Taki scenariusz zapowiada Łukasz Jankowski, szef Naczelnej Izby Lekarskiej. Na taki scenariusz wskazują też ujawniane obecnie liczby dotyczące różnych współczynników oraz zadłużenia szpitali, które rośnie w naprawdę szokującym tempie.
Tak zwane wymagalne zadłużenie szpitali (wymagające natychmiastowej spłaty, termin płatności już minął) już w tej chwili wynosi 5 mld zł. Tylko w pierwszym kwartale tego roku wzrosło o 800 mln zł. Kolejki na różne zabiegi, do specjalistów i do szpitali pęcznieją, a rośnie właściwie tylko jedno: koszty funkcjonowania systemu.
Pensje lekarzy osiągają jakieś zupełnie niebotyczne rozmiary. Innymi słowy, mamy sytuację, w której przeciętny Polak jest zdojony z pieniędzy na służbę zdrowia, nie dostaje usługi, ale za to lekarze – i pielęgniarki zresztą też – są wyjątkowo wysoko opłacani. Można wręcz powiedzieć, że dla lekarzy i pielęgniarek pacjent jest dziś w tym systemie elementem zbędnym, jeśli chodzi o leczenie, natomiast niezbędnym, jeśli chodzi o płacenie.
Doszło do paradoksalnej sytuacji: wyjątkowo wysokie ceny dotyczą usług, których po prostu nie ma. Owszem, są one dostępne dla pewnej grupy szybko i sprawnie, ale ta grupa to pacjenci VIP-owscy, ludzie mający jakieś powiązania z lekarzami.
W Polsce jest w tej chwili 142 tys. lekarzy. Do tego dochodzą pielęgniarki. Można szacować, że mniej więcej milion osób jest w bezpośrednim, rodzinnym związku ze służbą zdrowia i rzeczywiście ma dostęp do usług. Problem polega na tym, że w Polsce mieszka nie jeden milion lekarzy i ich rodzin, ale 38 milionów ludzi. Cała reszta ma już z tą służbą zdrowia, z dostępem do niej i z zabiegami bardzo duży problem. Podkreślmy, że sumy wydawane na ten system są rekordowe. W tym roku będzie to w granicach 250 miliardów złotych plus 70–80 miliardów w systemie prywatnym.
Wydaje się, że czas na prawdziwą ocenę tej sytuacji i na prawdziwą rewolucję. Dlatego chciałbym Państwu krótko opowiedzieć, jaki jest obecny stan rzeczy, jak do niego doszło i co można zrobić, żeby z tym absurdem skończyć.
Akcje nacisku na zwiększenie płac
Pierwszy mechanizm tego kryzysu polega na tym, że pieniądze w systemie zaczęły coraz słabiej wiązać się z realnym leczeniem pacjentów, a coraz mocniej z pozycją zawodową i polityczną grup, które potrafiły wymusić dla siebie uprzywilejowane warunki.
Po pierwsze mamy do czynienia z oderwaniem zarobków od jakichkolwiek zabiegów i jakiejkolwiek realnej pracy lekarskiej. W jaki sposób lekarze tego dokonali? Dokonali tego zadziwiającego dzieła poprzez trwającą dekadę akcję nacisku na zwiększanie płac.
Te naciski były prowadzone naprawdę na każdy możliwy sposób. Czytelnicy pamiętają zapewne miasteczka namiotowe, pamiętają zbieranie podpisów – w swoim czasie lekarze zebrali ich około 250 tysięcy – po to żeby ich płace zostały podwyższone. Jest dosyć łatwo takie podpisy zebrać, ponieważ lekarzy jest bardzo dużo. Wystarczy, że podpisze się lekarz, podpisze się żona i 300 tysięcy podpisów jest.
To jest bardzo duża, wpływowa grupa. Oprócz tego swoją rolę odegrały poszczególne związki zawodowe i poszczególne frakcje lekarzy – pamiętają Państwo choćby rezydentów. W ogóle kwestia rezydentów jest dla mnie jednym z największych i najgrubszych skandali, ponieważ jeżeli ktoś rzeczywiście chce być lekarzem, to musi tę rezydenturę odbyć. Jeżeli jest na takiej rezydenturze, to jest tak naprawdę na praktyce. No trudno, taki sobie zawód wybrał. Ta praktyka nie powinna być tak naprawdę płatna.
