Strona głównaMagazynHistoria zdrady i zaprzaństwa

Historia zdrady i zaprzaństwa

-

- Reklama -

Chciałbym zaproponować Państwu ranking „psujów”. Kusiło mnie, by nazwać go rankingiem zdrajców, ale to pojęcie wydaje się zbyt wąskie, zbyt drastyczne i jednoznacznie negatywne. „Psuje” to ludzie, którzy swoją polityką – albo przeciwnie: zaniechaniami, bo i tak często bywało – spowodowali straty dla naszego narodu i państwa. Czasem były to straty katastrofalne, czasem „tylko” bardzo poważne. Jeśli uważają Państwo, że tę listę należałoby uzupełnić, nasza redakcyjna skrzynka na listy i e-maile pozostaje do Państwa dyspozycji.

Zacznijmy od sławetnego Bespryma, rodzonego brata Mieszka II. Był starszym synem Bolesława Chrobrego i postacią, którą historia Polski ocenia niemal jednoznacznie negatywnie. Trudno wskazać coś, co można by o nim powiedzieć dobrego – poza tym że był pierworodnym synem jednego z naszych najwybitniejszych władców. Jego matką była prawdopodobnie Węgierka, choć nie znamy ani jej imienia, ani dokładnych okoliczności małżeństwa z Chrobrym. W źródłach pojawiają się różne hipotezy, ale pewności nie mamy. Samo imię Besprym również nie brzmi typowo słowiańsko; przypuszcza się, że mogło mieć pochodzenie węgierskie, czyli – jak mówiono wówczas – madziarskie.

- Reklama -

Besprym: pierwszy wielki psuj

Trzeba przy tym uczciwie powiedzieć, że Besprym mógł czuć się pokrzywdzony. Zgodnie ze zwyczajowym prawem słowiańskim, a także germańskim, schedę po ojcu często obejmował syn pierworodny. Młodsi synowie musieli szukać innej drogi: wybierali stan duchowny, ruszali na wyprawy wojenne albo próbowali znaleźć sobie miejsce gdzie indziej. Tymczasem Besprym, choć był pierwszy, został przez ojca odsunięty od dziedziczenia. To musiało być dla niego bolesne. W rodzinie Piastów podobne konflikty nie były jednak niczym wyjątkowym. Sam Bolesław Chrobry, również pierworodny syn Mieszka I, musiał walczyć z synami Ody, drugiej żony swojego ojca, bo to ich Mieszko u schyłku życia wyraźnie faworyzował.

Gall Anonim tłumaczył odsunięcie Bespryma tym, że Bolesław Chrobry po prostu go nie lubił i nie cenił. Miał uważać go za człowieka porywczego, okrutnego i niezdolnego do utrzymania dziedzictwa. Mieszko II, syn ukochanej Emnildy, jawił się jako kandydat lepszy: starannie przygotowany, wykształcony i – jak podkreślali kronikarze – wyjątkowy jak na swoje czasy.

Mieszko znał łacinę i grekę, co w ówczesnej Europie było rzadkością nawet wśród władców krajów znacznie dłużej związanych z kulturą łacińską. Tym bardziej robiło to wrażenie w przypadku księcia wywodzącego się z państwa, które dla Italczyka, Galla czy Germanina mogło wydawać się jeszcze peryferyjne. Besprym jednak nie pogodził się z decyzją ojca. Choć według przekazów został przeznaczony do życia zakonnego, nie usunął się w cień. Intrygował, szukał sojuszników i w końcu zdołał na krótko wyrwać władzę młodszemu bratu.

Skutki były fatalne. Doszło do jednego z pierwszych w naszej historii skoordynowanych ataków ze wschodu i zachodu: z jednej strony uderzył cesarz Konrad, z drugiej – książę kijowski Jarosław Mądry. Polska utraciła ważne ziemie na zachodzie, między innymi Milsko i Łużyce, zdobyte wcześniej wielkim wysiłkiem przez Chrobrego, a na wschodzie tak zwane Grody Czerwieńskie. Ich dokładny zasięg do dziś jest przedmiotem sporów, ale prawdopodobnie obejmowały obszary późniejszej ziemi lwowskiej. Bezprym swoją polityką i intrygami zachęcił wrogów Polski do działania i doprowadził kraj niemal do upadku.

