„Na amerykańskiej lewicy zawsze istniał radykalizm. Jednak w latach 70. demokraci nie wprowadzali do swojej partii Czarnych Panter ani organizacji Weather Underground (marksistowska grupa terrorystyczna – dop. red.). Tymczasem w latach 20. XXI wieku przyjęli komunistów w swoje szeregi. Teraz ci komuniści przejmują władzę” – uważa konserwatywny dziennikarz i pisarz David Harsanyi. Choć wciąż nie jest tak źle, jak sugeruje, za niedługo jego słowa mogą się spełnić.
Tzw. demokratyczni socjaliści rządzą już Chicago, Seattle i Nowym Jorkiem. Jeden z nich wkrótce obejmie urząd burmistrza Waszyngtonu, a być może także Los Angeles.
Sprawa jest więc naprawdę poważna i ma rację Donald Trump, ostrzegając: „Uważam, że to największe zagrożenie dla naszego narodu, być może od momentu jego powstania”. Zdaniem prezydenta lewicowi radykałowie są zagrożeniem, które „przewyższa I i II wojnę światową, zamachy z 11 września czy atak na Pearl Harbor”.
Na przestrzeni lat ubiegających się o różne stanowiska i zyskujących coraz większe poparcie „demokratycznych socjalistów” prezydent nazywał wprost komunistami i nie ma w tym żadnej przesady. Ale prezydent ma małe pole działania, bowiem mamy do czynienia z głębokimi procesami społecznymi i agresywną ideologią. Ci „socjaliści”, którym znacznie bliżej do komunistów, walczą o polityczne wpływy w ramach Partii Demokratycznej, choć stanowią odrębny byt. Demokratyczni Socjaliści Ameryki (DSA), bo o tym mowa, to radykalna lewica spod znaku „woke”, DEI (Diversity, Equity and Inclusion, czyli różnorodność, równość i inkluzyjność), „progresywizmu” i współczesnego marksizmu kulturowego. To skutek prania mózgów od dziesięcioleci w szkołach wyższych, mediach, kulturze i wychowaniu.
W ciągu dekady ideologia ta zyskała na znaczeniu głównie wśród ogłupionej w szkołach młodzieży i w dużej mierze dzięki dwóm kampaniom prezydenckim senatora Berniego Sandersa z Vermont. Jego hasła oraz rzucone wyzwanie czołowym politykom Partii Demokratycznej zainspirowały podobne inicjatywy, w tym kampanię Zohrana Mamdaniego na stanowisko burmistrza Nowego Jorku, a wcześniej udany start Alexandrii Ocasio-Cortez (demokratki z Nowego Jorku) w wyborach do Kongresu w 2018 r. Walec nabrał wtedy wyraźnego tempa. Coś, co było dawniej tematem urojeń, staje się teraz polityczną rzeczywistością, bowiem „socjaliści” zdobywają władzę i stanowiska. Biały Dom i MAGA mają tutaj niewiele do powiedzenia.
To trwa od dawna
Komentator polityczny Gary Bauer wyjaśnia: „Jedną z przyczyn wzrostu znaczenia radykalnego marksizmu w dzisiejszej Ameryce jest fakt, że nasze szkoły i uniwersytety stały się ośrodkami indoktrynacji. Naszym dzieciom nie przekazuje się wiedzy o historii Ameryki, lecz o historii antyamerykańskiej. Wpaja się im, że Ameryka to zły naród, zbudowany na niewolnictwie i ludobójstwie”.
To gorzkie, ale prawdziwe słowa, wręcz niewyobrażalne, że odnoszą się do USA. „Nie znaleźliśmy się w tym miejscu z dnia na dzień” – tłumaczy z kolei publicysta Roger Helle. – Wychowaliśmy kilka pokoleń w przekonaniu, że Ameryka jest zła, a socjalizm czy marksizm wszystko naprawią. Gdyby Amerykanów uczono o rzeczywistych skutkach komunizmu – o dziesiątkach milionów zamordowanych ludzi – nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy dzisiaj – uważa Helle.
Trump zapewnia, że Ameryka „nigdy nie będzie krajem komunistycznym” i tak się stanie, trudno jednak nie dostrzegać wzrostu popularności radykalnej lewicy, głównie wśród młodzieży. Widzi to jedna z najważniejszych osób w otoczeniu prezydenta, zastępca szefa sztabu Białego Domu ds. polityki Stephen Miller, który mówi, że po ostatnich zwycięstwach w prawyborach kandydatów DSA zasadniczo zmieniła się sytuacja. „Musimy wyjaśnić Amerykanom, że demokraci, z którymi dorastałeś, demokraci, z którymi dorastali twoja mama i tata, demokraci, z którymi dorastali twoja babcia i dziadek, w ogóle już nie istnieją, nawet na żadnym szczeblu władzy” – powiedział.
