We Francji 15 marca odbyła się I tura wyborów samorządowych. Dogrywka miała miejsce 22 marca. Tam, gdzie w żaden kandydat nie uzyskał ponad 50 proc. głosów, do II tury awansowali ci kandydaci, którzy przekroczyli próg 10 proc. głosów. Pomiędzy turami trwały przetestowania, negocjacje, łączenie list i wycofywanie niektórych z nich, aby np. „zatrzymać prawicę”.
Te wybory to najważniejszy test przed wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na 2027 rok. Pokazały one, że Zjednoczenie Narodowe rośnie w siłę. Równocześnie utworzona przez lewicę, często w porozumieniu ze skrajnymi lewakami ze Zbuntowanej Francji (LFI), zapora „antyfaszystowska” choć przecieka, to wciąż, zwłaszcza w dużych miastach, robi robotę. Jednak szansa na wyłom w wyborach parlamentarnych rośnie!
Komuniści z LFI przed II turą wyborów ogłaszali wszem i wobec, że „wyciągają pomocną dłoń” do innych list, aby utworzyć „front antyfaszystowski tam, gdzie prawica i skrajna prawica stanowią zagrożenie”. LFI jest oskarżana m.in. o antysemickie postawy, wspieranie islamizmu, a ciąży na niej także sprawa linczu na studencie dokonanym przez jej bojówkę z „Młodej Gwardii Antyfaszystowskiej”. Choć inne partie lewicy zachowywały dystans wobec LFI, to ostatecznie interes polityczny okazał się ważniejszy i socjaliści często bratali się przed drugą turą ze skrajnymi lewakami.
Partia Socjalistyczna i Zieloni zaczęli zawierać sojusze lokalne z La France Insoumise niemal wszędzie poza Paryżem i Marsylią. Lewica zdecydowała się na zaprezentowanie wspólnego frontu w kilku dużych miastach, mając na uwadze ryzyko zwycięstwa prawicy w drugiej turze, nawet jeśli naraziłoby ją to na ataki ze strony oponentów. I tak kandydaci socjalistów i Zielonych zawarli liczne porozumienia ze swoimi byłymi rywalami z obozu Mélenchona, co miało miejsce m.in. w Tuluzie, Lyonie, Strasburgu, Nantes, Limoges, Awinionie, Breście i Clermont-Ferrand. Partie te wsparły LFI, która opowiadała się za „frontem antyfaszystowskim”.
Oburzyło to nawet obóz prezydencki, chociaż w 2024, w czasie wyborów parlamentarnych, partia Renesans też faworyzowała Zbuntowaną Francję, chcąc pomniejszyć sukcesy Zjednoczenia Narodowego (RN). Teraz minister ds. równości płci z obozu prezydenckiego, Aurore Bergé, mówiła, że „techniczna fuzja z LFI to zdrada Republiki” i groziła, że „wszyscy, którzy się połączą z LFI, powinni zostać wykluczeni, odrzuceni i to natychmiast”. Fuzję partii lewicowych z LFI nazwała dosadnie Marine Le Pen – „najbardziej hipokrytyczną lewicą na świecie”, która „sprzedaje swoje zasady, aby ratować miejsca w polityce”. O „zdradzie” zasad mówili też politycy Republikanów.
Partia Socjalistyczna, która oficjalnie zerwała z Melenchonem i Zbuntowanymi, łagodziła swoje stanowisko. „W pełni rozumiem wybory kandydatów socjalistycznych, którzy zdecydowali się na sojusz z partią La France Insoumise (LFI)” – oświadczył tuż po I turze I Sekretarz PS Olivier Faure, który wcześniej od takiej współpracy się odżegnywał. Widać, że „tradycyjna” lewica staje się zakładnikiem skrajności i jest to sukces Jean-Luca Melenchona (lidera LFI). Równocześnie wyniki wyborów samej tylko I tury pokazały, że Marine Le Pen coraz mocniej wrasta w krajobraz samorządowy, do niedawna niedostępny dla narodowców ze względu na większościową ordynację wyborczą. Szczegółowa analiza i interpretacja ostatecznych wyników wyborów – w kolejnym numerze.
Lewica demonstrowała „przeciw rasizmowi”
Tymczasem skupmy się na taktyce stosowanej przez lewicę. Oprócz stawiania „politycznej tamy przeciw faszyzmowi” socjaliści i lewacy wyszli na ulicę. W przededniu pierwszej tury wyborów samorządowych, 14 marca, w całej Francji zorganizowano demonstracje „przeciwko rasizmowi”. Była to czysta propaganda wyborcza, bo o „rasizm” lewica oskarża zawsze narodową prawicę i tego typu manifestacje mają stygmatyzować przede wszystkim Zjednoczenie Narodowe (RN). Organizatorami tych wystąpień były dziesiątki lewackich organizacji. Wezwały do demonstracji przeciwko „rasizmowi, faszyzmowi i brutalności policji”, a w całej Francji odbyło się około 85 tego typu wieców.
Organizatorzy głosili hasła: „Stop faszyzmowi! Stop rasizmowi! Stop policyjnej przemocy! Stop islamofobii!”. „Przyszliśmy, żeby powiedzieć, że nie cofniemy się przed faszystami. Musimy stawić opór, zadanie jest ogromne, ale jest nadzieja, jeśli wszyscy się zjednoczymy” – apelował niejaki Mathieu Pastor, jeden z organizatorów wydarzenia o nazwie „La Marche des solidarités”.
