapożyczyły się na jego własne potrzeby. Niestety ten niedorzeczny pomysł ma pewne szanse realizacji. Hiszpania pod rządami koalicji robotniczo-socjalistycznej cierpi jeszcze bardziej niż Polska oddana pod zarząd Donalda Tuska. W ostatnich dniach obywatele mogli wprawdzie na chwilę zapomnieć o większości zmartwień za sprawą triumfu narodowej reprezentacji na mistrzostwach świata w piłce nożnej, ale ich szarą codzienność wypełniają takie wydarzenia jak choćby legalizacja pobytu nawet 1,2 mln nielegalnych nachodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu.
Skrajnie skorumpowany Sanchez dąży nie tylko do Wielkiego Zastąpienia rodzimej populacji, ale także do powiększenia bazy wyborców, których coraz bardziej mu ubywa. Tworzące koalicję ugrupowania utraciły od czasu wyborów z 2023 r. nawet 12 pkt proc. poparcia, co na ten moment oznaczałoby utratę władzy. Dodatkowy zastrzyk „nowych Hiszpanów” nie pomógłby jeszcze wprawdzie odmieć wyniku najbliższych wyborów, ponieważ osoby ze świeżo zalegalizowanym pobytem nie miałyby jeszcze prawa do głosowania. W dłuższej perspektywie owe 1,2 mln imigrantów może jednak okazać się klasycznym języczkiem u wagi.
Dobrobyt na kredyt
Jak na socjalistę przystało, Pedro Sanchez spycha konsekwentnie swój kraj ku krawędzi bankructwa. Sprawując władzę od 2018 r. zdążył zwiększyć poziom zadłużenia z poziomu 91 proc. do aż 107 proc. PKB. Wpływ na to miało m.in. zwiększenie zatrudnienia w administracji publicznej aż o 600 tys. osób oraz ciągłe zwiększanie poziomu transferów socjalnych.
Opierając swoją politykę na zwiększaniu obciążeń podatkowych dla przedsiębiorców i zamożniejszych obywateli, Sanchez zdobył sobie przychylność znacznej części społeczeństwa, której spodobała się wizja „dobrobytu” budowanego w oparciu o dług. Po ośmiu latach rządów robotniczo-socjalistycznych coraz bardziej okazuje się, że tłuste lata Hiszpania ma już za sobą. Rentowność 10-letnich obligacji wzrosła w ostatnim czasie do poziomu nawet 4,1 proc., co stanowi wprawdzie wciąż lepszy wynik niż w czasie pamiętnego kryzysu długu publicznego państw strefy euro z lat 2011–2012, lecz daje spore powody do niepokoju.
Złóżcie się na nasz dług
Pragnąc temu przeciwdziałać, lewicowy minister finansów Carlos Cuerpo przedstawił niedawno w Brukseli plan emisji kolejnych transzy wspólnego, unijnego długu, który miałby w praktyce umożliwić Hiszpanii wydawanie cudzych pieniędzy na własne fanaberie. Zdaniem przedstawiciela hiszpańskiego rządu Unia Europejska powinna zapożyczać się rocznie na kwotę aż 850 mld euro, czyli niemal dokładnie tyle, ile pierwotnie wynosił całkowity budżet kilkuletniego funduszu NextGenerationEU (znanego także jako Fundusz Odbudowy). Wspólne zadłużanie, usprawiedliwiane w momencie ogłoszenia jako rozwiązanie nadzwyczajne, miałoby się zdaniem hiszpańskich socjalistów-komunistów przekształcić w permanentny środek wzmacniający pozycję Unii na międzynarodowych rynkach kapitałowych.
W Brukseli propozycji Cuerpo nikt kategorycznie nie odrzucił, choć w praktyce oznacza ona przerzucenie na całą wspólnotę finansowej odpowiedzialności za rozrzutność hiszpańskich socjalistów. Jak argumentował Hiszpan, scentralizowany mechanizm pożyczania środków na rynkach mógłby przynieść oszczędności rzędu 5 mld euro rocznie, a w razie gdyby łączna suma emisji unijnego długu przekroczyła wartość 5 bln euro, „oszczędności” wyniosłyby nawet 25 mld euro rocznie.
