Belgijskie zakłady karne pękają w szwach od imigrantów, którzy stanowią już niemal połowę wszystkich osadzonych. Niechlubny prym wiodą w tych statystykach obywatele Maroka, odpowiadający za co dziesiąty wyrok w kraju. Przyparta do muru władza ostatecznie zdejmuje różowe okulary i w akcie desperacji forsuje plan masowych deportacji kryminalistów do ich ojczyzny.
W tym celu z oficjalną wizytą do Maroka udała się minister sprawiedliwości Belgii Annelies Verlinden. Ze swoim marokańskim odpowiednikiem będzie rozmawiać, na jakich zasadach, czyli ile zapłacić, odesłać skazanych w Belgii Marokańczyków do ojczyzny.
„Konieczne jest zwiększenie możliwości odbywania przez te osoby kary w Maroku, aby zmniejszyć presję na nasz system penitencjarny, gwarantując jednocześnie spójne wykonywanie wyroków” – podkreśliła minister w oficjalnym komunikacie.
Zaznaczyła przy tym, że statystyki są nieubłagane. Obywatele Maroka stanowią obecnie około jednego na dziesięciu więźniów w Belgii. W sumie za kratami tego kraju Beneluksu siedzi 1,3 tys. Marokańczyków.
Podobne próby reemigracji więźniów były już podejmowane w przeszłości, ale nie udawało się przez „poważne prawne i biurokratyczne przeszkody”. Teraz ma być podobno inaczej. Oficjalnie dzięki „otwartemu dialogowi”, a w rzeczywistości chodzi zapewne o to, co Marokańczycy mogą na tym ugrać – czy pieniądze, czy jakieś inne korzyści.
Belgijski wymiar sprawiedliwości chwali się, że przygotował już 33 kompletne wnioski transferowe dla skazanych imigrantów, a kolejne są kwestią czasu.
Przy okazji wizyty minister w Maroku, Belgia chce odbić swojego obywatela z więzienia. Chodzi o głośną sprawę Marka Moermana, który został tam skazany za rzekome czyny lubieżne wobec własnego syna oraz dwojga dzieci swojej byłej partnerki. Jego rodzina zapewnia, że to jakieś głębokie nieporozumienie i nie istnieją żadne dowody potwierdzające sformułowane oskarżenia.
