Strona głównaMagazynZamieszki z udziałem imigrantów. "Oby Polska jak najdłużej była wolna od tego...

Zamieszki z udziałem imigrantów. „Oby Polska jak najdłużej była wolna od tego rodzaju zdziczenia”

-

- Reklama -

Styczeń w Berlinie rozpoczął się ciekawie – kilkudniowe pogrążenie stolicy Niemiec w ciemnościach poprzedziły coroczne sylwestrowe zamieszki z udziałem imigrantów. Kanclerz Merz unika komentarza zarówno ws. aktualnych działań Donalda Trumpa, jak i spraw lokalnych. „To był akt dywersji” – twierdzi dziennikarka Agnieszka Wolska, nasza korespondentka z Niemiec.

Julia Gubalska: Nowy Rok zaczął się z rozmachem – atakiem USA na Wenezuelę. Merz niestety w sposób znikomy wypowiada się na ten temat. Dlaczego?

- Reklama -

Agnieszka Wolska: Wypowiada się w sposób bardzo ostrożny i waży każde słowo. Wpis kanclerza mówił o tym, że sytuacja jest bardzo kompleksowa od strony prawnej, co nie zmienia faktu, że pan Maduro także nie jest świetlaną postacią. Pierwsza reakcja właśnie tak wyglądała. W podobnym duchu wypowiadał się szef niemieckiej dyplomacji Johann Wadephul mówiący o tym, że niewątpliwie działania Stanów Zjednoczonej wymagają jakiegoś komentarza i uściślenia od strony prawnej. Pamiętajmy, że ze strony obecnego rządu niemieckiego czy samego kanclerza Merza priorytetem jest sprawa Ukrainy, doprowadzenia do finału toczących się rozmów mających na celu zawieszenie broni.

Spektakularnym działaniem ostatnich dni był wyjazd kanclerza do Paryża na spotkanie tzw. koalicji chętnych. Po tym spotkaniu wiele sobie obiecywano i rzeczywiście zostało tam zawarte porozumienie dot. możliwości wysyłania wojsk Unii Europejskiej na Ukrainę. W tym duchu główni politycy rządzący, zwłaszcza chadecji, wypowiadali się, że zbyt ostre potępienie działań Stanów Zjednoczonych w Wenezueli mogłoby storpedować proces pokojowy na Ukrainie i rolę Stanów Zjednoczonych jako protektora trzymającego parasol nad tymi rozmowami i gwaranta bezpieczeństwa Ukrainy po zawarciu takiego porozumienia. Mniej powściągliwy był koalicjant Friedricha Merza. Klingbeil wypowiedział się, że działanie Stanów Zjednoczonych to złamanie prawa międzynarodowego i domaga się wyjaśnień także na arenie międzynarodowej. Równie ostre wypowiedzi były także od opozycjonistów z partii Zielonych lub chociażby partii Linke, które pomagała chadekom i socjaldemokratom przepychać trudne decyzje legislacyjne w Bundestagu. Można powiedzieć, że strona centrolewicowa zdecydowanie mniej się krępowała.

To pokazuje, że w przypadku bardzo kontrowersyjnych wydarzeń czy działań polityka niemiecka jest mocno podzielona. Pamiętajmy także, że reakcja samej Unii Europejskiej była uzgadniania z rządem niemieckim. Także tam pojawiał się aspekt skłonienia Stanów Zjednoczonych do wyjaśnień, na jakiej podstawie prawnej te działania były podejmowane. Od podpisania deklaracji Unii Europejskiej wstrzymały się Węgry, najbliższy koalicjant Stanów Zjednoczonych w Europie. Polska podpisała tę deklarację. Tak to na dziś wygląda. Wśród samych Niemców działa maszyna propagandowa od wielu lat, bardzo nieprzychylna Trumpowi. Decyzje Trumpa sprzedawane są jako decyzje człowieka nieobliczalnego, nieprzewidywalnego, który wymyka się normalnym standardom uprawiania polityki. W związku z tym nie jest to stabilny partner zarówno dla Niemiec, jak i całej Unii Europejskiej. Pojawiają się głosy, że w kontekście takich wydarzeń oś transatlantycka w obecnej formie wymaga przemyślenia.

