W mającym realne szanse na triumf w przyszłorocznych wyborach prezydenckich Jordanie Bardelli Francja nie znajdzie swojego długo wypatrywanego wybawiciela. Jeśli ostatecznie to Marine Le Pen zastąpi go w walce o Pałac Elizejski, Bardella ma szansę zostać premierem. Ten pełniący funkcję przewodniczącego Zjednoczenia Narodowego polityk odwiedził niedawno Polskę. W czasie swojego pobytu spotkał się m.in. z Karolem Nawrockim, Krzysztofem Bosakiem, Jarosławem Kaczyńskim oraz udzielił wywiadów m.in. kanałowi Zero czy też telewizji wPolsce24.
Klucz doboru rozmówców, stacji i tytułów prasowych, którym poświęcił uwagę Jordan Bardella, jest dość oczywisty. Wystarczy wspomnieć, że francuski polityk znalazł czas, aby złożyć kwiaty pod Pomnikiem Bohaterów Getta. Dla niektórych był to zaledwie subtelny akcent, lecz w polityce Bardelli proizraelskość stanowi wręcz jeden z głównych wyróżników.
Krok ku centrum zamiast walki
Tuż przed oddaniem numeru do druku, niespodziewanie, Marine Le Pen ogłosiła, że wystartuje w wyborach prezydenckich we Francji w 2027 roku pod hasłem „Odrodzenie dla Francji”. Umożliwi jej to łagodniejszy wyrok paryskiego sądu apelacyjnego z 7 lipca 2026 roku. Jednak Bardella wciąż pozostaje w grze. Le Pen zapowiedziała, że zostanie on premierem, jeśli ona wygra wybory prezydenckie.
„Prawicowy Ken” był przygotowywany do stanięcia w szranki o Pałac Elizejski już od kilku lat. Był zapowiadany jako kandydat na prezydenta głównie po to, aby zaprezentować wyborcom nowe oblicze partii, która w 2018 r. zmieniła nazwę z Frontu Narodowego na Zjednoczenie Narodowe. Zmiana szyldu była rzeczywiście adekwatna, ponieważ zdejmując akcent z „walki” (co sugerował „front”) i kładąc go na „zjednoczeniu”, partia zintensyfikowała swój marsz w kierunku centrum. Jeszcze w czasach Jean-Marie Le Pena Front Narodowy postulował m.in. opuszczenie Unii Europejskiej, powrót do franka i ostro krytykował środowiska żydowskie. Zjednoczenie Narodowe Bardelli i Marine Le Pen dokonało powolnej, lecz skutecznej ewolucji poglądów, w efekcie czego spośród najważniejszych starych postulatów głosi dziś przede wszystkim konieczność walki z masową imigracją.
Wypowiedzi Bardelli na temat konieczności przeprowadzenia masowej akcji deportacyjnej dla ludności, która uczyniła Francję najbardziej kolorowym państwem Europy, są niezmiennie bardzo ostre i zdecydowane. Z tego właśnie powodu wiele osób może odnieść złudne wrażenie, że ma do czynienia z politykiem konsekwentnie prawicowym. Zapomina się przy tym najczęściej, że postulaty zwalczania muzułmańskiego ekstremizmu głoszą także środowiska syjonistyczne oraz chrześcijańskich syjonistów.
Bardella chrześcijaninem nie jest, choć pochodzi z rodziny włoskich imigrantów. Określa sam siebie jako ateista, który sympatyzuje z chrześcijaństwem. W historii było już wielu ateistów, którzy odegrali znaczną rolę w ruchu konserwatywnym (by wspomnieć choćby lidera Action Française Charlesa Maurrasa), lecz w przypadku Bardelli ten scenariusz się nie zrealizuje.
Cukierkowy image
Zacznijmy od tego, że lider Zjednoczenia Narodowego ma bardzo cukierkowy wizerunek, który byłby może akceptowalny, gdyby nie znany dobrze fakt, że czuwa nad nim specjalny team od marketingu politycznego. Jego wyuczone formułki, które mają zdobyć serca przerażonych masową imigracją wyborców, brzmią przekonująco tylko dla tych, którzy nie mają bladego pojęcia o politycznym rzemiośle.
Rzecz nie w tym, czy Bardella przeprowadzi wielką akcję deportacyjną, gdyż istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że właśnie jemu się ona powiedzie. Problemem jest to, że dokona tego jako członek proizraelskiej międzynarodówki, do której niewątpliwie przynależy. Obietnica rozwiązania kryzysu imigracyjnego stała się w ostatnich latach głównym wabikiem, jakie środowiska polityczne zorientowane na Izrael zastosowały wobec wyborców na całym świecie. Najlepszym tego przykładem są Stany Zjednoczone, które w Donaldzie Trumpie znalazły nie tylko przywódcę, który wreszcie uszczelnił granicę, ale także prezydenta szokująco uległego względem Żydów.
