Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę łańcuchową – i to w wersji, która oddaje rozmiary kojców w ręce ministra rolnictwa. Zamiast sztywnych, choć absurdalnych norm z zawetowanego projektu, mamy teraz kompletny urzędniczą, korupcyjną samowolkę: jeden minister coś zarządzi, kolejny zmieni, a ludzie zapłacą za kojce, które za chwilę okażą się nielegalne. Jak zauważył Łukasz Warzecha, to kolejny dowód, że w sprawach animalsowych głowa państwa idzie linią Kaczyńskiego i jest całkowicie ślepa na kwestie wolności osobistej.
Kojec według kaprysu ministra, czyli niestabilność prawa w czystej postaci
Ustawa z 3 lipca 2026 r. o zmianie ustawy o ochronie zwierząt wprowadza generalny zakaz: „Zabrania się trzymania psów i kotów na uwięzi”. Wyjątki? Transport, wystawa, zabieg weterynaryjny, krótkotrwałe i incydentalne uwiązanie „w sposób niepowodujący naruszenia dobrostanu zwierzęcia” albo zapobieżenie bezpośredniemu niebezpieczeństwu.
Psu poza lokalem mieszkalnym trzeba zapewnić „stałe, swobodne poruszanie się na ogrodzonym terenie”. Jeśli nie da rady – wolno trzymać w kojcu, ale tylko pod warunkiem, że ma on „powierzchnię umożliwiającą temu psu swobodne poruszanie się i możliwość realizacji naturalnych potrzeb oraz trwałą i stabilną konstrukcję, a co najmniej dwa jego boki zawierają prześwity przepuszczające światło i zapewniające swobodny przepływ powietrza”. Codzienny ruch poza kojcem obowiązkowy. Buda z izolacją termiczną też.
I tu kluczowy fragment, który powinien zapalić czerwoną lampkę każdemu, kto ceni stabilność prawa: „Minister właściwy do spraw rolnictwa, po zasięgnięciu opinii Głównego Lekarza Weterynarii, określi, w drodze rozporządzenia, minimalne warunki utrzymywania psa w kojcu, w szczególności minimalną powierzchnię kojca, mając na względzie wysokość psa w kłębie, liczbę psów utrzymywanych w kojcu…”. Żadnych konkretnych metrów kwadratowych w ustawie. Wszystko w rozporządzeniu. Jak pisał Warzecha: „rozmiary kojców ma określać w rozporządzeniu minister rolnictwa, co nie tylko daje kompletną dowolność, ale dodatkowo niestabilność prawa. Jeden minister wyznaczy taką normę, ludzie kupią kojce, a następny machnie podpis i rozmiary się zmienią”.
Gorsza niż zawetowana? Tak, bo oddaje władzę biurokratom
Pierwszą wersję Nawrocki zawetował, bo „kojce wielkości miejskich kawalerek to absurd”. Słusznie. Sztywne 10, 15 czy 20 m² było oderwane od realiów polskiej wsi. Teraz jednak zamiast rozsądnych, stałych norm – które można by skrytykować i poprawić – oddano sprawę w ręce aktualnego (i przyszłych) ministrów.
To klasyczny manewr urzędniczych pasożytów: ustawa wygląda „rozsądniej”, a prawdziwe decyzje zapadają w gabinetach. Rolnik, hodowca czy zwykły właściciel psa na posesji ma inwestować w infrastrukturę, nie wiedząc, czy za dwa lata minister z innej opcji nie uzna, że kojec musi być dwa razy większy. Vacatio legis wynosi rok – czas na dostosowanie, ale i na spekulacje, kto ile zarobi na nowych „standardach”.
Warzecha nie owijа w bawełnę: „Niestety, kolejny raz okazuje się, że w pewnych obszarach pan Nawrocki jest całkowicie ślepy. Nie czuje pewnych trendów kulturowych czy światopoglądowych, nie jest wrażliwy na kwestie wolności osobistej. W sprawach animalsowych idzie linią pana Kaczyńskiego – KROPiK przecież też podpisał”.
Wolność obywatela versus „dobrostan” według urzędnika
Cała ta operacja to klasyczny przykład, jak pod hasłem ochrony zwierząt państwo wkracza coraz głębiej w prywatne podwórka. Zakaz łańcucha sam w sobie nie jest kontrowersyjny – nikt rozsądny nie broni trzymania psa na krótkiej uwięzi przez lata. Problem zaczyna się tam, gdzie ustawodawca rezygnuje z jasnych reguł na rzecz blankietowych upoważnień. Minister będzie mógł dyktować warunki, mając na względzie „szczególne wymagania suki karmiącej” i „realizację naturalnych potrzeb”. Brzmi pięknie. W praktyce oznacza to, że każdy kolejny rząd będzie mógł dokręcać śrubę – albo poluzowywać, zależnie od aktualnych sojuszy z organizacjami prozwierzęcymi.
Polska wieś, rolnicy, właściciele psów pasterskich (dla których są wyjątki) znowu mają się dostosować do norm pisanych z perspektywy warszawskich kawiarni. A prezydent, który miał bronić zwykłego obywatela przed biurokratycznym szaleństwem, podpisuje ustawę, która ten szaleństwo tylko przesuwa na poziom rozporządzeń. Klasyczny kompromis, w którym wolność przegrywa z „progresem”. Najwyższy czas zauważyć, że łańcuch na psie to jedno, a łańcuch na obywatelu – coś zupełnie innego.
Mogło Państwu wczoraj umknąć, więc informuję: pan prezydent był łaskaw podpisać ustawę łańcuchową, tak naprawdę gorszą niż wersja pierwotna przez niego zawetowana, bo tutaj rozmiary kojców ma określać w rozporządzeniu minister rolnictwa, co nie tylko daje kompletną dowolność, ale…
— Łukasz Warzecha (@lkwarzecha) July 25, 2026
