Według Krajowego Planu w Dziedzinie Energii i Klimatu w 2040 roku w polskiej elektroenergetyce węgla już w ogóle ma nie być. Jednocześnie przewidywany jest gigantyczny wzrost rocznego zapotrzebowania na energię elektryczną z obecnych około 170 TWh do aż 287 TWh (tzw. scenariusz WAM). Tak wielki wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną w krajowym systemie elektroenergetycznym ma wynikać przede wszystkim z powszechnej elektryfikacji systemów ciepłowniczych (pompy ciepła), masowej elektryfikacji transportu, a także ze zwiększenia konsumpcji energii elektrycznej przez systemy teleinformatyczne, centra danych, chmury obliczeniowe i superkomputery wykorzystywane do treningu sztucznych sieci neuronowych na potrzeby różnorodnych zastosowań związanych z dynamicznie rozwijającą się obecnie dziedziną sztucznej inteligencji.
Czy istotnie aż tak wielki wzrost rocznego zużycia energii elektrycznej w przeciągu najbliższych kilkunastu lat rzeczywiście będzie aby miał miejsce, pozostaje zapewne kwestią mocno dyskusyjną, jednak bezsprzecznym faktem jest obserwowany w ostatnich latach systematyczny wzrost zapotrzebowania mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym, przy czym ostatni rekord wynoszący 29,3 GW mocy brutto pochodzi z 3 lutego 2026 roku, a w latach kolejnych z pewnością zostanie jeszcze znacząco pobity.
Według autorów wspomnianego Krajowego Planu w Dziedzinie Energii i Klimatu w roku 2040 wytwarzana w Polsce energia elektryczna ma pochodzić przede wszystkim z trzech źródeł, do których należą: wiatraki lądowe (91 TWh – 31,7 proc.), wiatraki morskie (67 TWh – 23,3 proc.) i fotowoltaika (47 TWh – 16,4 proc.). Zatem łącznie z wymienionych tutaj odnawialnych źródeł energii ma docelowo pochodzić aż 71,4 proc. wytwarzanej w naszym kraju energii elektrycznej, co można wywnioskować z rys. 1, z którego wynika, że z siłowni wiatrowych (lądowych i morskich) ma pochodzić aż 55 proc. wytwarzanej w naszym kraju energii elektrycznej.

Warto zauważyć, że jest to wynik porównywalny z tym, co udało się osiągnąć w przypadku Danii, gdzie warunki wietrzności są wyjątkowo korzystne na całym obszarze tego niewielkiego kraju. Tymczasem w przypadku Polski większość jej terytorium zaliczana jest do trzeciej, czwartej, a nawet i najgorszej, piątej klasy pod względem panującej tam wietrzności i w związku z tym także potencjału do wykorzystania energii kinetycznej wiatru.
Oczywiście w praktyce tak wysoki wynik (55 proc. energii produkowanej z wiatru i prawie 17 proc. z fotowoltaiki) jest niemożliwy do uzyskania i przeczy nie tylko podstawowym prawom fi zyki, lecz także i zdrowemu rozsądkowi. Przy okazji warto zauważyć, że tak spektakularnego wyniku nie był do tej pory w stanie uzyskać nawet nasz zachodni sąsiad, który nie przekroczył w tym wypadku bariery 50 proc. pomimo wpompowania w niemiecką transformację energetyczną (tzw. Energiewende) setek miliardów euro, a co gorsze, dalsze powiększanie wartości mocy zainstalowanej zarówno w niemieckiej fotowoltaice, jak i w wiatrakach nie znajduje w żadnym wypadku prostego przełożenia na wzrost udziału tego typu źródeł energii w miksie energetycznym.