Już wyniki I tury w wielu miastach były trudno przewidywalne i tego typu wiece miały zapewne wpłynąć na wyborców, a nawet ich zastraszyć. Lewackie manifestacje miały wywołać poczucie niepewności społecznej, czy wręcz zastraszać wyborców groźbami zamieszek w ich miastach. W Paryżu lewacki marsz przeszedł z Place de la Nation na Place de la République. Po drodze zatrzymali się w Parc de Belleville, który jest miejscem zbiórek nieletnich migrantów bez opieki, sprawców wielu drobnych przestępstw, którzy niemal terroryzują okolicę.
W Lyonie zgromadzenie zaplanowano na placu Bellecour. Policja zgromadziła tam siły prewencji ze względu na możliwe zadymy wywoływane przez Antifę. „Lyon to miasto oporu, miasto Jeana Moulin i Lucie Aubrac. Nie możemy tolerować marszów neonazistowskich, które się tu odbywają” – komunikowała mediom jedna z organizatorek, nawiązując do marszu z 21 lutego, kiedy to kilka tysięcy osób wzięło udział w wiecu domagającym się sprawiedliwości za śmierć zlinczowanego przez Antifę studenta Quentina Deranque. Demonstracje odbywały się także w Lille, Marsylii czy Porte d’Aix.
Przemytnicy migrantów przegrali, ale… wygrali
Migranci z czasem stają się naturalnym elektoratem lewicy, często tej skrajnej, która obiecuje spełniać ich roszczeniowe nastawienie. Rządzone przez lewicę miasta wspierają więc dotacjami m.in. przemyt nowych migrantów. I tak we Francji miała miejsce ciekawa rozprawa przeciw organizacji SOS Méditerranée. Organizacja ta przedstawia się jako „humanitarna”, ale jej główna działalność to ściąganie przez Morze Śródziemne migrantów z Północnej Afryki. W dodatku organizacja ta korzysta z licznych dotacji publicznych, co pokazuje swoistą schizofrenię władz Francji, które rzekomo „walczą z nielegalną imigracją” i zarazem w taki sposób ją dotują. Zjednoczenie Narodowe postanowiło jednak powiedzieć – „sprawdzam” i zaskarżyło jedną z takich dotacji dla SOS Méditerranée podarowaną przez rządzone przez socjalistów miasto Saint Nazire. Sprawa oparła się aż o Radę Stanu. Sąd Najwyższy uchylił dotację, ale nie nakazał zwrotu 10 tys. euro (!!!), czego domagał się skarżący przedstawiciel Zjednoczenia Narodowego (RN). Z kolei socjalistyczny mer miasta ze swojej strony zapowiedział, że nie tylko będzie kontynuował pompowanie pieniędzy w stowarzyszenie SOS, ale nawet zwiększy wsparcie dla tej organizacji pozarządowej.
Na razie dotacja z 9 października 2020 r. zatwierdzona przez radę miejską Saint-Nazaire dla SOS Méditerranée została uchylona przez Radę Stanu. Pieniądze przyznano wówczas na „ratowanie migrantów na morzu”, a decyzję skarżył Gauthier Bouchet, radny regionalny i delegat departamentalny Zjednoczenia Narodowego (RN) w regionie Loire-Atlantique. Wniósł jednak sprawę do sądu jako „lokalny podatnik”. Uznał tego typu dotację za naruszenie neutralności służby publicznej i zażądał zwrotu środków. Jego skarga została początkowo odrzucona przez Sąd Administracyjny w Nantes. Dopiero po apelacji została częściowo uwzględniona przez Radę Stanu. Najwyższy sąd administracyjny uchylił dotację ze względu na problem z… oznaczeniem przeznaczenia dotacji, bo uchwała rady miasta „nie przewiduje żadnych konkretnych mechanizmów kontrolnych, które zapewniłyby, że pieniądze są wykorzystywane „wyłącznie na międzynarodowe humanitarne operacje poszukiwawczo-ratownicze na morzu, z wyłączeniem innych działań stowarzyszenia”. Rada Stanu nie zażądała jednak zwrotu 10 tys. euro, ponieważ SOS Méditerranée nie jest ani podmiotem prawa publicznego, ani organizacją prywatną odpowiedzialną za zarządzanie usługami publicznymi.
„Pieniądze publiczne nie należą do wybranych polityków, lecz do narodu francuskiego. Dlatego wszelkie dotacje muszą być ściśle regulowane, kontrolowane i uzasadnione interesami lokalnymi” – ripostował Gauthier Bouchet, kandydat Zjednoczenia Narodowego w Donges, sąsiednim mieście. Jednak mer David Samzun (Partia Socjalistyczna) oświadczył: „Jestem bardzo zdeterminowany. Będziemy nadal dotować SOS Méditerranée. Określimy cel, aby uniknąć krytyki, bo obowiązkiem miasta portowego takiego jak nasze jest pomoc” – argumentował. Mer zdecydował więc o zwiększeniu dotacji wypłacanej organizacji pozarządowej w tym roku, prawdopodobnie do 14 tys. euro. W 2024 roku kwota ta i tak wzrosła już do 12 tys. euro…