Ta praktyka powinna być darmowa, bo to przecież lekarzowi rezydentowi zależy na tym, żeby jeszcze czegoś się nauczyć. To jest zawód jak każdy inny. Oczywiście tworzy on pewną sytuację psychologiczną i roztacza wokół siebie aurę jakiejś szczególności, bo przecież bardzo często chodzi tu o życie człowieka, o operacje na jego ciele. Można więc powiedzieć, że pacjent nabiera wobec lekarza niemal mistycznego podejścia. Ale jeżeli rozebrać relację pacjent–lekarz z tej całej psychologii, z tego całego sacrum – zwłaszcza że sami lekarze dawno już zdjęli ze swojego zawodu owo sacrum i traktują pacjenta raczej jak skórę czy mięso – to wtedy mamy do czynienia po prostu z pewnymi usługami. Te usługi wymagają kwalifikacji, ale też nie przesadzajmy, że wszyscy lekarze są geniuszami albo osobami o jakichś szczególnych możliwościach intelektualnych. Tak niestety nie jest.
Ten zawód trzeba odmitologizować. To są ludzie jak wszyscy inni, którzy wykonują pewne rzemiosło i za to rzemiosło powinni otrzymywać wynagrodzenie proporcjonalne do wykonywanej pracy. Ale tak jak powiedziałem, z uwagi na ich strategiczne usytuowanie oraz na trwające dekadami naciski – często brutalne, często przybierające formę szantażu wobec polityków – doszło do tego, że te płace wystrzeliły.
Powiązanie zarobków ze współczynnikami gospodarczymi
Zaczęło się oczywiście od postulatów, żeby wiązać płace lekarskie z określonymi współczynnikami gospodarczymi – oczywiście w taki sposób, by znajdowały się powyżej tych wskaźników. Chodziło na przykład o to, aby wynagrodzenie lekarza było dwukrotnością średniej krajowej. I tam trwały dyskusje, czy ma to być 1.3, 1.7, 1.6 itp. średniej.
Innymi słowy, siadali sobie przedstawiciele tych zawodów i mówili: lekarz musi – nie wiadomo dlaczego – zarabiać 1,7 średniej krajowej. A wtedy ktoś liczył, liczył, liczył i wychodziło mu: nie, nie, nie, to jednak trochę za dużo pieniędzy, dajmy 1,62.
A ci mówili: nie, nie, nie, dajmy 1,67. I tak te dyskusje trwały w nieskończoność. Oprócz tego wymyślono jeszcze współczynniki związujące wydatki na opiekę zdrowotną z PKB.
Wydatki na opiekę zdrowotną miały być więc powiązane z PKB. I oczywiście koniecznie musiały osiągnąć 7 proc. Dlaczego akurat 7? Dlatego że ktoś sobie zerknął, jak to wygląda w innych krajach i wyszło mu, że w niektórych państwach jest to nawet 9–10 proc., na przykład w Stanach Zjednoczonych. W innych oczywiście jest mniej, ale na to już nie zwracamy uwagi. Zwracamy uwagę tylko na to, gdzie jest więcej. W związku z tym żądano, aby zwiększać wszystkie te wydatki właśnie do takiego poziomu.
Więc z jednej strony mieliśmy multiplikację średniej krajowej, z drugiej – stosunek wydatków do PKB, a oprócz tego jeszcze współczynniki związane z inflacją, naciski i zmiany urzędników w państwie. W pewnym momencie nikt już tak naprawdę nad tym wszystkim nie panował. Nikt nie wiedział, ile ci lekarze rzeczywiście zarabiają.
Tajemnica wokół zarobków
Proszę sobie wyobrazić, że od trzech miesięcy polski rząd stara się ustalić, ile zarabiają lekarze i nie jest w stanie tego zrobić. Dlaczego? Otóż oprócz tych współczynników, to rząd wstawił w wykonywanie zawodu lekarza, też poprzez presję samych lekarzy, a konkretnie pewnej szlachty lekarskiej, szereg różnych barier, który to szereg różnych barier sprawiał, że pewne dosyć wąskie grupy miały monopol na wykonywanie określonych czynności, a te czynności musiały być wykonywane we wszystkich szpitalach.
Zasób ludzi dopuszczonych do tych czynności był ograniczony. Dotyczyło to choćby anestezjologów, a później także różnych chirurgów, kardiologów czy ortopedów.
Doprowadzono do tego poprzez stawianie różnych ograniczeń: zaczęło brakować ludzi, ponieważ do pewnych czynności dopuszczeni byli tylko ci, którzy sami wcześniej zadbali o to, by dostęp do tych czynności był zamknięty dla osób bez określonych uprawnień. Potem mówili: skoro znaleźliśmy się w takiej sytuacji, możemy oczywiście robić – albo fingować robienie tych rzeczy w dziesięciu szpitalach. Będziemy tam obecni, ktoś tak naprawdę wykona za nas zabiegi, ale my będziemy je żyrowali, bo mamy administracyjne możliwości, żeby je wykonywać. Dzięki temu że podpiszemy się pod udziałem w danej czynności, a ktoś inny wykona ją za nas, wszystko będzie formalnie legalne. I nagle okazało się, że pojawiła się kwestia kontraktów.