Czytelnik zainteresowany bliższymi szczegółami omawianych tutaj zagadnień, może zapoznać się z nimi w Raporcie Polskiego Towarzystwa Gospodarczego w Warszawie (PTG), którego jestem jednym ze współautorów. Wspomniany raport jest do pobrania w wersji elektronicznej spod następującego adresu internetowego: 300zlmwh.pl
Autorzy rozważanego raportu dowodzą, że uzyskanie ceny energii elektrycznej na poziomie 300 złotych za jedną megawatogodzinę jest jak najbardziej możliwe, trzeba tylko energię elektryczną oddzielić od zbrodniczej ideologii Zielonego Ładu, wyrzucając podatek ETS i inne tego rodzaju „zielone” bzdury wprost do kosza na śmieci. Bowiem w przypadku przedsiębiorcy posiadającego jakieś hale produkcyjne, w których pracują maszyny pożerające megawatogodziny energii elektrycznej, jest mu absolutnie wszystko jedno, skąd zasilająca je energia elektryczna ostatecznie pochodzi: czy z węgla, czy z gazu ziemnego, czy z wody, czy z wiatru, czy ze Słońca, czy za przeproszeniem z „czterech liter”. Po prostu wspomniany przedsiębiorca chce mieć energię elektryczną zawsze dostępną w potrzebnych dla niego ilościach (bez ogłaszanych co chwilę stopni zasilania, wymuszających redukcje poboru mocy), a także po możliwie jak najniższej cenie, ponieważ to właśnie przede wszystkim cena energii elektrycznej przesądza o konkurencyjności na rynku wytwarzanych przez niego produktów bądź świadczonych przezeń usług.
Tę jakże oczywistą w swej treści prawdę zdają się już dostrzegać nawet co poniektórzy przywódcy państw zachodniej Europy, którzy między innymi swego czasu wygłosili oświadczenia następującej treści: „Transformacja energetyczna, która ignoruje koszty systemowe, zrujnuje kraj, który rzekomo ma uratować” – Katherina Reiche (niemiecka minister energii). „Europa nie może pozwolić sobie na sytuację, w której wysokie ceny energii podważają konkurencyjność jej przemysłu” – Emmanuel Macron (Prezydent Francji). „Polityka klimatyczna musi być przystępna cenowo – inaczej nie będzie akceptowalna społecznie ani gospodarczo” – Alexander de Croo (Premier Belgii). „Jeśli dane rozwiązanie nie jest wykonalne lub nie jest właściwym narzędziem, powinniśmy być gotowi je zrewidować, a przynajmniej odroczyć” – Fridrich Merz (Kanclerz Niemiec). „System ETS powinien zostać poddany przeglądowi, aby ograniczyć jego negatywny wpływ” – Giorgia Meloni (Premier Włoch).
Jak widać na zamieszczonych powyżej przykładach, w krajach zachodnich pojawiają się już pierwsze symptomy otrzeźwienia, podczas gdy nasz kraj nadal brnie uparcie w całe to niewyobrażalne szaleństwo, planując przy tym wydać już w najbliższej dekadzie okrągły bilion złotych na realizację transformacji energetycznej, postępując zgodnie co do joty z fanaberiami czcigodnej pani Urszuli, co to wodę leje, jak często zwykł mawiać redaktor Stanisław Michalkiewicz. Tymczasem, jak wygląda konfrontacja wspomnianego planu z bieżącą praktyką, każdy może zobaczyć na rys. 2, gdzie przedstawione zostały dane dotyczące stanu pracy krajowego systemu elektroenergetycznego w dniu 12 czerwca 2026 roku o godz. 22:02.

Jak wynika z rys. 2, w rozważanej porze doby zapotrzebowanie mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym wynosiło 18111 MW i było pokrywane głównie przez krajowe elektrownie cieplne 13194 MW (72,8 proc. zapotrzebowania), a także poprzez import mocy elektrycznej od państw sąsiednich w wysokości 3266 MW (18,0 proc. zapotrzebowania). W owym czasie fotowoltaika generowała dokładnie zero watów z powodów, które powinny być oczywiste nawet dla dziecka uczęszczającego do przedszkola. Ale przecież według naszej wielce czcigodnej ministry od Klimatu i Środowiska (i zapewne jeszcze od siedmiu boleści) właśnie wtedy powinny wiać silne wiatry (Kochani Rodacy, dlaczego spożywacie tak mało grochu z kapustą? Jak w ogóle można tak nierozsądnie postępować?! Pomóżcie w końcu naszej wielebnej pani ministrze!), bo każdy wie, że jak Słońce nie świeci, to za to wówczas mocno wiatr wieje, co powinno w zdecydowanej części pokryć nasze zapotrzebowanie na energię elektryczną.
