Strona głównaMagazynElity szkolą armię cenzorów. „Zwalczanie” antysemityzmu i rasizmu nie ma końca

Elity szkolą armię cenzorów. „Zwalczanie” antysemityzmu i rasizmu nie ma końca

-

- Reklama -

Uczelnia Sciences Po Paris kształciła do niedawna elity polityczne Francji. Teraz kształcić będzie „inżynierów demokracji” w kontekście „wojny informacyjnej”, czyli fachowców od cenzurowania treści. Od początku roku akademickiego 2027 Sciences Po ma kształcić „nowe pokolenie ekspertów”, których zadaniem będzie „wykrywanie kampanii dezinformacyjnych i opracowywanie odpowiedzi informacyjnych” dla mediów, przedsiębiorstw i organów publicznych. Inżynierowie ci zostaną wysłani na wojnę z prawdziwymi lub urojonymi „fake newsami”. To nic innego jak specjalna szkoła cenzorów, a ingerencja w wolność słowa wkracza w nową fazę „postępowej świątyni francuskiej edukacji elitarnej”.

Uniwersytet Nauk Politycznych w Paryżu ogłosił utworzenie nowego programu studiów magisterskich na kierunku, który nazwano: „Badania, analiza i integralność informacji”. Kierunek rusza już we wrześniu 2027 roku. Zadeklarowany cel: wyszkolenie rocznie około trzydziestu „analityków dezinformacji”, zdolnych nie tylko do wykrywania manipulacji, ale przede wszystkim do tworzenia „odpowiedzi” na rzecz mediów, państwa lub firm prywatnych. Marie Mawad, dziekan Wydziału Dziennikarstwa Sciences Po twierdzi, że jest to „pierwszy program bezpośrednio podejmujący wyzwanie naszych czasów: wojnę informacyjną”. Inicjatywę pochwaliła Anne-Sophie Dhiver, zastępca dyrektora Viginum, oficjalnej służby ds. zwalczania manipulacji w Internecie. Dhiver współpracowała przy tworzeniu programu tych studiów i postrzega to jako sposób na „ochronę integralności naszej debaty publicznej i wzmocnienie naszej suwerenności”.

- Reklama -

Program studiów obejmuje techniki śledcze oparte na kodzie źródłowym, identyfikacje manipulacji cyfrowych, strategie obrony i kontrataku, odpowiedzialne wykorzystanie sztucznej inteligencji. Absolwenci będą mogli zostać dziennikarzami, ale także wykorzystać swoje talenty na rzecz państwa, aby np. chronić „proces wyborczy”. Z tej okazji Sciences Po Paris przedstawiła się jako instytucja szkoląca „inżynierów demokracji”.

Inicjatywa ta wpisuje się w kontekst, w którym również politycy podejmują działania mające na celu zwalczanie „ingerencji” oraz blokowanie wolności słowa i wypowiedzi. We Francji istnieje ustawa z 2024 roku, która ma na celu „zapobieganie ingerencji zagranicznej”, ale Senat niedawno debatował i przedstawił rekomendacje dotyczące koncepcji zapobiegania „ingerencji wewnętrznej”. To już brzmi groźnie i nie ma wątpliwości, że zapędy cenzorskie Senatu to próba kontroli wyborów prezydenckich w 2027 roku i kampanii.

Na swoim blogu Marine Le Pen, prawicowa kandydatka na prezydenta, napisała, że „tworząc pojęcie wewnętrznej ingerencji, utożsamia się francuskich obywateli, stowarzyszenia, kolektywy, zwykłych uczestników debaty publicznej, z wrogimi siłami prowadzącymi operacje wpływu”. Swoją drogą, czym to się różni od rosyjskiej ustawy o „agentach zagranicznych”?