Ostatecznie państwo zdołał odbudować Kazimierz Mnich, później zwany Odnowicielem. Dzięki wytrwałości i zręcznej polityce odzyskał znaczną część terytorium, w tym Śląsk i Mazowsze. Bezprym pozostaje więc w tym rankingu psujem numer jeden – niekoniecznie pod względem skali skutków, ale chronologicznie: jako pierwszy wielki przykład człowieka, którego ambicja i intrygi niemal doprowadziły państwo do katastrofy.

Zbigniew: bratobójcza walka i niemieckie najazdy

Drugim psujem w porządku chronologicznym jest Zbigniew, pierworodny syn Władysława Hermana. Również wokół niego narosła czarna legenda, podobnie jak wokół Bezpryma. O ile pochodzenia Bolesława Krzywoustego nikt nie kwestionował, o tyle matka Zbigniewa nie była księżniczką ani osobą z wielkiego rodu. Prawdopodobnie pochodziła z zamożnej rodziny śląskiej, choć i tu nie znamy jej imienia. Nie mamy też pewności, czy Władysław Herman zawarł z nią formalny związek. Stąd późniejsze przekonanie, że Zbigniew był synem nieślubnym.

Zbigniew został przeznaczony do kariery duchownej i wysłany do Saksonii, gdzie miał nie przeszkadzać w polityce dynastycznej. Sytuacja zmieniła się, gdy przeciwnicy palatyna Sieciecha postanowili wykorzystać go jako narzędzie walki politycznej. Sprowadzili Zbigniewa do kraju, licząc, że stanie się ich kandydatem i pozwoli osłabić wpływy najpotężniejszego człowieka przy boku Władysława Hermana. Ten plan częściowo się powiódł: Zbigniew został uznany przez ojca i otrzymał własną część władztwa.

Potem musiał dzielić się wpływami z młodszym bratem Bolesławem Krzywoustym. Konflikt między nimi narastał, a jego kulminacją było wygnanie Zbigniewa i sprowadzenie przez niego na ziemie polskie cesarskiej interwencji. To wtedy doszło do słynnego najazdu niemieckiego i oblężenia Głogowa, które Gall Anonim opisał w sposób niezwykle plastyczny. Po zawarciu rozejmu cesarz wymógł na Bolesławie zgodę na powrót Zbigniewa do kraju. Krzywousty jednak słowa nie dotrzymał: kazał brata schwytać i oślepić. Według przekazu oprawcy wykonali rozkaz tak brutalnie, że Zbigniew zmarł.

Ten czyn postawił Bolesława w bardzo trudnej sytuacji. Przypominał los jego przodka, Bolesława Szczodrego, który po konflikcie z biskupem Stanisławem ze Szczepanowa musiał opuścić kraj. W obu przypadkach widać, jak groźne były bratobójcze konflikty i jak łatwo wewnętrzna walka o władzę mogła zachwiać całym państwem.

Zbigniew był psujem, dlatego że – walcząc o swoje prawa – wprowadził na polskie ziemie Niemców i doprowadził do kolejnego niszczącego najazdu. Można po ludzku rozumieć jego ambicje i poczucie krzywdy, ale skutki jego działań były dla państwa fatalne. Niemieccy władcy coraz lepiej uczyli się, że nad Wartą i Odrą warto się od czasu do czasu pojawić, by wpływać na polskie sprawy.

To doświadczenie prawdopodobnie wpłynęło na Bolesława Krzywoustego i jego próbę uporządkowania sukcesji. Mając wielu synów, chciał przerwać ten zaklęty taniec bratobójczych walk, który powracał po śmierci kolejnych władców.

Stąd wzięła się słynna umowa sukcesyjna, niesłusznie nazywana Testamentem Krzywoustego. Nie mamy dowodu, że istniał jakikolwiek testament w dzisiejszym rozumieniu: spisany dokument opatrzony pieczęcią i podpisami. Była natomiast zasada senioratu. Najstarszy z rodu miał obejmować dzielnicę senioralną i zachowywać zwierzchnictwo nad pozostałymi książętami. W zamyśle był to system rozsądny, mający ograniczyć ryzyko wojny domowej.