A tymczasem z rys. 2 możemy odczytać, że źródła wiatrowe generowały wtedy jedynie 1241 MW (6,8 proc. zapotrzebowania). Zatem nawet potrojenie mocy zainstalowanej w polskich wiatrakach, co i tak jest całkowicie w najbliższych latach nierealne, na niewiele by się w tym wypadku zdało. Jak widać, w rozważanym czasie fotowoltaika i siłownie wiatrowe pokrywały łącznie zaledwie 6,8 proc. naszego zapotrzebowania na energię elektryczną. Tymczasem, jak już wspomniano, autorzy Krajowego Planu w Dziedzinie Energii i Klimatu zakładają, że w przyszłości będzie to aż prawie 72 proc. udziału w krajowej produkcji energii elektrycznej, uzyskane dzięki łącznej generacji wiatraków lądowych i morskich oraz paneli fotowoltaicznych. Ciekawe tylko, jakim cudem tak niskie wartości chwilowe generacji mocy elektrycznej przez źródła odnawialne mają w efekcie dać aż tak wysoką wartość średnią? Obawiam się, że ktoś ma tutaj podstawowe problemy wręcz z elementarną szkolną arytmetyką.
Ponadto należy podkreślić, że sytuacja przedstawiona na rys. 2 jest ze wszech miar sytuacją typową, gdyż przy obecnych ponad 11000 MW zainstalowanych w krajowych siłowniach wiatrowych przez zdecydowaną większość roku generują one zaledwie około 1000 MW mocy, jedynie podczas przechodzenia silnych frontów atmosferycznych jest to znacząco więcej, nawet ponad 5000 MW, ale takich dni w roku jest zaledwie co najwyżej kilkadziesiąt. Z tego powodu średnie wykorzystanie mocy zainstalowanej w Polskich wiatrakach lądowych nie przekracza nigdy 25 proc. W przypadku wiatraków morskich będzie to zapewne nieco więcej, być może nawet około 35 proc., jednak należy mieć świadomość, że żadnej fundamentalnej różnicy pomiędzy wiatrakami lądowymi a morskimi bynajmniej nie ma, gdyż i w jednym, i w drugim przypadku osiągana przez nie moc elektryczna zależy aż od trzeciej potęgi prędkości wiatru.
Z kolei sam wiatr jest zjawiskiem losowym, a jego prędkość jest w związku z tym zmienną losową, która opisywana jest tzw. rozkładem statystycznym Weibulla, z czego wynika, że średnio w roku przedział czasu, w którym prędkość wiatru osiąga nieco większe wartości, jest relatywnie krótki. Przykładowo, jeśli przy prędkości wiatru równej 20 m/s siłownia wiatrowa osiąga swą moc maksymalną, to zmniejszenie prędkości wiatru o połowę, czyli do 10 m/s, spowoduje, że moc generowana przez rozważaną siłownię wiatrową będzie wynosiła zaledwie 1/8 jej mocy maksymalnej, czyli zmniejszy się praktycznie o rząd wielkości i z punktu bilansowania mocy w krajowym systemie elektroenergetycznym nie będzie odgrywać już w zasadzie żadnej istotnej roli. Po prostu na wiatrakach nie można w żadnym wypadku w stu procentach polegać, ponieważ jest to najbardziej niestabilne i w znacznej mierze nieprzewidywalne źródło energii elektrycznej. A tymczasem autorzy Krajowego Planu w Dziedzinie Energii i Klimatu wprost uroili sobie, że to właśnie ze źródeł wiatrowych ma pochodzić większość wytarzanej w naszym kraju energii elektrycznej. To jest po prostu jakiś jeden koszmarny obłęd!
W ogóle podstawowym błędem popełnionym przez autorów wspomnianego planu jest stosowanie prostego przeliczenia mocy zainstalowanej zarówno w fotowoltaice, jak i w wiatrakach na ich udział w krajowym miksie energetycznym. Jeśli obecnie w fotowoltaice mamy zainstalowane już ponad 26 GW mocy, czyli jest to nieco więcej niż pięć elektrowni w Bełchatowie razem wziętych, co przekłada się na udział w miksie na poziomie około 12 proc., to zainstalowanie tam kolejnych 26 GW mocy wcale nie spowoduje, że udział fotowoltaiki w miksie energetycznym wzrośnie automatycznie do 24 proc.
