Strona głównaGŁÓWNYZjednoczenie Narodowe ubiera się w garnitur partii władzy

Zjednoczenie Narodowe ubiera się w garnitur partii władzy

-

- Reklama -

Zjednoczenie Narodowe (RN) prezentuje się coraz mocniej jako partia, która po wyborach prezydenckich może być ugrupowaniem rządzącym Francją. W programie jest nie tylko kwestia ograniczania imigracji, przywracania francuskiej tożsamości, ale też też takie problemy, jak emerytury czy „kryzys klimatyczny”.

Celem jest przebicie „szklanego sufitu” i wygrana w 2027 roku Marine Le Pen. Po tej wygranej, premierem rządu zostałby prawdopodobnie młody i popularny polityk tej partii Jordan Bardella, chociaż warto pamiętać także nazwisko koalicjanta i byłego polityka Republikanów Erica Ciottiego, z którym nowa partia z RN współpracuje.

- Reklama -

Na razie Marine Le Pen wyruszyła w swoją czwartą podróż kampanii prezydenckiej. Jeszcze nigdy jednak kandydat RN nie był tak blisko celu, jakim jest Pałac Elizejski. Widać pewne przemiany społeczne w elektoracie sprzyjające Marine Le Pen, o czym będzie mowa dalej, zmęczenie i znudzenie Francuzów „tradycyjnymi” partiami, brak wyrazistego i popularnego kontrkandydata w centrum, a pomyślne wiatry dla programu tej partii powiały nawet ostatnio z Ceuty. Obrazki inwazji wprawiły wielu Francuzów w przerażenie, a RN jest partią, któ ra od lat konsekwentnie przed takimi scenariuszami ostrzegała. Nic dziwnego, że dobrą pozycję startową Le Pen potwierdzają też wszystkie sondaże…

Niebezpieczeństwa kampanii to możliwe podziały polityczne w obozie narodowym, spisek prawny obozu rządzącego (np. unieważnienie decyzji o dopuszczeniu Le Pen do startu w wyborach po apelacji), wystawienie kontrkandydata pozapartyjnego, jakiegoś popularnego technokraty (Leclerc?), który będzie udawał, że uratuje kraj bez polityki, czy wreszcie manipulacje i cenzura w kampanii wyborczej. W tym przypadku dodatkową szansę dla Marine stworzyło przełamanie monopolu informacyjnego „tradycyjnych” mediów przez media społecznościowe. We Francji widać jednak zakusy wprowadzania w coraz większym zakresie cenzury internetu czy posługiwania się oskarżeniami o „zagraniczne wpływy i ingerencje”, o czym też będzie mowa dalej.

Jak partia narodowa przeobraziła się w „gaullistów”?

To prawdziwy chichot historii i kolejny element, który może sprzyjać kampanii wyborczej Marine Le Pen. Sondaż Ipsos-BVA dla „La Tribune Dimanche” pokazał, że we Francji nie ma już spadkobierców politycznych gen. Charlesa de Gaulle’a, a jeśli już, to w czasach, w których „spadkobiercami gaullizmu” okazuje się najbardziej właśnie partia Marine Le Pen.

Media stwierdzają nawet, że typowany na premiera lider Zjednoczenia Narodowego (RN) Jordan Bardella „ukradł” Republikanom „dziedzictwo gaullistowskie”. Wydaje się jednak, że dziedzictwo prezydenta Charlesa de Gaulle’a w rzeczywistości „zdradzili” sami politycy tej partii. Z sondażu wynika, że połowa Francuzów nie widzi obecnie żadnego politycznego następcy generała de Gaulle’a, ale wśród tych ankietowanych, którzy widzą jakąś kontynuację politycznego testamentu Generała, wygrywają… Jordan Bardella i Marine Le Pen. Daleko za nimi, na trzecim miejscu jest b. premier Dominique de Villepin, ale inni przedstawiciele Partii Republikańskiej już za spadkobierców gaullizmu raczej uznawani nie są, Chociaż 66 lat po powrocie do władzy de Gaulle’a i ponad pół wieku po jego śmierci, „gaullizm” jest wciąż przywoływany przez niemal wszystkie francuskie partie polityczne.