Innymi słowy, tych ludzi nie ma na etatach w poszczególnych jednostkach służby zdrowia, ale podpisują kontrakty. Potem w zasadzie ich tam nie ma: pojawiają się na chwilę, są pod telefonem albo przyjeżdżają wtedy, gdy trzeba. Mają w jednym szpitalu kontrakt na 50 tysięcy, w drugim na 50 tysięcy, w trzecim na 50 tysięcy, w czwartym etat, do tego przychodnię, funkcję w izbie lekarskiej – i nagle okazuje się, że zarabiają 4 miliony rocznie. Ja cały czas czekam na rekordzistę, bo skoro wiemy o kardiologu z Olsztyna, który w jednym miesiącu zarobił milion złotych – podobno w innych miesiącach mniej – to skłania mnie to do konstatacji, że jeśli dobrze poszukamy, okaże się, iż są lekarze zarabiający 10 milionów złotych rocznie.
Milionerzy jako radni
Co to tak naprawdę znaczy? Mamy oczywiście w Polsce około dwudziestu miliarderów. Mamy ludzi, którzy posiadają setki czy dziesiątki milionów złotych, ale to są z reguły osoby prowadzące jakiś biznes, działalność gospodarczą, która z jakiejś przyczyny okazała się zyskowna. Często pracują na te firmy przez całe lata, czasem przez pokolenia.
A tu nagle pojawiają się ludzie tacy jak domniemany dziesięciomilionowiec – przy czym cztero- i pięciomilionowców mamy już stwierdzonych – którzy przez dziesięć lat zarabiają 100 milionów złotych albo 50 milionów złotych, czyli tyle, ile właściciele wielopokoleniowych firm przez dekady.
Proszę sobie wyobrazić, że lekarz, który zarabia 5 milionów złotych rocznie, przez 30 lat zgromadzi 150 milionów złotych. Łatwo to przeliczyć. I wszystko to pochodzi wyłącznie z kieszeni podatnika.
Przecież dobrze wiadomo, że bodźcowanie pracowników pieniędzmi działa tylko do pewnego momentu. Mamy elastyczność popytu, mamy elastyczność podaży, ale mamy też elastyczność przychodów. Innymi słowy, każda następna złotówka jest dla danej osoby mniej warta. Dlatego dla biednych każdy grosz się liczy, a dla bogatych tysiące można wydawać i nie robi to żadnego wrażenia na tym bogatym. No bo jeżeli zarobi milion, to co to jest dla niego tysiąc? Jeżeli zarobi 10 milionów, to co to jest dla niego pół miliona?
W pewnym momencie takiego lekarza nie interesuje już leczenie. Jeśli chodzi o pieniądze, interesuje go co najwyżej utrzymanie status quo. Skupia się na tym, żeby mieć dostęp do tych pieniędzy – zwłaszcza jeśli dochodzi do tego jeszcze czynnik stabilizujący w postaci polityki. I stąd największymi milionerami w systemie leczniczym są radni – lekarze.
Dlaczego bycie radnym jest dla nich takim elementem stabilizującym karierę? Dlatego że szpitale – w tym idiotycznie skonstruowanym systemie – finansowane są ze wspólnego garnka jednej organizacji, czyli Narodowego Funduszu Zdrowia, ale formalnie ich własność jest z reguły samorządowa. Może to być samorząd na poziomie powiatowym, ale może być też inny poziom – w zależności od rodzaju placówki. Innymi słowy, jeżeli jesteś radnym w danym rejonie, to po pierwsze dobrze wiesz, dokąd płyną pieniądze, bo w ramach wykonywania obowiązków radnego takie informacje do ciebie docierają. Wiesz więc, gdzie się zahaczyć, żeby mieć odpowiedni dopływ pieniędzy. Co więcej, jeżeli jesteś radnym i jeszcze z układu, który w tym miejscu rządzi, to przecież nikt nie odmówi ci tych wszystkich posad, bo jesteś panem radnym. To ty decydujesz tak naprawdę o tych szpitalach, o ich losie i funkcjonowaniu.
