Choć do wyborów parlamentarnych pozostało jeszcze około trzynaście miesięcy, a właściwa kampania rozpocznie się prawdopodobnie w czasie przyszłorocznych wakacji, to walka polityczna o głosy wyborców już się rozpoczęła i zapowiada się niezwykle brutalnie. O tym, kto zdobędzie władzę, zdecydują zapewne pojedyncze mandaty w Sejmie.
Na ponad rok przed głosowaniem badania opinii publicznej pokazują prowadzenie Koalicji Obywatelskiej, która jednak miałaby poważny problem ze stworzeniem koalicji. Na uzyskanie większości mogą liczyć partie obecnej opozycji uznawane przez wyborców za „prawicowe”. Z tak prostym spojrzeniem na sondażowe wyniki wiążą się jednak dwie pułapki. Po pierwsze nie jest przesądzone, że Prawo i Sprawiedliwość dogada się z dwiema Konfederacjami, a w razie potrzeby także Rozwojem Plus. Po drugie podział mandatów według metody D’Hondta premiuje większe ugrupowania, a to – wobec rozbicia „prawicy” na kilka partii – będzie działać na korzyść KO.
Plan na zwycięstwo?
Po licznych aferach, które w ostatnich miesiącach nadszarpnęły wizerunek rządu Donalda Tuska, KO straciła kilka punktów procentowych poparcia, ale dalej jest zdecydowanym liderem sondaży, notując nawet kilkanaście punktów procentowych przewagi nad kolejną formacją. Średnie sondażowe poparcie na poziomie ok. 29,4 proc. nie dałoby jednak ekipie byłego „króla Europy” samodzielnej władzy, a wobec braku koalicjantów, KO – podobnie jak w 2023 roku PiS – mogłaby odnieść jedynie pyrrusowe zwycięstwo. Resztówki po Trzeciej Drodze, czyli Polskie Stronnictwo Ludowe oraz Polska 2050 szorują bowiem po dnie w badaniach opinii publicznej. Sondażowa średnia pozwala co prawda ludowcom przekroczyć próg, ale jedynie ten subwencyjny wynoszący 3 proc. PSL zresztą od 2015 r., kiedy to ledwo ledwo wślizgnęło się do parlamentu, nie próbowało już więcej samodzielnego startu, łącząc siły, a to z formacją Pawła Kukiza, a to z partią Szymona Hołowni. Z kolei poparcie dla wspomnianej Polski 2050, w której po rozpadzie Trzeciej Drogi doszło do rozłamu, z rzadka przekracza poziom błędu statystycznego. Nic zatem dziwnego, że w mediach pojawiły się plotki o rzekomo rozważanej koalicji, która na jednej liście miałaby pomieścić zarówno kandydatów KO, jak i PSL-u oraz Polski 2050 i Unii Centrum. To mogłoby dać ekipie Tuska kolejnych kilka punktów procentowych i nieproporcjonalnie więcej mandatów.
Swoją odrębność zdecydowanie stara się zamanifestować Nowa Lewica, która jednak pod przewodnictwem Włodzimierza Czarzastego nie porywa wyborców i może liczyć na niespełna 7 proc. poparcia. Dużą część lewicowego elektoratu pochłania będąca w opozycji skrajnie lewicowa Partia Razem, która w ostatnich tygodniach zanotowała sondażowy wzrost. Średnie poparcie dla formacji Adriana Zandberga przekracza 4 proc., ale niemal żadne badanie nie prognozuje jej wejścia do przyszłego Sejmu. Można się spodziewać, iż Razem, w przypadku samodzielnego startu, powtórzyłaby historię Partii KORWiN z 2015 r., kiedy to korwinistom zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów do przekroczenia progu wyborczego. Wobec tego pojawiające się w przestrzeni medialnej spekulacje o potencjalnym ponownym wspólnym starcie lewicowych ugrupowań nie mogą budzić zdziwienia, choć obecnie przedstawiciele Partii Razem pozostają dość zdecydowanymi krytykami rządów Tuska. Jedna lista mogłaby jednak dać lewackim siłom kilkanaście procent w wyborach, a co za tym idzie dużą premię przy podziale mandatów. Na dziś wydaje się, że to najkorzystniejszy dla obozu władzy scenariusz, który wymagałby jednak złamania kręgosłupów niezłomnych marksistów spod fioletowego sztandaru, a to nie jest tak całkiem oczywiste.
Skazani na siebie?
Choć, jak już wielokrotnie podkreślaliśmy na łamach „Najwyższego Czas-u!”, PiS z prawicą nie ma wiele wspólnego, a Konfederacja Wolność i Niepodległość przeszła na pozycje centroprawicowe, to formacje te są przedstawiane jako „prawica” wspólnie z Konfederacją Korony Polskiej i Rozwojem Plus, w przypadku którego bardziej niż konserwatywno-liberalnych propozycji, można spodziewać się ścigania na obietnice socjalne z dawnymi towarzyszami z Nowogrodzkiej. O ile na początku roku Jarosław Kaczyński, którego Rafał Ziemkiewicz określił „człowiekiem, który ukradł Polsce prawicę”, tracił dominującą pozycję po prawej stronie sceny politycznej, o tyle obecnie były „naczelnik państwa” po prostu nie jest tam już hegemonem. Średnie sondażowe poparcie dla PiS wynosi niespełna 19 proc. i mimo, że jest najwyższe spośród wymienionych ugrupowań, to stanowi znaczniej mniej niż połowę całkowitego poparcia dla „prawicy”. Ponadto notowania grupy rekonstrukcji historycznej sanacji wobec kolejnych afer poprzednich ośmiu lat, które wychodzą na światło dzienne i wewnętrznych podziałów, wyraźne spadają i są najgorsze od dawna.