Gdyby tak istotnie było, to można byłoby wyciągnąć z tego błędny w swej istocie wniosek, że zainstalowanie w polskiej fotowoltaice łącznie około 220 GW mocy sprawiłoby, że cała zużywana w Polsce energia elektryczna pochodziłaby wyłącznie ze Słońca. Jest to oczywiście niemożliwe, ponieważ statystycznie dzień trwa tyle samo co noc, czyli 12 godzin, ale już w takim grudniu noc trwa około 17 godzin i w tym miesiącu fotowoltaika nie ma w zasadzie żadnego znaczenia, gdyż jej udział w miksie energetycznym wynosi poniżej 2 proc.
W związku z powyższym, instalując coraz to większą moc w fotowoltaice, w pewnym momencie pojawia się stan swego rodzaju nasycenia, co objawia się tym, że dokładanie kolejnych farm fotowoltaicznych nie ma już żadnego sensu, gdyż w okresie, w którym mogłyby one pracować potencjalnie ze swą pełną mocą, muszą i tak zostać przez operatora bezwzględnie odłączone od sieci z powodu występowania ograniczeń bilansowych – w systemie elektroenergetycznym musi przez cały czas panować stan równowagi mocy, czyli moc generowana musi równać się mocy pobieranej, a każde jego rażące naruszenie może doprowadzić w efekcie do blackoutu, czyli awaryjnego wyłączenia wszystkiego na terytorium całego kraju.
W przypadku polskiej fotowoltaiki graniczną wartością jej udziału w krajowym miksie energetycznym jest około 15 proc., ale i tak osiągnięcie wspomnianej wartości wymagałoby gigantycznego wręcz przewymiarowania tego rodzaju instalacji energetycznych, co jest po prostu ekonomicznym szaleństwem – wyrzucaniem pieniędzy w błoto (bądź raczej w przyszłe elektrośmieci). Nie można po prostu przeliczać mocy zainstalowanej w fotowoltaice czy siłowniach wiatrowych na ich udział w krajowym miksie energetycznym na zasadzie prostej proporcjonalności liniowej, bez uwzględnienia wspomnianego uprzednio zjawiska nasycenia, co można zobaczyć na rys. 3.

miksie energetycznym, ponieważ zależność ta ulega od pewnego momentu nasyceniu.
Z kolei drugim poważnym błędem, popełnionym przez autorów Krajowego Planu w Dziedzinie Energii i Klimatu, jest traktowanie wolumenów energii, które mogą być potencjalnie wytworzone z siłowni wiatrowych lądowych, siłowni wiatrowych morskich i fotowoltaiki jako całkowicie od siebie niezależnych, podczas gdy w rzeczywistości ich produkcja energii jest bardzo silnie ze sobą wzajemnie skorelowana. Bowiem w oczywisty sposób wiatraki morskie będą konkurowały z wiatrakami lądowymi, ponieważ w czasie przechodzenia frontów atmosferycznych będzie silnie wiało zarówno na lądzie, jak i na Bałtyku. No i cóż z tego, że łącznie w siłowniach wiatrowych będziemy mieć zainstalowane nawet ponad 30 GW mocy, gdy podczas przechodzenia silniejszych frontów atmosferycznych większości tej mocy i tak nie będziemy w stanie w ogóle odebrać, właśnie z powodów natury bilansowej.
Z drugiej strony magazynowanie aż tak wielkich nadwyżek energii jest całkowicie nierealne, gdyż wymagałoby wybudowania w Polsce przynajmniej kilkudziesięciu dużych elektrowni szczytowo-pompowych tej wielkości, co Porąbka-Żar bądź Żarnowiec, ewentualnie zainstalowania co najmniej setki potężnych bateryjnych magazynów energii o pojemności takiej jak budowany właśnie magazyn w Żarnowcu (pojemność około 1 GWh i moc 260 MW). Analogicznie, mocno już przewymiarowana u nas fotowoltaika w okresie od kwietnia do września będzie blokowała w ogóle jakąkolwiek możliwość odbioru większych wartości mocy od siłowni wiatrowych.