Problem w tym, że Francuzi nie znajdują jego następcy wśród współczesnych polityków, a jeśli już, to są to politycy… partii narodowej. To dość ciekawy przyczynek do ewolucji partii politycznych, która zaszła na przełomie XX i XXI wieku. I tak według sondażu Ipsos-BVA, opublikowanego 2 sierpnia, 50 proc. francuskich respondentów uważa, że żadna z proponowanych w sondażu postaci nie uosabia w pełni dziedzictwa Charles’a de Gaulle’a. Najbliżej tego „ideału” okazuje się być Jordan Bardella. Przewodniczący Zjednoczenia Narodowego jest tak postrzegany przez 14 proc. respondentów i tylko nieznacznie wyprzedza Marine Le Pen, która jako „spadkobierca” polityki Generała uzyskała 13 proc. głosów. To wynik symboliczny dla partii, która historycznie powstała w opozycji do gaullizmu, zwłaszcza w kontekście wojny algierskiej. Punkty wspólne i to, co łączy po latach polityków tak różnych formacji, to fakt, że de Gaulle był jednak zwolennikiem suwerenności narodowej, autorytetu państwa czy niezależności Francji w polityce międzynarodowej i właśnie w tych aspektach politycy RN zapewne jawią się jako jego kontynuatorzy. Sprzyja temu okoliczność, że dawne partie gaullistowskie takie elementy w swojej polityce już dawno porzuciły na rzecz pełnego wsparcia procesów integracji europejskiej.

Wróćmy jednak do wyników sondażu. Na najniższym stopniu „podium gaullistów” jest jeszcze Dominique de Villepin z wynikiem 9 proc. Były premier utrzymuje gaullistowski wizerunek w oczach opinii publicznej, który został wzmocniony jego słynnym przemówieniem w ONZ przeciwko wojnie w Iraku z 2003 roku oraz obroną niezależności francuskiej polityki zagranicznej. Co ciekawe, za „gaullistę” uznaje obecnego prezydenta Macrona jedynie 5 proc. Francuzów, a wyprzedzają go nawet tacy politycy prawicy, jak Eric Zemmour czy Eric Ciotti (po 6 proc. takich opinii). Okazuje się, że gdyby de Gaulle zmartwychwstał, byłby już dziś okrzyknięty zapewne politykiem „skrajnej prawicy”…

Sondaż wskazał także, że „dziedzictwo de Gaulle’a Francuzi utożsamiają obecnie z duchem oporu” (41 proc.), jednoczeniem wszystkich Francuzów (40 proc.) i niezależnością Francji od innych mocarstw (39 proc.). Za dorobek gaullizmu uważa się też system funkcjonowania Piątej Republiki (30 proc.), wybór prezydenta Republiki w głosowaniu powszechnym (28 proc.), politykę równowagi budżetowej (17 proc.), dekolonizację (16 proc.) i modernizację gospodarki (12 proc.). 11 proc. respondentów wskazało na posiadanie niezależnych francuskich sił nuklearnych i wycofanie się Paryża ze zintegrowanego dowództwa NATO.

Francuzi zostali też zapytani, czy myśl i doktryna de Gaulle’a to jeszcze aktualny model polityczny? Wydają się tu mocno podzieleni. 41 proc. uważa, że obecni przywódcy wciąż mogą czerpać z de Gaulle’a inspirację, a 46 proc. uważa, że jest to wzór, ale nie do końca pasujący już do współczesnych czasów. 13 proc. nie uznaje gaullizmu za polityczny punkt odniesienia. Przed wyborami prezydenckimi ten sondaż to jednak dla Le Pen i Bardelli całkiem dobry sygnał.

Emeryci też popierają

To kolejny sygnał korzystnych uwarunkowań społecznych dla Marine Le Pen. Wzrost poparcia dla kandydatki RN wśród emerytów pokazuje sporą zmianę polityczną w kontekście wyborów zaplanowanych na rok 2027. Przy starzejącym się społeczeństwie to ważny elektorat.

Sondaże mówią, że Le Pen bez trudu zakwalifikuje się do II tury, ale spory w tym udział poparcia większości Francuzów powyżej 65. roku życia. Sondaże w rozbiciu na kategorie społeczne ujawniają tu ciekawe trendy. W sondażu IFOP dla „Le Figaro” i LCI z 7 i 8 lipca, dzień po tym, jak Marine Le Pen zgłosiła swoją kandydaturę, widać wyraźny trend wzrostu dla niej poparcia. Nie tylko zyskała na popularności w pierwszej turze, niezależnie od konfiguracji kandydatów na lewicy i w centrum, ale także wygrałaby we wszystkich testowanych scenariuszach drugiej tury.