„Progresywizm” i skrajnie lewicowa utopia dotyczy nie tylko wielkich miast i bastionów demokratów, ale rozprzestrzenia się również w innych rejonach – w Michigan, Kolorado czy Maine. Nic dziwnego, że kierownictwo Partii Demokratycznej sprawia wrażenie zagubionego i bagatelizuje podziały. Wielu republikanów wyraża z takiego stanu rzeczy zadowolenie, bowiem sądzi, iż radykalizacja konkurencji przyniesie im zyski wyborcze. Twierdzą, że socjaliści przejmują lub już przejęli Partię Demokratyczną, co powoduje, że mamy całkowicie nowe warunki polityczne. Mówią wprost, że następuje pokoleniowa zmiana w kwestii tego, kto rozdaje karty w Partii Demokratycznej, mało tego, że kandydaci centrowi czy umiarkowani nie są w stanie wygrywać prawyborów czy wyborów bez poparcia jej „progresywnego” skrzydła.
Republikanie liczą, że po zwrocie demokratów na lewo nastąpi mobilizacja wyborców republikańskich, przede wszystkim przed listopadowymi wyborami.
Podczas zamkniętego spotkania republikańskich członków Izby Reprezentantów przewodniczący Krajowego Komitetu Kongresowego Republikanów (NRCC) Richard Hudson powiedział, że zwycięstwa kandydatów DSA dają szansę na wyraźne odróżnienie się od demokratów w kluczowych, zaciętych wyścigach wyborczych. „W prawyborach demokratów mamy do czynienia z rewolucją bolszewicką” – stwierdził. Prawybory, to jeszcze nie jest koniec świata; zobaczymy, czy dopiero midterms (wybory do Kongresu w połowie kadencji prezydenta) powstrzymają radykałów.
Jakie poparcie?
Wygrana Trumpa z hasłami „America First”, zdrowego rozsądku i powrotu do tradycyjnych wartości na razie nie przynosi spadku popularności lewicowych szaleńców. Składają oni abstrakcyjne propozycje i wręcz niedorzeczne deklaracje, takie jak likwidacja wszystkich więzień czy zniesienie granic. Chcą walczyć o gwarantowaną i darmową opiekę zdrowotną dla każdego Amerykanina, chcą podnosić płace oraz zapowiadają walkę z „oligarchami” i „korporacyjną korupcją”. Liczą, że umocnią i rozszerzą swoje wpływy na szczeblu stanowym, powiększą reprezentację w Kongresie i powalczą o prezydenturę (Alexandria Ocasio-Cortez). Dla nich „kapitalizm nie działa” i trzeba Amerykę zmienić, przede wszystkim odrzucić tę, którą mamy za Trumpa.
DSA – organizacja typu non-profit, która formalnie nie jest partią polityczną – stawia sobie za cel przekształcenie amerykańskiej polityki poprzez wprowadzanie „postępowych zmian” i odrzucenie struktur wolnego rynku. Liczebność organizacji wzrosła z około 5 tysięcy członków niespełna dekadę temu do ponad 100 tysięcy osób zrzeszonych w 200 oddziałach na terenie całego kraju. 100 tysięcy w 350-milionowy narodzie to niewiele, ale trend wzrostowy w sondażach i promocja w mediach swoje robią. Eksperci mimo wszystko ostrzegają przed nadmiernym interpretowaniem wyników osiągniętych w bastionach demokratów, takich jak Nowy Jork czy stolica kraju. „Wyniki wyborów w niektórych z najbardziej liberalnych okręgów w kraju niewiele mówią o sile lewicy w zaciętych starciach, które demokraci muszą wygrać, by odzyskać kontrolę nad Kongresem” – napisali analitycy z bezpartyjnego serwisu analitycznego Cook Political Report, oceniając sukcesy „progresywistów” w Nowym Jorku. Oczywiście, w najbliższych wyborach w skali ogólnokrajowej nie będą oni jeszcze wielką siłą, łatwo jednak zauważyć, że wybrali długi marsz, który przynosi im efekty.