Cenzorskie zapędy Republiki przed wyborami

W tym kontekście program magisterski Sciences Po jawi się jako odpowiedź akademicka na zapotrzebowanie państwa i jego cenzorskie zapędy. Media społecznościowe spowodowały, że zaufanie odbiorców do „tradycyjnych” mediów i instytucji jest kruche, więc przystąpiono do ich „naprawiania”. W jakim kierunku to pójdzie, raczej łatwo sobie odpowiedzieć, biorąc pod uwagę, że uczelnia, która ma kształcić owych „inżynierów demokracji” jest od lat oskarżana o mocno lewacki dryf…

Jeszcze bardziej niebezpieczny jest jednak ostatni raport Senatu, który podaje sposoby regulowania „szarej strefy informacji”. Pod tym nieszkodliwym, technokratycznym tytułem kryje się przedsięwzięcie utworzenia aparatu monitorowania i cenzurowania już nie „ingerencji zagranicznych”, ale podmiotów krajowych. W dokumencie jest mowa o „niezależnym obserwatorium dezinformacji”, o zwalczaniu „ingerencji wewnętrznej”, o „wzmocnieniu obowiązków platform internetowych”. Dochodzi do tego postulat odpowiedzialności karnej za korzystanie z własnego rozumu w mediach społecznościowych. Jak to zwykle bywa, niby chodzi o walkę z „dezinformacją”, ale to już poważny krok ku narzucaniu orwellowskiej rzeczywistości.

Polityk prawicy i znany publicysta Jean Messiha przypomniał w tym kontekście zdanie George’a Orwella z „Roku 1984”: „Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość; kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość”. Jego zdaniem w takim kierunku zmierza utworzenie owego „obserwatorium dezinformacji”, które zostanie namaszczone na depozytariusza jedynej słusznej prawdy. Messiha dodaje, że „Senat przypisuje sobie monopol na definiowanie rzeczywistości. Problemem nie jest już zwalczanie manipulacji pochodzących z Moskwy czy Pekinu – państwo dysponuje już narzędziami do ich wykrywania – ale raczej tropienie tych „wewnętrznych ingerencji”, których jedyną możliwą definicją jest każda wypowiedź zakłócająca konsensus ustanowiony przez elity”. Dodaje, że pozwala to „na dorozumianą kryminalizację opozycji politycznej, intelektualnego sprzeciwu i zwykłego zdrowego rozsądku, który nie daje się podporządkować algorytmom poprawności politycznej”.

Messiha uważa, że raport Senatu „ucieleśnia łagodną, pełzającą tyranię; nie proponuje gilotyn ani obozów; proponuje komisje, obserwatoria, algorytmy raportowania i surowsze wymogi moderacji. Nie prześladuje otwarcie; marginalizuje, dyskredytuje i etykietuje”. Powoli przekształca wolność mówienia prawdy w obiekt podejrzeń. Polityk zauważa, że obecnie „podnosi się cenzorów do rangi senatorów, informatorów do rangi niezależnych ekspertów, a algorytmicznych szpiegów do rangi gwarantów prawdy”. Dzieje się tak dlatego, że „rząd, czując, że jego wpływ na opinię publiczną słabnie, atakuje wolność słowa. Za czasów Restauracji, rozporządzenia z 1820 roku ograniczały prasę. Za czasów monarchii lipcowej ustawa z 1835 roku zwalczała karykatury i „wywrotowe” teksty. Za każdym razem wysuwano te same argumenty: ochrona porządku publicznego, walka z fake newsami, zachowanie spójności narodowej. Za każdym razem prawdziwym celem była ochrona rządu przed krytyką społeczną. Raport Senatu wpisuje się w ten długi ciąg aktów niszczących wolność. Różni się jedynie technologiczną nowoczesnością: tam, gdzie dawni cenzorzy niszczyli maszyny drukarskie, nowi chcą niszczyć algorytmy dystrybucji. Tam, gdzie gazety były zakazywane, teraz celem jest kneblowanie karami, ale cel jest ten sam: uciszanie tych, którzy myślą inaczej”.