Zjawisko takie można zaobserwować na rys. 4, gdy w czerwcu praktycznie od wschodu do zachodu Słońca podczas nieco silniejszych wiatrów przez cały czas obowiązywały ujemne ceny energii elektrycznej. W związku z tym do mającego miejsce w tym czasie eksportu energii elektrycznej musieliśmy jeszcze słono dopłacać, co ze wszech miar jest jednym wielkim ekonomicznym absurdem.

www.pse.pl).
Na zakończenie mam jeszcze zasadnicze pytanie do autorów rozważanego planu odnośnie tego, co według nich miałoby wytwarzać w krajowym systemie elektroenergetycznym inercję mechaniczną, bez której żaden system elektroenergetyczny absolutnie nie może w ogóle pracować, ponieważ przy pierwszym lepszym zwarciu rozpadłby się dosłownie jak jakiś domek z kart bądź zamek postawiony na piasku.
Tego rodzaju inercję mechaniczną, czyli po prostu bezwładność mas wirujących, mogą zapewnić jedynie potężne turbogeneratory ważące nawet kilkaset ton i kręcące się z częstotliwością 50 Hz. Tymczasem wspomniane turbogeneratory występują jedynie w przypadku elektrowni węglowych, gazowych bądź atomowych, ewentualnie jeszcze w przypadku bloków energetycznych spalających biomasę, biogaz czy biometan, ale tego rodzaju źródła odnawialne mają w całym krajowym systemie elektroenergetycznym jedynie marginalne znaczenie, więc tylko one same odpowiedniego poziomu inercji mechanicznej nie są w żadnym wypadku w stanie zapewnić. Wspomniane źródła inercyjne powinny generować przynajmniej 1/3 mocy wytwarzanej w całym systemie elektroenergetycznym, a schodzenie poniżej tej wartości może się w efekcie bardzo źle skończyć, czyli dokładnie w taki sam sposób jak miało to miejsce 28 kwietnia 2025 roku, na półwyspie Iberyjskim.
Tymczasem patrząc na rys. 1, widać, że rozważanej inercji mechanicznej jest w systemie elektroenergetycznym zdecydowanie zbyt mało, nawet przy założeniu, że do roku 2040 powstaną w Polsce dwie duże elektrownie atomowe o łącznej mocy 6 GW, co z drugiej strony jest po prostu całkowicie nierealne.
Reasumując, proponowany przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska Krajowy Plan w Dziedzinie Energii i Klimatu to prosty przepis na straszliwy w swych skutkach głód energetyczny, który w sposób nieuchronny musi przełożyć się na potworną zapaść gospodarczą, spadek produkcji przemysłowej i zmniejszenie się PKB naszego kraju, co z kolei będzie skutkowało wzrostem relacji naszego zadłużenia do PKB, a to jest już prosta droga do krachu finansowego. Bowiem gigantyczny wzrost relacji zadłużenia do PKB będzie skutkował obniżeniem naszej wiarygodności przez agencje ratingowe, co pociągnie za sobą wzrost rentowności naszych papierów dłużnych, obniżenie kursu złotego, a w efekcie kolejny potężny i skokowy wzrost relacji naszego zadłużenia do PKB.
W ten sposób wpadamy w swego rodzaju spiralę dodatnich sprzężeń zwrotnych, co w efekcie musi zakończyć się jedną totalną katastrofą. Niestety skuteczne wyjście z przedstawionego stanu rzeczy może okazać się w praktyce wręcz niemożliwe, ponieważ będzie wymagało ogromnych nakładów finansowych i przynajmniej dwóch dekad potężnych inwestycji, pozwalających odbudować nasz system elektroenergetyczny w zasadzie od zera (konieczność zainstalowania co najmniej 20 GW w stabilnych źródłach energii elektrycznej, takich jak bloki węglowe, gazowe bądź atomowe). Ostatecznie dzieła zniszczenia dopełni nadciągająca już nieuchronnie w naszym kraju straszliwa zapaść demograficzna.