Nie był to więc prosty „podział Polski”, jak często się mówi. Średniowieczna Europa i tak składała się z wielu mniejszych, częściowo zależnych organizmów politycznych. Problem polegał na tym, że system senioralny szybko się wynaturzył, a zasada zwierzchnictwa najstarszego księcia została odrzucona. Nie taki był jednak zamysł Krzywoustego. Zadziałała logika dziejów, ambicje książąt i – jak to często bywa – zła wola sąsiadów.

Kazimierz Jagiellończyk: niewykorzystana szansa na mocarstwo

Kolejny psuj może być dla części z Państwa zaskoczeniem: Kazimierz Jagiellończyk. Dla wielu zawodowych historyków to niemal świętość – jeden z najwybitniejszych władców Polski, człowiek, który dał nam dostęp do morza, pokonał Krzyżaków i pozostawił po sobie potężne państwo. Patrząc na mapę, rzeczywiście można odnieść wrażenie wielkiego sukcesu. Ja jednak mam o Kazimierzu Jagiellończyku opinię znacznie bardziej krytyczną.

Uważam go za władcę, który oczywiście nie wykorzystał Polski czy Litwy, bo on bardziej się czuł Litwinem niż Polakiem, do żadnego upadku. Chociaż był wychowany przez Długosza na Polaka, czuł się Litwinem, po ojcu. Krew Giedyminowicza płynęła w nim bardzo intensywnie. To nie jest zarzut, to jest normalne. Natomiast był to człowiek, który otrzymał w spadku po swoim ojcu państwo, które było predestynowane, żeby odegrać rolę wiodącą, on powinien stworzyć imperium polsko-litewskie, mocarstwo polsko-litewskie, a nie zrobił tego.

Nie chodzi o to, że doprowadził Polskę czy Litwę do upadku. Przeciwnie: w chwili jego śmierci w 1492 roku państwo było silne, a blok jagielloński obejmował Polskę, Litwę, Czechy i Węgry. Czechy zaś oznaczały wówczas nie tylko tradycyjną koronę świętego Wacława, lecz także Śląsk, Łużyce i część ziem dzisiejszej Austrii. Była to potencjalna superpotęga. Problem polega na tym, że Kazimierz nie wykorzystał tej szansy w pełni. Mógł stworzyć trwałe mocarstwo polsko-litewskie, ale tego nie zrobił.

Pierwszy poważny zarzut dotyczy sprawy pomorskiej, a zwłaszcza gdańskiej. Kazimierz jako władca niezbyt gospodarny i stale borykający się z problemami finansowymi, zgodził się na bardzo daleko idące przywileje dla Gdańska i innych miast, między innymi Elbląga. W praktyce stworzyło to półniezależne państewko gdańskie, które funkcjonowało niemal do rozbiorów. Uprzywilejowana pozycja Gdańska przez długi czas ograniczała rozwój gospodarczy Rzeczypospolitej i utrudniała Polsce pełne wykorzystanie dostępu do morza.

Oczywiście odzyskanie Pomorza, ziemi chełmińskiej, michałowskiej i Warmii było wielkim osiągnięciem. Krzyżacy zostali pokonani, a Prusy Zakonne znalazły się w zależności lennej. Trzeba jednak pamiętać, że zakon w XV wieku był już poważnie osłabiony. Jego upadek był w dużej mierze kwestią czasu. Tym bardziej należało wykorzystać zwycięstwo w sposób maksymalnie korzystny dla państwa, a nie oddawać kluczowe narzędzia gospodarcze w ręce uprzywilejowanych miast.

Drugim wielkim zaniedbaniem była kwestia wschodnia, czyli sprawa moskiewska. Kazimierz zbyt mocno koncentrował się na polityce dynastycznej – obsadzaniu tronów swoimi synami i rozgrywkach między nimi – a nie dostrzegł w porę, że na północnym wschodzie wyrasta potężny przeciwnik. Moskwa właśnie za jego panowania przyłączyła bogate republiki kupieckie: Nowogród i Psków. W ten sposób zwiększyła swój potencjał ludnościowy i gospodarczy, stając się zagrożeniem dla Litwy, a w konsekwencji także dla Polski.

