Strona głównaGŁÓWNYWspółczesna histeria klimatyczna to przecież nihil novum sub sole

Współczesna histeria klimatyczna to przecież nihil novum sub sole

-

- Reklama -

Temperatura powietrza atmosferycznego na kuli ziemskiej zależy do bardzo wielu różnorodnych czynników, takich jak między innymi cyrkulacja powietrza, wpływ prądów morskich, oscylacje termiczne wód oceanicznych, zmiany cykli słonecznych, aktywność wulkanów, a w perspektywie wielu tysięcy lat zależy także od tzw. cykli Milankovicia, związanych z precesją osi ziemskiej i równoczesną precesją ziemskiej orbity oraz cyklicznymi zmianami wartości kąta nachylenia osi ziemskiej, a także i okresowymi zmianami stopnia ekscentryczności orbity naszej planety. Każdy z trzech wymienionych tutaj cykli Milankovicia posiada inną wartość okresu, wynoszącą odpowiednio 23, 41 i 100 tysięcy lat, a trafiająca się raz na jakiś czas swoista wzajemna kumulacja ich efektów może powodować w swym rezultacie pojawianie się nawet na naszym globie kolejnych potężnych zlodowaceń.

Jednak tego rodzaju racjonalne argumenty zdają się w ogóle nie przekonywać zagorzałych wyznawców swego rodzaju nowej świeckiej religii, określanej mianem „klimatyzmu”, ponieważ według nich jedynym istotnym czynnikiem mającym wpływ na kształtowanie się temperatur na kuli ziemskiej pozostaje wyłącznie stężenie dwutlenku węgla w atmosferze. Swoje katastroficzne wizje „płonącej planety” snują wyłącznie na podstawie wyników uzyskanych z przeprowadzanych swego czasu przez czołowych kapłanów klimatyzmu jakichś bliżej nieokreślonych symulacji komputerowych, z których ma rzekomo wynikać, że już w najbliższej przyszłości, jeśli tylko nie przestaniemy emitować dwutlenku węgla do atmosfery, to grozi nam wprost nieuchronna i straszliwa w swych skutkach zagłada – zapewne wszyscy zginiemy marnie w szalejących płomieniach, zapewne dokładnie tak samo jak palone w średniowieczu na stosie okrutne czarownice.

- Reklama -

Odnośnie wspomnianych symulacji komputerowych należy przede wszystkim pamiętać, że zawsze opierają się one na uprzednio opracowanych modelach matematycznych analizowanych zjawisk fizycznych. Tymczasem tego rodzaju modele matematyczne są zawsze dalece uproszczonym i w rezultacie wielce niedoskonałym odwzorowaniem otaczającej nas rzeczywistości. Bowiem zawsze modele matematyczne zjawisk fizycznych bazują na jakichś dalece idących i nader często w dużej mierze nierealistycznych założeniach, a także i sporych uproszczeniach otaczającej nas rzeczywistości. W związku z powyższym model matematyczny nigdy nie jest wiernym odwzorowaniem realnego świata, gdyż w swej istocie jest zaledwie jakimś jego niedoskonałym odbiciem. Posługując się słowami Platona, można powiedzieć, że tego rodzaju modele matematyczne są jedynie wyłącznie cieniami, dostrzeganymi przez nas na ścianach jaskini.

Jednak tego rodzaju stan rzeczy jest w swej istocie w pewien sposób nieuchronny, ponieważ aby dokładnie odwzorować otaczającą nas rzeczywistość w języku matematyki i uwzględnić przy tym wszelkie jej możliwe aspekty, musielibyśmy dokładnie wiedzieć, jaka rozpatrywana przez nas rzeczywistość w swej istocie dokładnie jest, czyli innymi słowy musielibyśmy uzyskać swoisty wgląd w istotę rzeczy, a tego jednakże nigdy nie będziemy w stanie osiągnąć, bo nie jesteśmy przecież Duchem Świętym.

Z tego powodu zawsze będą istnieć pewne czynniki, których w naszym modelu matematycznym nie będziemy w stanie po prostu uwzględnić. Pozostaje tylko pytanie, w jakim stopniu wspomniane czynniki będą istotne i jaki wpływ ich zaniedbanie, a w efekcie nieuwzględnienie podczas procesu modelowania matematycznego, będzie miało na zakres stosowalności rozpatrywanego przez nas modelu analizowanych zjawisk fizycznych.

