Strona głównaGŁÓWNYPrzed zbliżającą się kampanią. Partia Brauna języczkiem u wagi?

Przed zbliżającą się kampanią. Partia Brauna języczkiem u wagi?

-

- Reklama -

Kolejne sondaże potwierdzają, że dwie Konfederacje ugruntowały swoje pozycje jako znaczące siły na polskiej scenie politycznej i mogą w sumie liczyć, według średniej sondażowej, na ponad 20 procent poparcia. Takie rezultaty w dniu wyborów sprawiłyby, że obie formacje, współpracując w przyszłym parlamencie, miałyby nie tylko wpływ na władzę, ale wręcz stanowiły jej istotną część.

Jarosław Kaczyński przez długie lata próbował nie dopuścić do tego, by „na prawo” od Prawa i Sprawiedliwości powstało liczące się ugrupowanie. Partia z Nowogrodzkiej z prawicą nie ma rzecz jasna zbyt wiele wspólnego, ale były premier i jego formacja właśnie w ten sposób są etykietowani przez media mętnego nurtu i tak też utożsamiani przez wyborców.

- Reklama -

Pierwszym problemem w skrzętnie realizowanym planie było przekroczenie progu wyborczego przez Konfederację Wolność i Niepodległość w wyborach parlamentarnych w 2019 roku. Co prawda nie pozwoliło to na odebranie władzy obozowi tzw. Zjednoczonej Prawicy, ale dało szansę na zaistnienie przed szerszą publicznością politykom prawicowym. Cztery lata później wydawało się, że to właśnie Konfederacja zdecyduje o tym, kto stworzy rząd, ale koniec końców nie dowieziono wysokiego poparcia do dnia wyborów i ostatecznie u steru nawy państwowej znalazła się tzw. uśmiechnięta koalicja.

Znacznie większy przełom miał miejsce w 2025 r., kiedy najpierw w wyniku wewnętrznych napięć doszło do rozłamu w Konfederacji, a następnie po zaskakująco wysokim wyniku Grzegorza Brauna w wyborach prezydenckich zaczęto uwzględniać Konfederację Korony Polskiej w sondażach. Dość szybko okazało się, że dawni sojusznicy, startując oddzielnie, mogą liczyć na lepszy łączny wynik, niż gdyby wystawili jedną listę.

Średnie sondażowe poparcie z ostatnich tygodni pokazuje, że dwie Konfederacje mają w sumie niewiele niższe poparcie niż PiS, a pojawiają się także badania, w których wyprzedzają formację Kaczyńskiego. To oznacza prawdziwy ból głowy dla byłego premiera przed nadciągającą kampanią, ponieważ gdyby aktualne sondaże potwierdziły się w dniu wyborów, to do stworzenia rządu PiS potrzebowałby nie tylko Konfederacji WiN, ale także Korony.

Błąd Kaczyńskiego

PiS jednak za wszelką cenę nie chce dopuścić do sytuacji, w której powrót do władzy byłby uzależniony od koalicji z Braunem. Planem formacji z Nowogrodzkiej ma być odzyskanie wyborców, którzy zaczęli popierać Koronę, w co wpisuje się przedstawienie jako kandydata na premiera Przemysława Czarnka. Były minister edukacji i nauki kojarzony jest jako bardziej radykalny i konserwatywny przedstawiciel partii Kaczyńskiego i teoretycznie miałby trafić do wyborców, którzy odeszli do Brauna.

Problem w tym, że Czarnek był nie tylko szeregowym posłem PiS, lecz także szefem resortu w rządzie Mateusza Morawieckiego od października 2020 r., a więc w czasie wprowadzania kolejnych lockdownów i obostrzeń oraz prowadzenia proukraińskiej polityki. To właśnie ten epizod kariery politycznej Czarnka może być szczególnie zniechęcający dla wyborców obu Konfederacji, którzy na te sprawy patrzą zupełnie inaczej. Na to, że tym razem Kaczyński mógł się pomylić, obwieszczając narodowi kandydaturę Czarnka, wskazują też kolejne sondaże.

