„Gazeta Krakowska” opisała historię walki z dzikami pana Wojciecha. Relacja pokazuje, że „mieszkańcy są zostawieni sami sobie”, służby nic nie mogą, a miasto ma zaledwie trzy klatki do odłowu tych dzikich zwierząt, które stwarzają realne zagrożenie dla ludzi.
Pan Wojciech pochodzi z Borku Fałęckiego. Wysłał do urzędu miasta list, w którym wezwał do „pilnej i natychmiastowej interwencji w rejonie ul. Zawiłej 2 w Krakowie w związku z regularnym pojawianiem się stada dzików, w tym lochy z młodymi”.
„Sytuacja stanowi realne zagrożenie dla życia i zdrowia mieszkańców, dzieci oraz uczestników ruchu drogowego. Na wskazanym terenie znajduje się szkoła podstawowa, a w bezpośrednim sąsiedztwie przebiega ruchliwa ul. Zakopiańska. Obecność dzików, szczególnie lochy z małymi, może doprowadzić do niebezpiecznych incydentów lub tragedii” – napisał pan Wojciech.
Podkreślił, że „szczególnie narażone są dzieci uczęszczające do szkoły oraz osoby przemieszczające się w okolicy”.
„Od dwóch lat staramy się o interwencję w tej sprawie, bez wyraźnych rezultatów, straż miejska zawiadamiana o incydencie, próbuje jedynie wypłoszyć zwierzęta. Takie działanie jest całkowicie bezsensowne i nie przynosi żadnych rezultatów, konieczne jest działanie systemowe umożliwiające na stałe rozwiązać problem” – stwierdził mieszkaniec.
„Nie wiem, czy musi dojść do tragedii by wreszcie zostały podjęte odpowiednie działania” – zapytał.
Następnie wniósł o natychmiastowe podjęcie działań zabezpieczających teren, odłowienie lub przepłoszenie dzików przez odpowiednie służby, zwiększenie monitoringu i kontroli w rejonie ul. Zawiłej 2 oraz o podjęcie działań zapobiegających dalszemu pojawianiu się zwierząt w tej okolicy.
Co na to urząd? Ano niewiele.
„Na wstępie informuję, że zgłoszenia interwencyjne związane z dzikami obserwowanymi na terenach miejskich realizowane są przez Straż Miejską Miasta Krakowa. Działania strażników koncentrują się na przyjmowaniu zgłoszeń dotyczących dzikich zwierząt, które następnie przekazywane są do właściwych podmiotów powołanych do udzielania pomocy zwierzętom” – napisano w odpowiedzi do pana Wojciecha.
Przyznano, że straż miejska nie ma uprawnień do wyłapywania dzikich zwierząt.
„W przypadku otrzymania informacji o obecności zwierząt, które mogą być agresywne na miejsce kierowany jest patrol, celem zabezpieczenia terenu oraz podjęcia działań służących niedopuszczeniu do kontaktu osób postronnych ze zwierzęciem. Podmiotem uprawnionym do odławiania dzików na terenie Gminy Miejskiej Kraków jest Koło Łowieckie 'Podwawelskie’, które wielokrotnie było informowane o problemie z dzikami pojawiającymi się w okolicy ul. Zawiłej przez Wydział Środowiska, Powietrza i Klimatu Urzędu Miasta Krakowa. Na bieżąco przesyłane są do tego podmiotu również kolejne zgłoszenia” – napisali urzędnicy.
Pochwalono przy tym biurokratyczne statystyki, mówiąc o „pozyskaniu około 450 sztuk dzików” w poprzednim roku.
„Jednocześnie zwracam uwagę, że obowiązujące przepisy prawa zabraniają dokonywania odstrzału dzików w terenie zabudowanym. Natomiast w rejonach wyłączonych z obwodu łowieckiego działania w zakresie zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia ze strony dzików podejmuje działające na zlecenie Gminy Miejskiej Kraków, całodobowe pogotowie dla dzikich zwierząt. Pogotowie to prowadzi odstrzały redukcyjne oraz odłowy przy użyciu 3 odłowni, działających na terenie Krakowa w rejonie Zakrzówka, Ruczaju oraz Borku Fałęckiego” – napisano.
Zaznaczono, że w planach jest zwiększenie liczby odłowni o kolejne trzy. Mają one zostać umiejscowione tam, gdzie było zanotowanych najwięcej interwencji.
Miasto zanotowało też, że część ludzi celowo dokarmia dziki, pomimo wyraźnych apeli, by tego nie robić. Zgłoszenia na ten temat są „potwierdzone dokumentacją fotograficzną”.
„Interwencje Straży Miejskiej Miasta Krakowa oraz nałożenie grzywny również nie zawsze jest skuteczne, z uwagi na postawę mieszkańców oraz bagatelizowanie problemu występowania dzików na terenach miejskich” – przekazał urząd miejski.
„Dodatkowo warto podkreślić, że działania związane z zastosowaniem odłowni dla dzików niejednokrotnie spotykały się z licznymi protestami mieszkańców. Doszło także do zdarzenia, w wyniku którego nieznani sprawcy doprowadzili do zniszczenia odłowni zlokalizowanej w Parku Maćka i Doroty. Z tego względu, problem występowania dzików zarówno w Krakowie, jak i większości innych miast w Polsce nie jest rozwiązany, a w świetle braku stosownych ogólnokrajowych regulacji prawnych trudno jest się spodziewać jego rychłego zakończenia” – przyznano.
„W świetle powyższych okoliczności zapewniam, że służby miejskie reagują na przypadki pojawiania się dzików i innych dzikich zwierząt na terenie miasta Krakowa, w takim zakresie, w jakim umożliwiają to obowiązujące przepisy. Nie stwierdzono nieprawidłowości w działaniach służb miejskich w opisanych w skardze przypadkach. Mając na uwadze powyższe okoliczności, Pana skargę uznaję zatem za bezzasadną” – poinformowano.
Sam czytelnik „Gazety Krakowskiej” stwierdził, że w Krakowie – i zapewne w innych miastach – nikt nie wie, co zrobić z dzikami. Można „dzwonić do straży miejskiej która nic nie może (posiadam działkę 5 ha) oni nawet nie są w stanie zlokalizować dzików, oni zawiadamiają koło łowieckie które też nic nie może”.
„Zakaz odstrzału w mieście. A klatek do odłowu Kraków ma 3 sztuki. Miasto nie rozwiązuje problemu w żaden sposób, zgadzam się że nie ma stosownych regulacji które faktycznie mogą ich blokować w działaniu. Co nie zmienia faktu, że problem jest i narasta” – stwierdził pan Wojciech.