Publicysta portalu The Patriot Post Douglas Andrews zauważa: „To świetne wieści dla Partii Republikańskiej. Dlaczego? Ponieważ radykalizm i idiotyczne postulaty programowe demokratycznych socjalistów zawsze ograniczały ich potencjał wyborczy w wyborach powszechnych. Jeśli zatem Partia Republikańska wykaże się mądrością – czego bym jednak nie zakładał z góry – uczyni z tych wyników i tego fatalnego trendu wewnątrz Partii Demokratycznej temat ogólnokrajowy”.
Sympatię dla socjalizmu i „progresywizmu” wykazują najbardziej młode, białe kobiety, które ukończyły studia. To nie jest zaskoczenie. Różnie jest jednak oceniane poparcie społeczne. Andrews pisze: „Moim zdaniem poparcie dla socjalizmu w tym kraju ma sztywny sufit w okolicach 40 proc. lub nieco powyżej – i z pewnością nie sięga większości. Wiem, że socjaliści święcą triumfy w głęboko demokratycznych enklawach, ale nie sądzę, by przekładało się to na zdecydowaną większość wyborców w całej Ameryce – w miastach i okręgach, gdzie przewaga demokratów nie wynosi 4:1 czy nawet 9:1, jak w Nowym Jorku”. Wydaje się, że 40 proc. to zdecydowanie za dużo, choć w jednym sondażu wśród demokratów aż 49 proc. pozytywnie oceniło socjalizm.
Weźmy inny przykład. Według danych Pew Research, „postępowcy o poglądach lewicowych” stanowią zaledwie 7 proc. ogólnokrajowego elektoratu. Nawet po uwzględnieniu demokratów skłaniających się ku polityce lewicowej, odsetek ten wzrasta jedynie do 19 proc.
Liczba ta może jednak wzrosnąć. Sondaże Instytutu Gallupa wskazują, że obecnie niemal sześciu na dziesięciu demokratów (59 proc.) określa swoje poglądy jako „bardzo liberalne” lub „liberalne”; dla porównania w 2005 r. odsetek ten wynosił jedną trzecią, a w 1994 r. – jedną czwartą.
Co to oznacza? Choć „progresywna lewica” nie przejęła jeszcze całkowitej władzy w partii, to kurcząca się grupa umiarkowanych działaczy musi teraz znaleźć sposób na współistnienie z radykalną lewicą – a nie odwrotnie. Jak zauważył „New York Times”, wyniki te „zmuszają Partię Demokratyczną – i tak już poszukującą własnej tożsamości – do zmierzenia się z rosnącą w siłę, bezkompromisową lewicą”.
Zaprosili komunistów do partii
Nie jest jeszcze przesądzone, że radykalna lewica zostanie w przyszłości dominującą siłą polityczną w USA. Wiele razy Ameryka udowadniała, że jest w stanie pokonać – jak ostrzegał jeszcze Abraham Lincoln – wroga wewnętrznego. Jednakże uczciwie trzeba przyznać, że ludzie spod znaku „woke” i DEI już dawno zdobyli solidne przyczółki, a teraz jedynie poszerzają teren działania.
Radykalna lewica wręcz nienawidzi dawnej i obecnej Ameryki, chce nowego państwa i nowego społeczeństwa. Przypomnijmy, że zdeklarowani marksiści pełnią funkcje burmistrzów w trzech najludniejszych miastach Ameryki: Nowym Jorku, Los Angeles i Chicago. Wkrótce stolicą kraju Waszyngtonem będzie rządził marksista. Radykalnie lewicowy influencer Hasan Piker już zapowiedział: „Amerykańskie imperium nieuchronnie upadnie”. Padają jeszcze poważniejsze groźby.
Publicysta David Harsanyi zgadza się, że sytuacja jest fatalna: „Po raz pierwszy w historii USA znacząca grupa w Kongresie będzie otwarcie nienawidzić kraju, który reprezentuje. Nie mówimy tu o antyamerykanizmie w sensie abstrakcyjnym czy wyolbrzymionym. Grupa skupiona wokół Zohrana Mamdaniego (przypomnijmy – burmistrza Nowego Jorku – dop. red.), która odniosła zdecydowane zwycięstwo w prawyborach Partii Demokratycznej otwarcie dąży do demontażu republiki”.
Harsanyi ostrzega, że „cała energia lewicy skupia się wokół frakcji antyamerykańskiej”, a demokraci dosłownie „zaprosili komunistów do swojej partii”. Jednakże najważniejsze jest to, że socjalizm został ostatecznie w Ameryce znormalizowany i nie należy się go wstydzić. I to jest przerażające.