Analitycy uważnie obserwują zwłaszcza przepływy poparcia wśród emerytów, bo to elektorat duży i charakteryzujący się wysoką frekwencją wyborczą. Jak zauważają analitycy, „o ile nie nastąpi poważny zwrot akcji”, to właśnie emeryci mogą zapewnić Le Pen wygraną. W I turze uzyskuje w tej grupie społecznej 35 proc.; w drugiej wygrywa z wynikiem – 55 proc. Kandydatka obozu narodowego ma nawet większe poparcie w innych grupach wiekowych, ale we wcześniejszych wyborach elektorat powyżej 65 roku życia nigdy nie był bastionem RN. „Reformy” systemu emerytalnego przeprowadzane przez kolejne rządy zrobiły jednak swoje i ta grupa wiekowa widzi obecnie w Le Pen pewną gwarancję stabilności swojej sytuacji.

Manipulacje

Kandydat socjalistów na prezydenta Raphaël Glucksmann z grupy „Place Publique”, miał paść „ofiarą kampanii dezinformacyjnej przypisywanej grupie prorosyjskiej”. Rząd od razu wyraził obawy, że to „tylko przedsmak ryzyka ingerencji zagranicznej w kampanię prezydencką w 2027 roku”. Można się jednak zastanawiać, czy nie jest to przymiarka i budowanie fundamentu pod tezę, że wybory mogły być sfałszowane i zmanipulowane z zagranicy, w przypadku wygranej niewygodnego dla obecnej władzy kandydata? Mogłaby to by być nawet podstawa do ich unieważnienia lub wprowadzania cenzury w trakcie kampanii prezydenckiej.

Atakowanie z zagranicy i dezinformacja w przypadku eurodeputowanego Glucksmana, kandydata, który nie ma żadnych szans w wyborach i np. dostał ostre cięgi w debacie TV z takim Erikiem Zemmourem, wydaje się bezsensowna. Warto jednak zwrócić uwagę, że tezy o „zagranicznej ingerencji w proces wyborczy” pojawiają się nad Sekwaną cyklicznie i dotyczą nie tylko Rosji, ale też Stanów Zjednoczonych. Chodzi tutaj o możliwe wsparcie Marine Le Pen przez Donalda Trumpa, czy jednoznaczne tweety w tym temacie Elona Muska. Władze dość sprytnie nie tylko sugerują, że obce mocarstwa wtrącają się im do polityki, ale też grają tradycyjną amerykanofobią Francuzów.

Wróćmy jednak do sprawy Raphaëla Glucksmanna (Place Publique). Poszło o to, że pojawiła się podrobiona strona internetowa, która idealnie naśladuje wygląd francuskiego portalu internetowego, a na niej dokumenty prezentowane jako autentyczne i sfałszowane nagranie dziennikarza śledczego Edwy’ego Plenela. „News” twierdzi, że dziennikarka Léa Salamé, partnerka Raphaëla Glucksmanna, próbowała korumpować kolegów po fachu, by przedstawiali jak najkorzystniejszy wizerunek jej partnera i potencjalnego kandydata na prezydenta. Te doniesienia zakwalifikowano jako „fałsz”. Sam Raphaël Glucksmann twierdzi, że w ostatnich dniach służby ostrzegały go przed kampanią dezinformacyjną ze strony grupy Storm-1516 (Vignum), kontrolowanej podobno przez GRU (rosyjski wywiad wojskowy). W lipcu 2026 roku ta sama grupa hakerska zaatakowała też innego kandydata na prezydenta centrowego Édouarda Philippe’a w postaci niekorzystnych dla polityków wpisów w mediach społecznościowych.

Tego typu informacje mają wspierać projekt ustawy „przeciwko dezinformacji”. Rząd twierdzi, że to tylko „przedsmak tego, co może wydarzyć się w nadchodzących miesiącach” i podczas wyborów. Ustawę pilotuje sam premier Sébastien Lecornu, który zamierza uczynić „walkę z zagraniczną ingerencją” głównym tematem swoich ostatnich miesięcy w Matignon. Pod koniec lipca rząd przedstawił projekt ustawy o „zwalczaniu dezinformacji i ochronie wyborów prezydenckich”. Są tam zapisy o „szybkim usuwaniu treści stanowiących zagrożenie lub wprowadzających w błąd” oraz surowsze kary za manipulacje dotyczące wyborów. Problem w tym, czy chodzi o ochronę wyborów i demokracji, czy też raczej o narzędzie manipulacji?

Bogdan Dobosz

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 33-34, 10 – 23 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

Najnowsze