Obecny panujący porządek polityczny został zaburzony. To dobrze czy źle? Niektórzy twierdzą, że szansą dla świata jest przejście do miejsca, w którym ponownie liczy się siła.

Przeszliśmy już do takiego świata. To, co było wyartykułowane z Niemiec, to przekaz w którym strzelamy sobie w kolano. Nie można w tym momencie stylizować się na obrońcę demokracji, uprowadzając zalegitymizowanego przywódcę innego kraju. Maduro nie jest świetlaną postacią i wielu byśmy takich znaleźli. Dziennikarz zasugerował Trumpowi na konferencji prasowej w Białym Domu, że to przecież Meksyk czy Kolumbia jest głównym szmuglerem narkotyków do Stanów Zjednoczonych, a Wenezuela pełni drugorzędną rolę. Na co Trump zareagował typowo: „to może trzeba będzie porwać prezydenta Kolumbii”. Na takie żarty sobie pozwala. Coś tutaj nie gra i przede wszystkim pytanie, kto korzysta na tego rodzaju działaniach.

To nie była przypadkowa operacja. To, co wykonano, musiało mieć ogromne wsparcie służb, wywiadu i najnowszych technologii, o tym mówią specjaliści. Żyjemy w takim okresie, że technika, sztuczna inteligencja, wykorzystywana jest dla potrzeb sektora wojenno-militarnego. Nie wiemy, czy operacja dokonana przez Amerykanów była bezkrwawą, bo tak się chwalono. W stolicy Wenezueli stacjonowali wysokiej rangi wojskowi, w czasie kiedy uprowadzono Prezydenta Maduro. Są przypuszczenia, że po prostu zostali oni pozbawieni życia. Ponadto w Wenezueli działają różne siły. Interesy mają Rosjanie, mają też Chińczycy. Używano oddziałów Wagnera do osłony tych rejonów, gdzie wydobywana jest ropa naftowa. Nie wiemy, jaka będzie reakcja innych interesariuszy tego konfliktu. Podzielam opinię, że operacja w Wenezueli jest tylko przygotowaniem do czegoś większego. Nadal nierozwiązany jest konflikt na linii Tel Aviv – Teheran. Cały czas wiemy, że Iran może być następnym miejscem działania i specjalnych operacji.

Wspomniała Pani o mocnej solidarności kanclerza Niemiec z Ukrainą. Były prezydent Rosji Miedwiediew w swojej ostatniej wypowiedzi skierował groźby wobec kanclerza Niemiec, nazywając go neonazistą i sugerując jego porwanie. Czy teraz porwania staną się nowym sposobem prowadzenia polityki? Co to oznacza dla stosunków niemiecko-rosyjskich?

W 2022 r. ostentacyjnie te więzi zerwano. Wypowiedź Miedwiediewa to nie pierwsza jego wypowiedź tego rodzaju. Jako były prezydent może sobie pozwolić na tego rodzaju didaskalia, komentarze – bardzo zresztą przydatne w prowadzeniu przez Rosjan polityki. Są to słowa, których nie może powiedzieć Putin, Ławrow czy rzeczniczka Kremla p. Zacharowa. Jest to upuszczanie ciśnienia politycznego w ramach żartu czy ironii. Reakcja była naturalnie błyskawiczna – oburzenie. Dyplomatycznie niewiele można z tego zrobić poza odcięciem się i potraktowaniem tych słów z całą ostrością, jak to się mówi w języku dyplomacji. Jest to takie wzajemne podszczypywanie się. Ze strony Niemiec też mieliśmy tego rodzaju działania. Sam Donald Trump nie ucieka od tego rodzaju eskalacji słownej. Ale stąd do działania jeszcze droga daleka. Pokazuje to jednak, że stosunki są napięte i nie wiemy, co w tej chwili w zakresie tzw. negocjacji się dzieje. To jest odwracanie uwagi od istotnych problemów.