Za tę krótkowzroczność Kazimierz Jagiellończyk zasługuje w moim rankingu na miejsce trzecie. Nie był niszczycielem państwa wprost, ale był władcą, który otrzymał ogromną szansę historyczną i nie potrafił jej wykorzystać. Polska mogła wejść na drogę trwałego mocarstwa, a zamiast tego pozostawiła nierozwiązane problemy, które już w następnym pokoleniu stały się śmiertelnym zagrożeniem.

Jan Kazimierz Waza: król pod obcymi wpływami

Czwartym psujem jest Jan Kazimierz Waza. Tu również może pojawić się zdziwienie, bo wielu z nas patrzy na połowę XVII wieku oczami Sienkiewicza. W tej wizji Jan Kazimierz wypada raczej pozytywnie: jako nieszczęśliwy król wygnany przez Szwedów, człowiek sympatyczny, dobrotliwy, zatroskany o państwo. Taki obraz utrwaliły zwłaszcza „Ogniem i mieczem” oraz „Potop”.

Rzeczywistość była jednak bardziej skomplikowana. Jan Kazimierz, zwłaszcza w drugiej części panowania, prowadził politykę bardzo szkodliwą. Był człowiekiem o zmiennym, niestałym charakterze, a przy tym – podobnie jak Kazimierz Jagiellończyk – stale miał problemy finansowe. Brak pieniędzy czynił go podatnym na wpływy obcych dworów, które potrafiły wymuszać na nim decyzje korzystne dla własnych interesów, niekoniecznie dla Polski i Litwy.

Ogromny wpływ na króla miała także jego żona Ludwika Maria Gonzaga. Była wcześniej żoną jego starszego brata Władysława IV, a po jego śmierci niejako wraz z koroną przeszła do nowego władcy. Miała duże ambicje polityczne i skłonność do intryg. Już po przyjeździe do Polski utrzymywała kontakty z francuskim dworem i zabiegała o środki na budowę własnego stronnictwa.

Ludwika Maria działała konsekwentnie. W korespondencji z kardynałem Richelieu miała pisać o potrzebie tworzenia w Polsce stronnictwa sprzyjającego interesom francuskim, a najlepszym narzędziem miały być – jak to zwykle w polityce bywa – pieniądze. W praktyce oznaczało to budowę zaplecza politycznego opartego na przekupstwie i zależnościach zagranicznych.

Pod wpływem królowej Jan Kazimierz zaczął zmierzać do głębokiej zmiany ustroju Rzeczypospolitej. Chodziło o odejście od demokracji szlacheckiej, ukształtowanej przez konstytucje sejmowe i wielopokoleniową praktykę polityczną oraz o wprowadzenie modelu bliższego absolutyzmowi francuskich Burbonów. Zwolennicy tej koncepcji twierdzili, że będzie to korzystne dla państwa. W rzeczywistości był to projekt obcy polskiej tradycji politycznej.

W tym kontekście Rokosz Lubomirskiego nie był wyłącznie przejawem anarchii, pieniactwa i szlacheckiego buntu, jak często się go przedstawia. Lubomirski stanął na czele obozu republikańskiego, który sprzeciwiał się próbom narzucenia Rzeczypospolitej obcych rozwiązań ustrojowych. Można oczywiście dyskutować o metodach, ale trudno pominąć polityczne tło tego konfliktu.

Ostatecznie Jan Kazimierz doprowadził do kompromitacji urzędu królewskiego. Po śmierci Ludwiki Marii nie potrafił podźwignąć się z osobistego ciosu i zdecydował się abdykować. Dla współczesnych było to niemal niewyobrażalne: poddani długo namawiali go, by zmienił decyzję, wskazując, że będzie to upokorzenie zarówno dla niego, jak i dla państwa oraz korony polskiej. Nie dał się jednak przekonać. Wyjechał do Francji, zostawiając kraj w stanie głębokiego kryzysu politycznego i moralnego. Jak pisali kronikarze, niechęć do byłego króla była tak duża, że nawet zwykli szlachcice nie okazywali mu już dawnego szacunku. Taki był smutny finał panowania człowieka, który zamiast wzmacniać Rzeczpospolitą, wikłał ją w obce interesy i wewnętrzne konflikty.

Ciąg dalszy nastąpi…

Lista psujów jest dłuższa, a kolejne postaci mogą Państwa jeszcze niejednokrotnie zaskoczyć.

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 27-28, 29 czerwca – 12 lipca 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

Najnowsze