Strona głównaMagazynRanking psujów

Ranking psujów

-

- Reklama -

Po omówieniu w poprzednim felietonie Bezpryma, Zbigniewa – pierworodnego syna Władysława Hermana, Kazimierza Jagiellończyka oraz Jana Kazimierza Wazy, pora wskazać kolejne postaci, które w moim przekonaniu odcisnęły negatywne piętno na polskiej historii. Część tych wyborów może zaskakiwać. Łączy je jednak jedno: decyzje polityczne, błędy strategiczne lub zaniechania, których konsekwencje okazały się dla państwa i narodu wyjątkowo kosztowne – niekiedy katastrofalne, niekiedy „tylko” bardzo poważne.

W NCz! nr 27–28 zanurzyliśmy się w czasach średniowiecza, I Rzeczypospolitej, a zakończyliśmy na Janie Kazimierzu, królu z dynastii Wazów, którego Sienkiewicz niesłusznie, w mojej ocenie, przedstawiał jako bohatera dziejów Polski. Uważam, że jego wpływ był raczej negatywny.

- Reklama -

August II Mocny: błędny wybór strategiczny

Osoba, która otwiera ten ranking, nie będzie zaskoczeniem. W powszechnym odczuciu uchodzi ona za złego władcę. Z takim prostym podziałem na „dobrych” i „złych” królów często się nie zgadzam, mam własny ranking, ale jeśli chodzi o Wettina na polskim tronie – de facto Niemca pochodzącego z dynastii saskiej, czyli Augusta II – der Zweite, der Starke, a po polsku po prostu Augusta II Mocnego – to rzeczywiście był to władca, który wywarł negatywny wpływ na naszą historię.

Dlaczego? Powszechnie mówi się, że był nieudolny, że nie miał zdolności wojskowych, że zmieniał obozy jak chorągiewka. Ja akurat nie mam o to do niego pretensji. Władcy powinni prowadzić aktywną politykę wewnętrzną i międzynarodową – i on taką politykę prowadził. Problem w tym, że prowadził ją w złym kierunku. Skupię się przede wszystkim na jego decyzji o rozpoczęciu wojny ze Szwecją w sojuszu z carem, przyszłym cesarzem, a wówczas jeszcze carem, czyli – z polskiego punktu widzenia – Wielkim Księciem Moskiewskim Piotrem. W Polsce tytułu cara czy cesarza nie uznawano oficjalnie aż do czasów Katarzyny II, czyli do 1764 roku. Z perspektywy Warszawy i Wilna byli to po prostu wielcy książęta moskiewscy.

August II w sojuszu z Wielkim Księciem Moskiewskim Piotrem zaatakował Szwecję. Uważam to za wielki błąd strategiczny, który zaważył negatywnie na naszej historii i stał się jedną z przyczyn upadku Rzeczypospolitej kilkadziesiąt lat później.

W czasach Augusta wciąż mieliśmy duży potencjał. Polska miała tzw. soft power. Była po kryzysach drugiej połowy XVII wieku państwem, które miał świetną opinię w Europie, a nasza siła zbrojna była wysoko oceniana. Uważam, że nawet na wyrost, ponieważ pojawiały się tam już zaczyny kryzysu, który nadszedł w wieku XVIII. Nasi sąsiedzi pamiętali Wiedeń, widzieli zwycięskiego Sobieskiego, który prowadził rzeczywiście aktywną politykę zagraniczną. Były próby odbicia terytoriów utraconych, tzw. awulsów. Były próby przywrócenia siły egzulentom, czyli obywatelom Rzeczypospolitej, którzy utracili swoje majątki w wyniku strat terytorialnych. To ostatnie się częściowo udało, ale już po śmierci Sobieskiego, w wyniku pokoju Karłowickiego. Ukraina prawobrzeżna wróciła w granicę Rzeczypospolitej. Należało więc iść za ciosem i kontynuować działania Jana III Sobieskiego, który był politykiem o szerokiej wizji.

Sobieski umarł w roku 1696. Na tron wstąpił August Mocny i on dokonał chorego, niepotrzebnego wyboru, atakując Szwecję. Szwecja była dla nas niewielkim zagrożeniem.