Na początku kwietnia w badaniu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu” zapytano respondentów, czy ich zdaniem „Przemysław Czarnek jako lider przyciągnie do PiS wyborców, którzy popierają Konfederację lub Koronę Polską?”. Tylko 29 proc. ankietowanych udzieliło pozytywnej odpowiedzi, a aż 71 proc. osób uznało, że do tego nie dojdzie.

Z kolei w drugiej połowie kwietnia Ogólnopolska Grupa Badawcza zapytała Polaków o to, jak oceniają kandydaturę Czarnka na premiera. Aż 59,2 proc. wybrało odpowiedź „źle”, a pozytywnie do pisowskiego pretendenta na szefa rządu warszawskiego odniosło się zaledwie 21,1 proc. osób.

Pod koniec kwietnia w sondażu United Surveys dla Wirtualnej Polski sprawdzono natomiast, czy kandydatem PiS na szefa rządu powinien być Morawiecki, czy Czarnek. Byłego premiera wskazało 44,7 proc. respondentów, a byłego ministra jedynie 22,8 proc. badanych.

Choć do wyborów parlamentarnych pozostał jeszcze dobrze ponad rok, to kolejne sondaże są wręcz miażdżące dla Czarnka i wydaje się, że przedstawienie go jako kandydata na szefa rządu warszawskiego było błędem. Były minister, w przeciwieństwie do wyciąganych z kapelusza przez Kaczyńskiego Andrzeja Dudy, Beaty Szydło, czy Karola Nawrockiego, jest dobrze znany elektoratowi i wiele osób ma już o nim wyrobione zdanie. To sprawia, że zdobycie każdego kolejnego punktu procentowego poparcia będzie dla niego o wiele trudniejsze.

Zgrzyt w Konfederacji

Na błędzie Kaczyńskiego zyskać może między innymi Konfederacja WiN, w której w ostatnim czasie doszło do zgrzytu po wypowiedzi Sławomira Mentzena. Lider Nowej Nadziei, pytany podczas spotkania z wyborcami w Elblągu o to, czy ministrowie obrony sprawdzają się w swej roli, odparł, że „problem jest taki, że nasi wojskowi również nie bardzo sprawdzają się w tej roli”.

„Mówię na przykład o panu Wiesławie Kukule, który w tym momencie od strony wojskowych odpowiada za nasze wojsko. Ten człowiek jest nienormalny, w sensie on nie ma kompetencji, żeby być kapralem, on nigdy niczym tak naprawdę nie dowodził” – powiedział.

Dodał też, że „ten człowiek wprost mówił, że on by strzelał rakietami za sto milionów złotych sztuka do tych dronów ze sklejki wysyłanych tutaj zza wschodniej granicy, gdyby tylko to miało jakąś tam jedną rzecz uratować, to jest niepoważne”. Ponadto zarzucił gen. Kukule, że „nie ma zielonego pojęcia o ekonomii wojny, o ograniczeniach zasobów”.

W ubiegłym roku, po wtargnięciu w polską przestrzeń powietrzną kilkunastu dronów, z których część okazała się tzw. wabikami, gen. Kukuła odniósł się do zarzutów, że do ich zestrzelenia użyto zbyt drogich pocisków. Generał oznajmił wówczas w TVN24, że nie liczy się wartość rakiety, ale tego, co może zostać zniszczone przez drona i podkreślił, że „użyjemy sto razy droższej rakiety, jeśli uratujemy życie choć jednego Polaka”. Jak dodał, „choćby ta rakieta kosztowała 100 milionów dolarów”, to gdy zostanie uznane, że obiekt do zestrzelenia „zagraża życiu, zagraża miastu, zagraża miejscowości, to palec pilotowi nie drgnie w momencie, kiedy ją odpali”.