Dodatkowo w każdym modelu matematycznym występuje zawsze cały szereg różnego rodzaju parametrów, których wartości muszą najczęściej zostać wyznaczone w sposób empiryczny, co niekiedy może być trudne do praktycznej realizacji, a przyjęte oszacowania ich wartości mogą być niekiedy obarczone znacznym błędem – w skrajnych przypadkach sięgającym nawet wielu rzędów wielkości fizycznych. Jest rzeczą oczywistą, że brak dostatecznie dokładnych oszacowań wartości rozważanych parametrów będzie prowadził do pojawienia się znacznych błędów w wyliczonych na podstawie takiego modelu wielkościach wyjściowych.

Zadając na wejście modelu odpowiednie dane, będące rezultatem przeprowadzonych uprzednio pomiarów, oczekujemy na jego wyjściu interesujących nas rezultatów końcowych. Jednak zebrane przez nas uprzednio dane pomiarowe są zawsze w sposób nieuchronny również obarczone pewnym błędem, a niekiedy mogą one być po prostu niekompletne i z tego powodu brakujące wartości muszą podlegać wyłącznie interpolacji. W takim wypadku po naszym modelu nie należy się już bynajmniej zbyt wiele spodziewać, w myśl żelaznej zasady, dotyczącej zresztą każdego systemu przetwarzania informacji, że śmieci na jego wejściu mogą skutkować jedynie śmieciami na jego wyjściu.

Następnie, mając już opracowany model matematycznych rozpatrywanych zjawisk fizycznych, należy w kolejnym kroku dokonać jego implementacji w postaci programu komputerowego, który trzeba napisać w pewnym wybranym przez nas języku programowania, takim przykładowo jak Fortran, C, C++, C#, Pascal, Ada, Java, Python, JavaScript bądź w jakimkolwiek dowolnym innym, nadającym się jednakże do praktycznej realizacji założonego przez nas celu.

Na tym etapie pojawia się poważne niebezpieczeństwo, polegające na tym, że nasz program komputerowy będzie posiadał mimo wszystko jakieś błędy (w pewnej mierze jest to zjawisko do pewnego stopnia wręcz nieuchronne), które niekiedy są bardzo trudne do wykrycia na etapie testowania wytworzonego przez nas oprogramowania, ponieważ nigdy nie jesteśmy w stanie w jakimś rozsądnym przedziale czasowym sprawdzić wszelkich możliwych kombinacji danych wejściowych, które hipotetycznie mogą się pojawić podczas wykonywania programu.

Nawet jeśli stworzone przez nas oprogramowanie implementujące dany model matematyczny jest całkowicie wolne od błędów programistycznych, to i tak na etapie symulacji wybranych zjawisk fizycznych mogą pojawić się kolejne problemy. Otóż może okazać się, że nasz problem numeryczny jest źle uwarunkowany, tzn. wykazuje on bardzo dużą wrażliwość na zmianę wartości danych wejściowych. Niekiedy może się okazać, że zmiana zaledwie jednej cyfry na jakimś odległym miejscu po przecinku będzie skutkowała tym, że otrzymane rozwiązanie będzie się różnić diametralnie od rozwiązania uzyskanego poprzednio.

W takim wypadku wyznaczane przy pomocy komputera wyniki są już niestety całkowicie bezużyteczne. Jest to tzw. zjawisko chaosu deterministycznego, które zostało odkryte w latach 60. ubiegłego stulecia podczas podejmowanych w tym czasie prób przewidywania pogody za pomocą stworzonych w tym celu programów komputerowych. Okazało się wówczas, że w pełni deterministyczny model zjawisk fizycznych może generować całkowicie chaotyczne rozwiązania, będące skutkiem kumulacji błędów obliczeniowych, związanych z notorycznym zaokrąglaniem przez komputer wyliczanych wartości, co jest po prostu jedynie rezultatem skończonej długości jego rejestrów wewnętrznych i nawet zastosowanie w tym wypadku tzw. podwójnej precyzji obliczeń (typ zmiennej double) absolutnie niczego tutaj nie jest w stanie zmienić.

Ostateczny wniosek jest taki, że do wyników wszelkich symulacji komputerowych należy podchodzić zawsze z dystansem, a nawet wręcz i z pewną dozą nieufności, gdyż dopiero przeprowadzenie rzeczywistego eksperymentu fizycznego, a następnie jego późniejsza konfrontacja z otrzymanymi uprzednio wynikami obliczeń komputerowych ma w tym wypadku moc rozstrzygającą, czy stworzony przez nas model jest w pewnym obszarze jego zastosowań w ogóle wiarygodny, a uzyskiwane za jego pomocą rezultaty z wymaganą dokładnością przybliżają otaczającą nas rzeczywistość.