Szwecja po klęskach XVII wieku, potopie szwedzkim itd., pokoju oliwskim, nie była zainteresowana agresją na Polskę. Chciała umocnić swoje zdobycze dotychczasowe, przede wszystkim była naciskana przez Prusaków, jeśli chodzi o Pomorze, o Pomorze szwedzkie, więc absolutnie nie dążyła do wojny. Król August dążył do odbicia Inflant, ponieważ chciał tam stworzyć własne, prywatne, dynastyczne księstewko, na którym osadziłby swojego syna i byłoby to jego państwo w państwie. Sejm Rzeczypospolitej nie wyraził zgody na tę wojnę, dlatego armia Rzeczypospolitej w ogóle nie brała udziału w pierwszej fazie walk. To wojska saskie, Saksonii, atakowały wówczas Szwedów. Niestety od razu zostały pobite, podobnie jak Rosjanie i bardzo źle się to skończyło dla Augusta II. Należało dążyć przede wszystkim do odzyskania awulsów, żeby z powrotem uzyskać ten potencjał, który chwilowo przeszedł na stronę naszych wrogów. Na tym polega polityka: jesteśmy tak silni, jak słabi są nasi sąsiedzi. Pozwoliliśmy naszemu sąsiadowi w sposób niepomierny się wzmocnić.

Tadeusz Kościuszko: insurekcja bez szans

Przejdźmy do kolejnej osoby, która w Polsce powszechnie uważana jest za bohatera narodowego. Tadeusz Kościuszko, generał Kościuszko, był niestety postacią, która również wywarła negatywny wpływ na nasze dzieje. Sama decyzja o wybuchu insurekcji kościuszkowskiej była, w moim przekonaniu, błędem. Kościuszko był człowiekiem niespokojnym, przez całe życie szukającym dla siebie miejsca; dlatego między innymi szukał szczęścia w Ameryce. Spiskowcy masońscy z kręgów Komisji Edukacji Narodowej, czyli bracia Potoccy oraz Kołłątaj, pozyskali go do sprawy, aby wywołać awanturę.

Przypomnę, że w 1793 roku rzeczywiście doszło do drugiego rozbioru Polski, ale państwo jeszcze istniało. Rzeczpospolita Obojga Narodów, choć kadłubowa i okrojona z każdej strony, nadal była państwem. Utraciła potężne terytoria na rzecz Rosji – ziemie Białorusi, zachodniej Ukrainy, Wołynia aż po linię Zbrucza – a na zachodzie także Wielkopolskę, zagarniętą przez Prusy. Już pierwszy rozbiór przyniósł ogromne straty: utratę części Małopolski, ziemi ruskiej, województwa ruskiego, ziemi lwowskiej i Pomorza Gdańskiego. W drugim rozbiorze doszły kolejne dotkliwe ciosy, w tym ziemia mohylewska i wschodnie obszary Ukrainy. Mimo to pozostawał kraj, który liczył około siedmiu milionów mieszkańców. Był to organizm znacznie większy niż późniejsze Księstwo Warszawskie, zarówno pod względem terytorialnym, jak i demograficznym. W jego granicach wciąż znajdowały się najważniejsze ośrodki: Warszawa, Wilno, Kraków, a także choćby Kurlandia. Był to kraj niepodległy – choć oczywiście nie w pełnym znaczeniu tego słowa. Niemniej formalnie państwo nadal istniało. Chodziło o to, aby przetrwało jeszcze dosłownie kilka lat, bo jak Państwo wiedzą, na początku 1797 roku umiera Katarzyna, wcześniej zaś Fryderyk II Pruski, co od razu zmienia sytuację polityczną.

Następca Katarzyny, jej syn Paweł – choć uważał się za syna Stanisława Augusta Poniatowskiego i za pół-Polaka – miał diametralnie inny stosunek do Polski, Polaków, Litwy i Litwinów. Koniunktura mogła się więc zmienić, a państwo mogło przetrwać. Tymczasem Kościuszko, namówiony przez spiskowców z kręgów masońskich i międzynarodowej finansjery, zdecydował się wywołać powstanie. Spiskowcy działali w Dreźnie, poza granicami ówczesnej Rzeczypospolitej. Sam Kościuszko pojechał do Paryża, aby zabiegać o poparcie Francuzów. Ci jednak patrzyli na niego jak na wariata, ponieważ byli wychowani na pismach encyklopedystów, Woltera i podobnych autorów; uważali Polaków za zacofanych i nie widzieli powodu, by wspierać Polskę, skoro sami prowadzili rewolucję postępową. Odprawili go więc z kwitkiem, choć odbył tam szereg spotkań z przywódcami rewolucji.