Słowa Mentzena wywołały zdecydowaną reakcję ze strony Krzysztofa Bosaka. Prezes Ruchu Narodowego napisał w swych mediach społecznościowych, iż „wypowiedź Sławomira Mentzena na temat Szefa Sztabu Generalnego generała Wiesława Kukuły nie tylko jest obraźliwa, ale jest niezgodna z prawdą”. W obszernym wpisie wicemarszałek Sejmu stwierdził między innymi, iż nie ma wątpliwości, że „i u gen. Kukuły i wśród innych oficerów stojących na czele naszej armii jest zrozumienie zagadnień ekonomii wojny i wyzwań związanych z obroną przed dronami, a także że jest to odpowiedzialny, roztropny i doświadczony dowódca”.

Według Bosaka krytyka „jest potrzebna, ale nie powinna szukać łatwej i fałszywej polaryzacji, lecz mieć charakter właściwy dla stylu, który afirmujemy w Konfederacji – stylu merytorycznej opozycji”. Nie wątpiąc w dobre intencje koalicjanta, Bosak ocenił, że „jeśli chodzi o wiedzę i kompetencje szefa SG Sławomir Mentzen został źle poinformowany przez doradców, a jeśli chodzi o wypowiedź generała to po prostu błędnie ją zrozumiał”.

Mentzen ze swoich słów nie zamierzał się wycofywać. Kilka dni później oznajmił w programie Bogdana Rymanowskiego, że „nie ma zamiaru przepraszać gen. Kukuły”, a wręcz „może mu nawet jeszcze dołożyć”, co też uczynił. Lider Konfederacji zdradził, że „chciał powiedzieć, że jest idiotą”, ale „wtedy się ugryzł w język i powiedział, że jest nienormalny”. Odnosząc się zaś do wpisu Bosaka, Mentzen stwierdził, że jego słowa go nie zabolały, ale wicemarszałek „zrobił niemądrze, zrobił błąd, ale każdy robi czasem błędy”. Sam prezes Ruchu Narodowego powiedział w Polskim Radiu 24, iż z Mentzenem „różnili się wielokrotnie, dyskutowali ze sobą i publicznie, i prywatnie”. Jak dodał w Konfederacji „nie ma obowiązku zgadzać się ze sobą we wszystkich ocenach, żeby pracować razem”, a z samym Mentzenem – jak podkreślił – ma dobre, partnerskie relacje.

Języczek u wagi

PiS na powrót do samodzielnych rządów nie ma szans, a aktualne sondaże wskazują, że nawet sojusz z Konfederacją WiN nie dałby partii Kaczyńskiego większości w Sejmie. Do stworzenia koalicji konieczni mogą się okazać posłowie Korony, do której przedstawiciele wyżej wymienionych formacji prezentują różne podejście. W wywiadzie dla „Wirtualnej Polski” Czarnek powiedział, że głosi tezę „Pokoju na Prawicy”, ale dość szybko oznajmił, iż „z samym Braunem i z ludźmi, którzy się wokół niego pojawiają – na przykład obrońcami pomnika czerwonoarmistów czy sedewakantystami, którzy ubliżają Janowi Pawłowi II – na pewno nie” wyobraża sobie pokoju. Jak dodał, „ich teraz nie interesuje jednak sam Braun ani Korona Polska, tylko elektorat, który kiedyś był u nich, a teraz jest u niego”.

Z kolei Mentzen, pytany podczas wiecu o to, czy widzi możliwość współpracy z Koroną po wyborach, odparł: „oczywiście, że tak” i dodał, iż „współpracował z Braunem przez wiele lat, był z nim przez wiele lat w koalicji, w związku z czym nie ma tutaj jakichś wielkich zahamowań”. Poparcie dla partii politycznych w maju 2026 r. i dość słaby start Czarnka jako kandydata na premiera pokazują, że tym razem to Korona ma szansę być języczkiem u wagi i wbrew stanowczym zapowiedziom, także i były minister może być zmuszony, by pozbyć się zahamowań.

Najnowsze