Niestety tego rodzaju kwestie, które powinny być wręcz oczywiste dla każdego programisty zajmującego się metodami numerycznymi, są całkowicie ignorowane przez klimatystów, którzy stworzone przez siebie modele komputerowe podnoszą wręcz do rangi swego rodzaju nieomylnej wyroczni i na tej podstawie snują następnie jakieś kasandryczne wizje płonącej w przyszłości planety, co ochoczo podchwytywane jest później w formie lotnych haseł przez pozbawionych wszelkich rozumowych kryteriów niedouczonych polityków, którzy próbują zbić na tym kapitał (w zdecydowanej większości ludzie ci po prostu nie nadają się w ogóle do wykonywania jakiejkolwiek innej użytecznej pracy).

Pamiętam, jak całkiem niedawno jeden z arcykapłanów świeckiej religii klimatyzmu w udzielonym wywiadzie wygłosił tezę, że gdybyśmy spalili wszystkie występujące na kuli ziemskiej zasoby węgla, to stężenie dwutlenku węgla podniosłoby się aż o 2000 ppm i w związku z tym zaczęlibyśmy się dusić tak, jak gdybyśmy przebywali w jakimś od dawna niewietrzonym i bardzo ciasnym pomieszczeniu.

Ale kto o zdrowych zmysłach w ogóle mówi o spaleniu wszystkich zasobów węgla na Ziemi?! To jest przecież absolutnie technicznie i ekonomicznie niemożliwe! A ile setek czy nawet tysięcy lat by to zajęło?

Przede wszystkim tzw. zasoby perspektywiczne stanowią zaledwie niewielki ułamek zasobów całkowitych węgla dostępnych na kuli ziemskiej. Z kolei jedynie część wspomnianych zasobów perspektywicznych uznawana jest obecnie za ekonomicznie uzasadnioną do wydobycia i eksploatacji. Zresztą to, jaką część złóż danego surowca uznajemy za ekonomicznie zdatną do wydobycia, zależy przede wszystkim od aktualnej ceny danego typu surowca. W każdym razie nie jesteśmy w stanie wydobyć więcej niż zaledwie niewielki procent istniejących na Ziemi zasobów surowców kopalnych z powodów natury zarówno technicznej, jak i przede wszystkim ekonomicznej.

Jednak tego rodzaju oczywiste i wręcz elementarne fakty są przez sektę klimatystów całkowicie ignorowane, ponieważ im chodzi jedynie o wywołanie w społeczeństwie swego rodzaju klimatycznej psychozy, aby łatwiej było im uzasadnić w takich warunkach konieczność wprowadzenia w naszym kraju zielonego ładu i związanej z tym transformacji energetycznej. Niestety kłamstwo powtórzone tysiąc razy z czasem staje się w powszechnym odbiorze prawdą, a wspomniana tresura klimatyczna trwa już w najlepsze od ponad trzydziestu lat. Sam dobrze pamiętam, jak mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych oglądałem jakiś program w telewizji, w którym pewien człowiek (posiadający nawet stopnie naukowe) perorował, że coś z tym dwutlenkiem węgla musimy koniecznie zrobić, bo za chwilę będzie go tyle w atmosferze, że się wszyscy w wyniku tego udusimy (sic!).

W tym kontekście warto jest wspomnieć, że całkowita antropogeniczna emisja dwutlenku węgla, która ma miejsce obecnie na obszarze Polski, stanowi zaledwie około 0,3 promila łącznej emisji naturalnej tego gazu, wywołanej głównie procesami oddychania organizmów żywych, zamieszkujących kulę ziemską. Dla porównania roczne wydobycie węgla kamiennego wynosi w Polsce około 40 milionów ton, a Chiny wydobywają go prawie 5 miliardów ton, budując aktualnie ponad 130 nowoczesnych węglowych bloków ultranadkrytycznych, w których planują zainstalować jeszcze co najmniej 300 GW mocy i mają gdzieś cały ten „zielony ład”, wdrażany z tak zaciekłym uporem w naszej części świata.

Tymczasem obserwowany wzrost koncentracji dwutlenku węgla w powietrzu atmosferycznym wynosi zaledwie niecałe 2 ppm na rok, co oznacza, że jeśli będzie go nadal przybywać w obecnym tempie, to za sto lat jego stężenie będzie większe o około 200 ppm niż obecnie, czyli będzie wynosiło około 600 ppm, czyli tyle, ile mniej więcej wynosiło w epoce trzeciorzędu, co żyjącym wówczas różnym gatunkom kręgowców jakoś bynajmniej nie przeszkadzało.