Dlatego radni-lekarze, lekarze-radni natychmiast sytuują się we wszystkich możliwych placówkach. I mamy ludzi, którzy najwyraźniej posiadają zdolność bilokacji: jak teraz wiemy, zarabiają przeciętnie milion osiemset, milion siedemset, milion pięćset, dwa miliony, a rekordzista – cztery miliony. Ten rekordzista wzbogacił jeszcze szpitalny repertuar o własną przychodnię i załatwił dla niej kontrakciki. Bo proszę Państwa, w Polsce system działa tak, że przychodnie dostają pieniądze niezależnie od tego, czy ktoś się tam pojawi, czy nie – per capita. Wystarczy, że ktoś się do niej zapisze, a każdy człowiek: pan, pani, ja, jest do jakiejś przychodni zapisany. Gdy już jest zapisany, co miesiąc płyną tam pieniądze. Dlaczego te pieniądze nie płyną na moje konto – na moje konto pacjenta – żeby zbierał się tam kapitał pacjenta? Wtedy po pewnym czasie miałbym własny kapitał pacjenta i sam decydowałbym, gdzie te pieniądze wydam: w jakiej przychodni, w jakim szpitalu i tak dalej.
Może wtedy na SOR-ze, jeżeli przyjechałbym z tym moim kapitałem i powiedział: halo, halo, ja tu mam 100 tysięcy złotych, mogę u was wydać 20 tysięcy na SOR-ze, to wtedy nie usłyszałbym: „proszę czekać”, tylko: „ma pan 20 tysięcy, proszę natychmiast tutaj, szybka ścieżka, triaż pana nie obejmuje i pan wjeżdża”. System rynkowy, w którym pieniądze idą za pacjentem, został odwrócony. Pieniądze idą za radnym, za profesorem, za lekarzem, za pielęgniarką, za dopuszczonym do żłobu w określonej dziedzinie, a pacjent ma tylko płacić.
Szpitale na skraju przepaści
Nic więc dziwnego, że mamy dziś taką sytuację. Zacytuję Państwu jednego człowieka, który jest członkiem Rady Nadzorczej NFZ-u i od czasu do czasu pokazuje różne dane. Krótko mówiąc, jest świadkiem tego, co dzieje się w tym systemie, a te dane są naprawdę zupełnie szokujące. Pokazują, że król jest totalnie nagi. Weźmy przykład: od 1 stycznia 2026 roku rząd obniżył stawkę na wyżywienie pacjentów w szpitalach z 25 złotych 62 groszy do 20 złotych 90 groszy dziennie. I w szpitalu, w którym koordynator zarabia bimbaliony, podaje się takie śniadanko. To oczywiście symbol, ale przytoczę Państwu szokujące dane od Łukasza Kozłowskiego.
Łukasz Kozłowski to właśnie członek Rady NFZ-u, a oprócz tego członek Rady Nadzorczej ZUS-u i główny ekonomista Federacji Przedsiębiorstw Polskich. Obserwuję jego media społecznościowe od dłuższego czasu i widzę, że na liczbach się zna. Lekarze zarabiają bimbaliony, w lipcu dostali szokującą podwyżkę, a tymczasem początek tego roku przyniósł gwałtowny wzrost zaległości płatniczych publicznych szpitali.
W samym pierwszym kwartale 2026 roku, czyli w ciągu trzech miesięcy, zaległości płatnicze wzrosły o 830 mln zł. To 19,6 proc. kwartał do kwartału, a w ujęciu kwotowym najwyższy wzrost od 2003 roku, odkąd gromadzone są dane. Jeszcze całkiem niedawno te zaległości utrzymywały się na poziomie 2 mld zł, spadały nawet do 1,8–1,9 mld zł, ale od 2023 roku – nie bez powodu właśnie od tego momentu – zaczęły dynamicznie rosnąć. Teraz rosną już w sposób po prostu szokujący.
Dokładnie tak samo jak rosną pensje lekarzy. Całe to zadłużenie, cały wzrost pieniędzy wrzucanych do NFZ-u nie idzie na pacjentów, tylko na te nieszczęsne pensje lekarzy.
W momencie kiedy pikują zarobki lekarzy, podwyżki, kontrakty i nie wiadomo, co jeszcze, o 53 tysiące wzrosła liczba oczekujących w kolejce do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. To wzrost o 6,8 proc. w jednym kwartale. O 15 800 pacjentów zwiększyła się też kolejka w leczeniu szpitalnym, czyli – mówiąc potocznie – kolejka do szpitala.
W jednym kwartale wzrosła ona o 13,9 proc. A jeśli chodzi o wybrane świadczenia specjalistyczne – czyli dostęp do okulisty, ortopedy i innych specjalistów – liczba pacjentów w kolejce zwiększyła się o 140 300 osób. To aż 18,1 proc. w jednym tylko kwartale.