Trzeba przy tym pamiętać, że pod koniec 1793 roku we Francji zaczynał się już terror jakobiński – czas Robespierre’a – więc sytuacja stawała się coraz bardziej nieprzyjemna. Mimo to Kościuszko z nimi rozmawiał. Wracając, zatrzymał się w Brukseli i spotkał z generałem Dumouriezem, francuskim generałem, który uciekł z Francji przed rewolucją. Kościuszko wyjawił mu cały plan powstania: plan militarny i strategiczny. Co zrobił Dumouriez? Okazało się, że był agentem austriackim, agentem Wiednia i wszystko przekazał swoim mocodawcom. Wkrótce wiedzieli o tym Prusacy, Rosjanie i inni zainteresowani. Plany tak zwanego powstania kościuszkowskiego, czyli polskiej insurekcji, nie były więc żadną tajemnicą. Dlatego powstanie zostało dość łatwo i szybko stłumione.

Nie róbmy zatem z Kościuszki bohatera narodowego. Wiem, że to będzie trudne, bo Kościuszko jest wszędzie: na monetach, banknotach i w sercach Polaków jako symbol zrywu. To właśnie polski insurekcjonizm: kochamy powstańców, bo pięknie jest walczyć, zwłaszcza z Rosją. Umówmy się jednak, że ta walka nie miała żadnych szans powodzenia militarnego. Armia polska, choć częściowo zdemobilizowana, nadal istniała po drugim rozbiorze i mogła stanowić pewną bazę do późniejszych działań.

Zaborcy dostali argument, że Polska nie może istnieć nawet w okrojonej formie, bo tu będą ciągłe problemy.

Piotr Wysocki: odwaga bez planu

Tu mam duży kłopot, bo osobiście mam do tego człowieka bardzo pozytywny stosunek. Mówię o słynnym Piotrze Wysockim ze Szkoły Podchorążych – poruczniku, który w okresie powstania listopadowego awansował, w wyniku kolejnych nominacji, aż do stopnia generała. Dostał się do niewoli podczas obrony Warszawy. Znają Państwo słynny wiersz Mickiewicza – to właśnie tam, na reducie wolskiej, gdzie dowodził Sowiński, Wysocki trafił do niewoli.

Niestety spędził w niewoli blisko trzydzieści lat, i to w strasznych warunkach. Polecam Państwu moją książkę „Sybiracy”; jeden z rozdziałów poświęcam właśnie Piotrowi Wysockiemu. Został zesłany daleko za Ural i rzeczywiście pracował w kopalni złota na Syberii. Każdej nocy, po zakończonej pracy, przykuwano go do taczki, aby nie uciekł.

Mogą sobie Państwo wyobrazić, co ten człowiek przeszedł. Kiedy wrócił z zesłania – jeszcze przed wybuchem powstania styczniowego – przywódcy obozu czerwonych chcieli go wykorzystać jako symbol propagandowy. Niestety dla nich Wysocki po tych przejściach był po prostu wrakiem człowieka. Nie chciał już słyszeć o polityce. Pochodził z Warki, więc po powrocie do Ojczyzny osiadł tam, u miejscowego młynarza. Pozwolono mu w ten sposób jakoś dożyć swoich dni. Odrzucił nawet rosyjską emeryturę, unosząc się honorem. Społeczeństwo złożyło się i kupiło mu kawałek ziemi, ale on nie chciał angażować się w żadną politykę, ponieważ był zbyt wyniszczony zesłaniem.

Osobiście mam do niego stosunek pozytywny, natomiast to, co spiskowcy zrobili podczas słynnej nocy listopadowej, było głupotą. Tak to trzeba ocenić, patrząc na to, czy założony cel był realny i możliwy do osiągnięcia. Inaczej jednak oceniamy ludzi, którzy mają plan – nawet jeśli się nie uda – a inaczej tych, którzy planu nie mają wcale. Tymczasem spiskowcy Wysockiego, ta młodzież ze Szkoły Podchorążych, nie mieli żadnego planu. To właśnie był zasadniczy problem. Wywołali straszliwą awanturę: zginęli generałowie, którzy nie chcieli podporządkować się ich wariackim zamysłom, a na ulicach Warszawy zabijano ludzi z bronią w ręku. Rozpętali potężny kryzys, który zakończył się klęską.

Oczywiście kwestia oceny szans militarnych to osobna sprawa – akurat uważam, że wówczas, w przeciwieństwie do późniejszych zrywów, istniały jeszcze spore szanse na zwycięstwo. Nie można jednak wywoływać takiej awantury bez żadnego planu. Nie można szafować krwią Polaków: setkami i tysiącami ludzi, którzy zginęli; setkami i tysiącami tych, którzy zostali pozbawieni majątków na wschodzie, na Kresach, i wysłani na Syberię. Polskość poniosła w wyniku tego powstania ogromne straty. A kto skorzystał? Naród międzynarodowych słoniaków, czyli Żydzi, którzy w większości przejmowali majątki na Kresach. Tak więc Wysockiego, jeśli chodzi o jego osobistą drogę, darzę dużym szacunkiem. Był człowiekiem osobiście bardzo odważnym. Natomiast jako polityk, jako przywódca – choć sam nawet takich ambicji nie miał – ponosi odpowiedzialność za działania bez planu. Spiskowcy chcieli po prostu zdobyć władzę w Warszawie i oddać ją generałowi Chłopickiemu oraz generalicji. Chcieli powiedzieć: dobrze, my zrobiliśmy to za was, a teraz wy już nami kierujcie i wydawajcie nam rozkazy.