Drugim przykładem, do którego dość często nawiązuje sam Jordan Bardella, jest Salwador, którym od kilku lat rządzi odczuwający szczególny sentyment względem Ściany Płaczu Nayib Bukele. Prezydentowi skromnego, latynoskiego państwa udała się przy walnej pomocy izraelskich służb oraz dostawców rzecz absolutnie niebywała: jedno z najbardziej niebezpiecznych i podporządkowanych gangom państw zamienił w oazę spokoju, zamykając kilkadziesiąt tysięcy osób w wielkim, naszpikowanym izraelską elektroniką więzieniu.
Bardella zapowiedział, że wzorem Salwadora chciałby zbudować nowe więzienia i zaostrzyć kary dla przestępców. Z pewnością we Francji nie da się zastosować tych samych środków nadzwyczajnych co w Ameryce Łacińskiej (jak choćby masowych aresztowań bez indywidualnych postępowań), lecz wprowadzenie ścisłej kontroli granic wzorem amerykańskim jest jak najbardziej możliwe.
Nawiasem mówiąc, przykład Salwadoru czy Stanów Zjednoczonych pokazuje, że rozwiązanie kwestii masowej imigracji i związanej z nią nieokiełznanej przestępczości jest dość banalne. Dostępne dziś technologie można z powodzeniem wykorzystywać do uszczelnienia granic i zapewnienia bezpieczeństwa – o ile tylko jest do tego wola. Rzecz niestety w tym, że międzynarodówka proizraelska chce sobie uzurpować rolę jedynego środowiska w polityce międzynarodowej zdolnego wyczyścić dany kraj z mas imigrantów i przestępczości.
Normalna prawica?
Bardella ochoczo wpisuje się w ten schemat, reklamując siebie jako upragnioną i długo wyczekiwaną „normalną” prawicę, która wreszcie zrobi w kraju porządek. Uważne prześledzenie postulatów pozwala jednak wątpić w to, czy rzeczywiście mamy w jego przypadku do czynienia z jakkolwiek pojętym kontrrewolucjonistą. Bardella m.in. nie zamierza likwidować wprowadzonych już do francuskiego prawa tzw. związków jednopłciowych, nie przewiduje zmian w obecnie obowiązującym prawie aborcyjnym (dopuszczającym aborcję do 14. tygodnia ciąży) oraz co do zasady nie zamierza negować polityki klimatycznej jako takiej.
Otoczony gronem sprawnych doradców Bardella wie, w jaki sposób zyskiwać przychylność poszczególnych środowisk. Niedawno bronił m.in. stanowiska Polaków przeciwko ukraińskiej ustawie gloryfikującej UPA. Od czasu, gdy w październiku 2023 r. wybuchła na Bliskim Wschodzie wojna, wziął jednak jednoznacznie stronę Izraela, a w ubiegłym roku odwiedził nawet to państwo pomimo przeprowadzanego przez niego ludobójstwa w Gazie.
Bardella gra w proizraelskim teamie Trumpa, ale wobec tradycyjnego braku sympatii wobec USA nad Sekwaną pozoruje swoją powściągliwość względem niego. Otoczenie Trumpa również nie okazuje Bardelli żadnych szczególnych względów, ponieważ zdaje sobie sprawę, że mógłby to być dla niego wizerunkowy pocałunek śmierci.
Jeśli zaś już mowa o wizerunku lidera Zjednoczenia Narodowego, to pojawiła się na nim ostatnio pewna rysa. Kreujący się na prostego chłopaka pochodzącego z imigranckiej, robotniczej rodziny Bardella zaczął się ostatnio spotykać z milionerką – księżniczką Marią Karoliną de Bourbon des Deux-Siciles. Polityk jest zakochany po uszy i w związku z tym zdarza mu się ostatnio nieco zaniedbywać swoje obowiązki.
Związanie się z książęcym rodem mogłoby teoretycznie sugerować, że Bardella może pomóc Francji restaurować jej dawny blask i wielkość. Nic bardziej mylnego: przesadnie wygładzony lider Zjednoczenia Narodowego to chodzący symbol wyparcia się prawicowych postulatów, choć mimo wszystko jest politykiem reprezentującym klasyczne „mniejsze zło”.