Mamy szokujący wzrost uposażeń lekarzy i jednocześnie szokujący spadek dostępności świadczeń. Im więcej pieniędzy w systemie, tym gorsza dostępność świadczeń. Pamiętają może Państwo występy Nitrasa z Arłukowiczem, kiedy mówili, że nie będzie żadnych kolejek, żadnych limitów, że będzie tak, jak mówił z kolei Hołownia: to lekarz będzie do Państwa dzwonił i pytał, jak się czujecie, oraz zapraszał do specjalisty, na zabieg czy na cokolwiek innego.
Nic takiego się nie stało. Stało się coś dokładnie odwrotnego. Jedynymi, którzy zyskali przez ostatnie trzy lata w służbie zdrowia, są lekarze. Tusk nie zlikwidował ustawy, która indeksuje pensje lekarzy na poziomie przekraczającym inflację o jakieś zupełnie niestworzone liczby. A za pensjami idą kontrakty, bo pensje są częścią koszyka świadczeń.
Mamy wyceny poszczególnych zabiegów i kiedy rośnie pensja, to oczywiście musi wzrosnąć także wycena. Pani, która jest teraz ministrem zdrowia, sama jest wychowanicą tego systemu. Sama była dyrektorką szpitala. To ona jest jedną z tych partyjniaczek, które na tym systemie zarabiają.
Jakie jest wyjście?
Państwowej służby zdrowia nie da się oczywiście uleczyć. Dlaczego się nie da? Dlatego że świadczenie zdrowotne jest czymś, czego popytu nie da się w pełni zaspokoić. Każdy może przecież znaleźć u siebie jakiś problem medyczny. Jeśli nie poważny, typu onkologiczny czy sercowy, to przynajmniej kosmetyczny. Jeśli mamy w konstytucji zapisane, że służba zdrowia jest rzekomo za darmo, czyli że państwo ma to jakoś załatwić, to musiałoby to oznaczać, że nie 7 proc. PKB, nie 8 proc. PKB, nie 10 proc. PKB, tylko 100 proc. PKB powinno być przeznaczone na służbę zdrowia.
A tak naprawdę i tak by tych pieniędzy nie wystarczyło. To oczywiście absurd. Krótko mówiąc, trzeba zacząć ten system powoli prywatyzować.
Trzeba zacząć od drobnych kroków: pieniądze muszą iść za pacjentem, a nie za lekarzem. Pieniądze muszą iść za chorym, a nie za pielęgniarką. Pieniądze muszą iść za tym, kto idzie po świadczenie, a nie za kolejnym papierkiem, który stanowi barierę administracyjną i tworzy grupy uprzywilejowanych lekarzy z dostępem do systemu, bo ten papierek w jakiś sposób sobie załatwili.
Co więcej, pacjent musi dostawać te pieniądze w zależności od tego, ile płaci. Nie może być tak, że niektórzy mają łatwiejsze ścieżki za te same pieniądze, bo są krewnymi, radnymi albo znajomymi królika. Pełne świadczenia dotyczące najpoważniejszych schorzeń – takich jak choroby onkologiczne czy kardiologiczne – powinny być dostępne na zasadach pełnej transparentności i pełnej równości dostępu.
Innymi słowy, musi skończyć się faworyzowanie lekarzy, ich rodzin i polityków. Oczywiście te pierwsze kroki można wykonać szybko i stosunkowo łatwo, ale to jest tylko coś w rodzaju aspiryny na przeziębienie. Żeby naprawdę wyjść z tego przeziębienia, musi zmienić się wszystko – przede wszystkim ekspozycja na czynniki, które to przeziębienie powodują.
A głównym czynnikiem, który tę chorobę powoduje, jest oczywiście to, że służba zdrowia jest państwowa. Musi więc dojść do prywatyzacji systemu i prywatyzacji składek. Dopiero w takim systemie, w którym pacjent jest w centrum, ponieważ to są jego pieniądze i za te pieniądze ktoś go leczy, cokolwiek może się uzdrowić.
Ale tak jak mówię, z uwagi na różne okoliczności tego systemu nie da się go sprywatyzować jednym strzałem. Te resztki systemu trzeba jednak uzdrowić poprzez radykalne zmniejszenie pensji lekarzy, radykalne ograniczenie różnego rodzaju układów nepotystycznych – czyli wyrzucenie wszystkich partyjniaków z zarządów szpitali, stopniowe przechodzenie na wykonywanie usług przez podmioty zewnętrzne działające na rynku, a na końcu doprowadzenie do zasadniczej reformy polegającej na tym, że pacjenci płacą sami za siebie.