Jeszcze warto nawiązać do tego, co działo się w Berlinie. Berlin przez kilka pierwszych dni nowego roku był pogrążony w ciemnościach. Po drugie w sylwestrową noc ludzie w Berlinie bali się wychodzić na ulicę, ponieważ znów mieliśmy do czynienia z zamieszkami. Policjanci byli wciągani w zasadzki, celowo ostrzeliwani fajerwerkami. Rozumiem, że tego rodzaju sylwester to już standard w Niemczech. Czy to bezpośredni skutek nielegalnej migracji, czy mamy tutaj jeszcze jakieś wątpliwości lub inne przyczyny?

Pokazywany jest Berlin, ale podobne rzeczy dzieją się w innych miastach: ekscesywne używanie sztucznych ogni, wielogodzinne ostrzeliwanie… W Kolonii wiele dni jeszcze przed Sylwestrem było słychać eksplozje, a pamiętajmy, że Niemcy mają dość rygorystyczne przepisy, jeśli chodzi o użytkowanie materiałów pirotechnicznych. Te materiały są jednak szmuglowane na teren Niemiec z Holandii, Polski czy Czech, więc jest zabawa w kotka i myszkę. Policja pilnuje, próbuje to zwalczać. Lecz podobnie jak z handlem narkotykami – osoby, które tym się zajmują, zawsze są szybsze niż służby. Widzieliśmy więc na ulicach obrzucanie bez żadnych zahamowań przypadkowych ludzi i sanitariuszy: strażaków, lekarzy, którzy są wzywani do różnych wypadków. Oby Polska jak najdłużej była wolna od tego rodzaju zdziczenia.

Jeśli chodzi o sprawę Berlina, to jest zupełnie inna kwestia. Celowe działanie, defekt spowodowany ręką ludzką. Sprawa jest dość dziwna i mocno podejrzana. Chodzi o działanie tzw. grupy dywersyjnej Wulkan. Grupa ta działa od 2011 roku i była odpowiedzialna za wiele rozmaitych ataków na infrastrukturę krytyczną, także w obrębie transportowym. Tym razem padło na zaopatrzenie w prąd. Jak mówią specjaliści, punkty wybrano bardzo rozmyślnie. To nie mógł być przypadek, nie było to dzieło dyletantów i w związku z tym rodzi się wiele pytań i wątpliwości. Pamiętajmy, że ta grupa jest także pod obserwacją wewnętrznego wywiadu niemieckiego, tzw. Verfassungsschutz. W 2021 r. była duża akcja przeciwko budowanej w Brandenburgii fabryki Tesli, kiedy to zaatakowano zasilanie w prąd, żeby spowolnić te działania. Po tamtym wydarzeniu grupa znalazła się też na celowniku służb amerykańskich.

Podmiotem celującym był nikt inny jak Elon Musk i to był jego biznes. Służby amerykańskie zajęły się więc obserwacją działalności tzw. ekstremistów lewicowych. Przychyliłabym się do opinii, że mogliśmy mieć do czynienia z różnym splotem interesów i działań mających na celu wywołanie celowe takiej sytuacji. Jeżeli uderza się z rozmysłem pozbawienia prądu przy temperaturach mocno poniżej 0 stopni ponad 100 tys. osób, w tym także podmiotów gospodarczych i paraliżuje życie na dobre kilka dni, to trudno to uznać za przypadek. Mamy prawdopodobnie jakieś siły związane z ultralewicowcami, a nawet anarchistami, którzy działają pod okiem służb. Jednak to wszystko w jakiś sposób jest monitorowane i równocześnie przeprowadza się gigantyczny test, jak zachowa się społeczeństwo. Zdarzają się także opinie, że był to pewien sprawdzian przed czymś większym. Nie jestem daleka od takiego stwierdzenia. Mieszkańcy zostali pozostawieni sami sobie, a Friedrich Merz przez wszystkie te dni, kiedy berlińczycy walczyli z awarią, zachowywał milczenie. Przemówił, ale nie w sprawie Berlina, dopiero wyjeżdżając do Paryża na spotkanie ws. Ukrainy, że „bardzo martwi się o infrastrukturę energetyczną na Ukrainie”. To chyba najlepszy wyraz tego, jak wygląda dzisiaj niemiecka polityka i to, co reprezentuje sobą sam kanclerz Republiki Federalnej Niemiec.

Dziękuję za rozmowę.

Najnowsze