W ostatnich latach eurokraci odmieniają wciąż przez wszystkie przypadki słowo „konkurencyjność”, gdyż pragną tym samym zasygnalizować, że zrozumieli wreszcie swoje błędy. W rzeczywistości interesuje ich wciąż tylko centralizacja, co najlepiej widać na przykładzie unijnego długu. Sednem całego przedsięwzięcia jest bowiem chęć odebrania krajom członkowskim dotychczasowych zdolności prowadzenia suwerennej polityki finansowej w imię „oszczędności” i „wzmacniania pozycji strefy euro” oraz „integracji rynków finansowych”.
Zadłużając się jako liczące łącznie ponad 440 mln mieszkańców wielkie europejskie państwo jest w stanie uzyskać przejściowo lepszą wycenę swoich zdolności finansowych, ale tylko do czasu. Gdyby nawet Bruksela dopięła swego i zaprowadziła swoje autorytarne, scentralizowane rządy, to i tak nie zmieni to faktu, że w skład Państwa Europa będą wchodziły te same co dziś państwa członkowskie, które w większości są potwornie zadłużone i coraz bardziej dysfunkcyjne na wielu różnych poziomach. Federalne Państwo Europa początkowo byłoby w stanie zadłużać się po niższych kosztach niż obecnie poszczególne państwa członkowskie, lecz w dłuższej perspektywie korzyść ta zniknęłaby.
Konkurencja dla Ukrainy
Na europejskich salonach nikt jednak nie chce przyjąć tego do wiadomości, a hiszpańska propozycja jest przedmiotem poważnej dyskusji. Do tej pory zakładano bowiem, że permanentnego uzasadnienia dla zwiększania poziomu unijnego długu dostarczać będzie wojna na Ukrainie. Berlin, Paryż i Bruksela robią, co tylko mogą, aby konflikt trwał jak najdłużej, ponieważ dzięki niemu możliwe byłoby ogłaszanie kolejnych funduszy SAFE, stwarzających przy okazji pretekst do budowy wspólnej europejskiej armii.
Niewykluczone jednak, że sugerowany przez Hiszpanię pretekst dla ekspansji unijnego długu może okazać się równie użyteczny wobec perspektywy narastających trudności z wypłacalnością kolejnych państw. Do grona najbardziej zadłużonych krajów oprócz Grecji należą m.in. Włochy (prawie 139 proc. PKB), Francja (117 proc.) czy też Belgia (109 proc.). Kryzys finansów publicznych rozlewający się strefie euro może tym samym stworzyć idealny pretekst do tego, aby powiększyć pulę unijnego długu o kolejne setki miliardów euro.
Szczęśliwie nawet w Unii Europejskiej są jeszcze środowiska, które posiadają jeszcze resztki zdrowego rozsądku. W takich krajach jak Niemcy, Austria czy też Holandia skłonność części elit politycznych do ręczenia za długi południowców jest tradycyjnie niewielka. W związku z tym ewentualne wspólne zapożyczenie się w celu ratowania rządu Sancheza może napotkać jeszcze wiele przeszkód.
Przyspieszająca federalizacja
Federalizacja Unii Europejskiej przyspiesza ostatnio w wielu różnych obszarach. Bruksela wymusza wspólną politykę imigracyjną, klimatyczną, energetyczną, obronnościową czy też zagraniczną. Żadnego z tych obszarów nie można bagatelizować, lecz stosunkowo największe sukcesy eurokraci osiągają w zakresie wspólnego zadłużania, które zwiększane jest po cichu, metodą małych kroczków.
Największym zwolennikiem eurodługu już wkrótce mogą stać się bankrutujące rządy takich państw, jak Hiszpania, które nie potrafiąc przyznać się do totalnej porażki swojej polityki, będą szczególnie skłonne do tego, aby sięgać po skrajne rozwiązania. Tonący hiszpański rząd Sancheza jeszcze zanim odda władzę, bardzo chce chwycić się brzytwy wspólnego zadłużenia i nie liczy się zupełnie z tym, że przy okazji może skaleczyć pół Europy.
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 31-32, 27 lipca – 9 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