Byli w szoku, że generałowie za nimi nie poszli. Dlatego, drodzy Czytelnicy, Piotr Wysocki był niestety psujem.

Dowódcy powstania styczniowego

Od zrywu w noc listopadową mija ponad trzydzieści lat, wyrasta nowe pokolenie Polaków, ale my nadal kierujemy się tymi samymi mrzonkami insurekcyjnymi. Cały obóz tak zwanych czerwonych, który doprowadził do wybuchu buntu przeciw panowaniu rosyjskiemu, zwanego powstaniem styczniowym, również powinien znaleźć się na czarnych kartach naszej historii. Mam tu na myśli takie osoby jak Stefan Bobrowski, Zygmunt Padlewski czy Ludwik Mierosławski – ich także nie wynosiłbym na piedestał chwały. O ile Wojsko Polskie w okresie zrywu listopadowego stanowiło znaczącą siłę militarną – była to świetnie wyposażona i znakomicie wyćwiczona armia, którą wielki książę Konstanty traktował jak swoje ukochane dziecko – o tyle w roku 1863 nie mieliśmy nic.

Armia Królestwa Polskiego naprawdę przedstawiała dużą wartość na polu bitwy, o czym przekonali się Rosjanie pod Olszynką Grochowską, Stoczkiem, Iganiami, a nawet pod Ostrołęką, gdzie bitwa nie była jeszcze jednoznacznie przegrana. Wojsko pokazało swoje walory, ale przede wszystkim mieliśmy wtedy wojsko, własny kraj, konstytucję i sejm. Natomiast w roku 1863 nie mieliśmy już nic.

W powstaniu styczniowym poszliśmy, używając metafory z okresu w kampanii wrześniowej, z szablami na czołgi. Ci ludzie nie mogli spodziewać jakiegokolwiek sukcesu wojskowego w sytuacji, kiedy nie mieliśmy zorganizowanej żadnej siły zbrojnej. Jak można wywoływać wojnę domową, nie mając ku temu narzędzi? Powstańcy byli uzbrojeniu w jakieś dubeltówki, słynne kosy itp. Nie zdołali wykonać ani jednego, najdrobniejszego celu wojskowego. Nie mówię o opanowaniu dużych miast, takich jak Warszawa czy Łódź, czy inne duże ośrodki miejskie, które były w granicach ówczesnego Królestwa Kongresowego. Powstańcy chcieli jakiekolwiek miasto guberialne opanować, żeby tam ujawnić rząd narodowy. I tym miastem miał być Płock. To nie było jakieś wyzwanie militarne. Stacjonował tam jakiś garnizon, który składał się w dużej mierze z weteranów wcześniejszych wojen, inwalidów.

Na garnizon poszła grupa blisko tysiąca tych naszych powstańców. Mieliśmy więc prawie trzykrotną przewagę liczebną! Mimo to powstańcy polegli.

Dlaczego? Ponieważ to nie było wojsko, tylko hałastra, która nawet Płocka nie dała rady zdobyć. Powstanie nie mogło się udać.

Jaki był efekt powstania? Gdy tylko Bismarck, który od niedawna sprawował urząd kanclerza Królestwa Prus – Rzeszy jeszcze wówczas nie było, nie istniały też zjednoczone Niemcy – dowiedział się o wydarzeniach w Polsce, natychmiast wysłał swojego człowieka do Petersburga. Wkrótce podpisano tajną konwencję wojskową. Spełniło się marzenie Bismarcka: doszło do współpracy rosyjsko-pruskiej. Rosjanie osłaniali Prusaków i samego Bismarcka w jego wielkim projekcie zjednoczenia Niemiec. Stało się to właśnie dzięki temu pretekstowi. Obie strony były zainteresowane takim układem, ponieważ zarówno Prusacy, jak i Rosjanie bali się odrodzonej Polski. I słusznie się bali, bo wiedzieli, że ich potęga opiera się na tym, iż Polski nie ma, a ogromny potencjał dawnej Rzeczypospolitej został wyzerowany. To dzięki temu mogli stać się tak potężnymi państwami. Jesteś tak silny, jak słabi są twoi sąsiedzi…

Najnowsze