Rzeczywiście, media społecznościowe przełamały monopol wyznaczonych odgórnie ram i form informacji. Pozwoliły ludziom ominąć „główne media”, które „przez dekady filtrowały, sterowały i eufemizowały rzeczywistość”. Piszą wprost o kosztach masowej imigracji, zagrożeniu bezpieczeństwa, wywłaszczaniu kulturowym. I nie Chodzi tu o fake newsy, ale o autentyczny głos opinii publicznej „bez pośredników”. Uwagę zwraca także orwellowska zmiana znaczeń pojęć. Rzekomo chodzi o „ochronę debaty publicznej przed manipulacją, ochronę obywateli przed »mową nienawiści«, ochronę demokracji przed »ingerencją«”. W rzeczywistości chce się zakazać wolności nazywania rzeczy po imieniu, odrzucenia eufemizmów polit-poprawności, dzielenia się tym, co filtrują media oficjalne. Kiedy oficjalna narracja nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością, próbuje się ją stłumić, ale jak zauważa Messiah, to przecież także oznaka i przyznanie się do „słabości rządu, który ucieka się do przymusu”.

„Zwalczanie” antysemityzmu i rasizmu nie ma końca

Kolejny przykład narzucania cenzury we Francji to projekt ustawy o „Zwalczaniu antysemityzmu i rasizmu”. W wielu krajach UE przypomina podobne „walki” toczone w latach istnienia państw socjalistycznych, a to z alkoholizmem, a to bumelanctwem albo pasożytnictwem. Wszystkie „walki” były przegrywane, aż do czasu zmiany systemu…

Podobnie rzecz ma się z rasizmem i antysemityzmem. Tak się akurat dzieje, że fala antysemityzmu pojawia się w Europie najczęściej ze strony „ofiar rasizmu”. Łączenie tych „walk” jest sprzecznością samą w sobie i zabiegiem propagandowym. To przybywający do Europy wyznawcy islamu przenoszą tu swoje antyizraelskie resentymenty. Z kolei sami też są chronieni, bo ich atakowanie to przecież „rasizm”. I tak ta zabawa w europejski „humanitaryzm” trwa od lat i niczego nie zmienia.

Najnowszy przykład takich „walk z wiatrakami” pochodzi właśnie z Francji, która ma największą diasporą żydowską w Europie i zarazem najliczniejszą diasporę muzułmańską. Teraz opracowali tam projekt ustawy o „spójności republikańskiej”, czyli „wzmocnienie ram prawnych w celu zwalczania antysemityzmu i rasizmu”. Powodem jest „wzrost liczby aktów antysemickich i rasistowskich” i rząd zamierza zaostrzyć politykę karną. 9 lipca projekt ustawy o „spójności republikańskiej” został przedstawiony na Radzie Ministrów. Ma też na celu „zapewnienie lepszego wsparcia ofiarom”. Rząd ma nadzieję, że ustawa zostanie uchwalona przed końcem tego roku.

Autorem ustawy jest minister ds. walki z dyskryminacją Aurore Bergé. Francja posiada już jeden z najbardziej rozbudowanych w Unii systemów prawnych służących „zwalczaniu rasizmu i antysemityzmu” (od ustaw Pleven i Gayssot po przepisy ustawy Avia), ale jak widać, ciągle za mało, kiedy chce się karać skutki, a nie przyczyny. Kluczowe środki ustawy obejmują możliwość „systematycznego wnoszenia pozwów cywilnych przez stowarzyszenia antyrasistowskie i antysemickie”, możliwość składania skarg przez agendy rządowe, surowsze kary (tymczasowe aresztowania recydywistów), wydawanie międzynarodowych nakazów aresztowania za rasistami i antysemitami, nowe uprawnienia dla platformy Pharos w zakresie usuwania treści szerzących nienawiść w Internecie.

Jeden z przepisów stanowi, że urzędnicy, radni i posłowie skazani za rasizm nie będą mogli sprawować funkcji publicznych. To już doskonały sposób także na kneblowanie jakiejkolwiek krytyki czy to polityki Izraela, czy zjawiska imigracji. Np. łączenie imigracji ze wzrostem przestępczością może być uważane za „akt rasistowski”… Nawet oficjalne media stwierdzają, że to „potencjalnie groźne narzędzie przeciwko części opozycji po prawej stronie…”. Jeśli ustawa przejdzie do końca 2026 roku, to może też przydać się obozowi prezydenta Macrona w trakcie kampanii wyborczej.

 


Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 31-32, 27 lipca – 9 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

Najnowsze