W części badań o włos za PiS-em znajduje się Konfederacja 2.0, czyli sojusz Ruchu Narodowego i Nowej Nadziei. W średniej sondażowej różnica jest jeszcze dość wyraźna, bowiem dla Konfederacji WiN wynosi ona ok. 13,6 proc., czyli ponad 6 pkt proc. mniej, ale trendy są widoczne. Po tym, jak koalicja partii Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena straciła kilka punktów procentowych wiosną ubiegłego roku, jej notowania ustabilizowały się. Jeżeli formacji nie zaszkodzą takie potknięcia, jak niezarejestrowanie kandydatury Bartosza Bocheńczaka w Krakowie czy próba powiązania przez dziennikarzy z aferą Zondacrypto, to prawdopodobnie niedługo opublikowane zostaną pierwsze sondaże, w których dojdzie do „mijanki” z PiS-em. Do tej układanki dochodzi jeszcze element najważniejszy, czyli Korona Grzegorza Brauna, która wprawdzie w minionych tygodniach nieco straciła i cieszy się poparciem mniejszym niż 8 proc., ale dalej może być języczkiem u wagi, bez którego stworzenie koalicji większościowej w Sejmie nie będzie możliwe. Z kolei Rozwój Plus ex-premiera Mateusza Morawieckiego, po pierwszym efekcie świeżości, obecnie przekracza w sondażach próg wyborczy, ale tylko minimalnie. Dla „rozłamowców” podobno na listach wyborczych PiS miejsc nie będzie, a jeżeli Polacy nie dadzą się nabrać na ugrupowanie byłego szefa rządu warszawskiego, to nie będzie dla nich także siedzisk w przyszłym parlamencie.
Wspólnie do Senatu?
Osobną kwestią pozostaje temat paktów senackich. W przypadku koalicji rządzącej można śmiało zakładać, że nikt nie będzie porzucał działającego rozwiązana i taki wariant zostanie powtórzony po raz trzeci. W przypadku ugrupowań, które same siebie prezentują jako prawicowe, o współpracę będzie znacznie ciężej. Już w ubiegłym roku taki układ, wymieniając PiS (wówczas jeszcze przed rozłamem), a także Konfederację 2.0, zaproponował Braun. Pozytywnej reakcji jednak nie było, a jedyne głosy wskazujące na ewentualną możliwość kooperacji mówiły o tym, że patronat nad takim porozumieniem powinien objąć prezydent Polski Karol Nawrocki. Na początku września sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP Wojciech Kolarski ogłosił jednak w TOK FM, iż „nie widzi możliwości współpracy z Grzegorzem Braunem w ramach tak zwanego paktu senackiego prawicy”, w odpowiedzi na co poseł Korony Roman Fritz stwierdził, że „KKP wystawi 100 świetnych kandydatów do Senatu”. Porozumienie z pominięciem jednej z najważniejszych sił na „prawicy” nie miałoby sensu z matematycznego punktu widzenia, a ponadto dla Konfederacji 2.0 mogłoby być „pocałunkiem śmierci”, gdyż przed wyborami zblatowałoby ją z PiS-em.
Krytycznie o idei paktu senackiego wypowiedział się zresztą w programie „Warzecha kontra” były poseł Konfederacji WiN Dobromir Sośnierz, który stwierdził, że „nie ma żadnego sensu, żeby ich głosami wpychali socjaldemokratycznych polityków do Senatu”, a ponadto zauważył, iż nie ma porozumienia, co do koalicji, a więc „trudno robić tak, że się wprowadza polityków być może przyszłej opozycji do Senatu”. Znacznie tej izby w polskim parlamentaryzmie jest zresztą dość małe i można skutecznie rządzić bez posiadania w niej większości. Warto więc także zapytać, czy skojarzenie obu Konfederacji z obciążonym licznymi aferami PiS-em przed wyborami byłoby warte tego, aby wprowadzić kilku, a może kilkunastu senatorów. Wydaje się, że zdecydowanie nie.
Bez Brauna ani rusz?
Jeżeli wierzyć sondażom, które przecież potrafią się zmieniać nie tyle w ciągu miesięcy, co tygodni, to wiele wskazuje na to, że po kolejnych wyborach parlamentarnych będziemy mieli najciekawszą sytuację od lat. Większość miejsc w Sejmie powinna zdobyć obecna opozycja, ale zawiązanie koalicji wymagałoby od lidera PiS przełamania niechęci do współpracy z Braunem. Inną opcją dla Kaczyńskiego byłoby zawarcie „dla dobra ojczyzny” porozumienia z Tuskiem. Lider KO teoretycznie mógłby próbować także przeciągnąć na swoją stronę Konfederację WiN, ale przecież, jak wiadomo, „z tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”. Zdaje się zatem, że gdyby sondażowe wyniki utrzymały się aż do dnia głosowania, nasz umęczony kraj mogłaby czekać cała seria przyspieszonych wyborów, po których nie udawałoby się powołać rządu. Tyle że to dopiero początek nieformalnej walki wyborczej, a sytuacja na polskiej scenie politycznej jest na tyle dynamiczna, że przez najbliższych kilkanaście miesięcy będziemy zapewne obserwować liczne zwroty akcji.