Ale czy już teraz powinien nas ten fakt w jakikolwiek sposób martwić? Wydaje się, że obecnie mamy w kraju znacznie poważniejsze problemy, którym już w najbliższym czasie będziemy musieli bezwzględnie stawić czoła. A niewątpliwie najważniejszym z nich jest nadciągająca nieuchronnie katastrofa demograficzna Polski, ponieważ przy obecnym poziomie dzietności liczba naszych rodaków w każdym kolejnym pokoleniu będzie zmniejszać się o połowę i w związku z tym za jakieś ponad 100 lat jako naród możemy w zasadzie przestać już w ogóle istnieć, a co gorsze prawdopodobnie nikt tego faktu nie będzie raczył nawet zauważyć.

A tymczasem co poniektórzy martwią się wyłącznie tym, jakie za 100 lat będzie stężenie dwutlenku węgla w ziemskiej atmosferze. Nie wiem, jak uważają Szanowni Państwo Czytelnicy, ale ja osobiście mam głęboko w nosie i w dużym poważaniu, jaką zawartością dwutlenku węgla w powietrzu będą oddychać za jakieś 100 lat potomkowie dzisiejszych mieszkańców Afryki, muzułmańskich krajów centralnej Azji i przede wszystkim Indii, którzy w tym czasie będą zapewne w przeważającej mierze zaludniać kulę ziemską. Ten niewielki wzrost koncentracji dwutlenku węgla, który obecnie obserwujemy, nie jest żadnym sensownym powodem, dla którego już teraz mamy dokonać totalnej dewastacji naszego systemu elektroenergetycznego, zrujnować gospodarkę całego kraju i wpędzić się w związku z tym w jakąś niewyobrażalną w swych rozmiarach katastrofę i biedę, z której możemy się już nigdy więcej nie podnieść, bo ewentualne usuwanie jej skutków musiałoby trwać wręcz całe dekady.

Co interesujące, pojawianie się tego rodzaju histerii klimatycznej nie jest w zasadzie niczym nowym w historii rodzaju ludzkiego. Nakręcanie tego rodzaju psychozy to w sumie nihil novum sub sole. O tego rodzaju histerycznych reakcjach pisał już prawie sto lat temu między innymi Tadeusz Dołęga-Mostowicz (1900–1939) w swym znakomitym felietonie zatytułowanym „Ciemnota”:

„Niemal codziennie dają się słyszeć takie utyskiwania:

– Co z tą pogodą się dzieje! Jeszcze nigdy takiej nie było. Takiej najstarsi ludzie nie pamiętają.

Co prawda, nie ma czemu się dziwić, że najstarsi nie pamiętają, przecie ludzie na starość tracą pamięć, gdyby było inaczej na pewno opowiedzieliby nam i o śniegu w lipcu, i o gradzie w marcu, i o przymrozkach w maju, o deszczach i powodziach, o suszy trwającej miesiącami. Co tu dużo gadać. Klimat pozostał takim, jak był, a jeżeli są w nim zmiany wynikłe ze stałego przechylania się osi naszego globu, to dla zaobserwowania ich trzeba tysięcy lat.

Zdawałoby się, że jest to oczywiste dla każdego inteligentnego człowieka. Tymczasem – nie:

– Jeszcze nigdy takiej aury nie było. Kto wie… dawniej i radia nie było…

Słowo rzucone. Tu i ówdzie gmina uchwaliła, by nie pozwalać zakładać »radja« na chałupach. Tu i ówdzie chłopstwo zniszczyło we dworkach anteny. Raz nawet doszło do rozlewu krwi, gdy zapalony radioman-nauczyciel bronił swego aparatu przed tłumem.

– Radio sprowadza deszcz i zimno!

Nie dziwić się chłopstwu, ale nawet inteligencja zaczyna wierzyć tej dzikiej bzdurze”.

Według relacji Dołęgi-Mostowicza niegdyś w przedwojennej Rzeczypospolitej zapalczywa w swych działaniach wiejska niepiśmienna ciemnota walczyła bohatersko z raczkującą wówczas dopiero co radiotechniką, obwiniając ją o rzekome oziębienie klimatu na Ziemi, gdy tymczasem wielce światłe, wszechstronnie wykształcone i znakomicie wyedukowane nowoczesne społeczeństwo wręcz z uporem maniaka zmaga się ze znienawidzonym dwutlenkiem węgla, z powodu którego „planeta za oknem się pali” (oj, tutaj przydałby się jednak konsultacja psychiatryczna).

Gdy tymczasem dwóch polskich naukowców – dr inż. Jan Kubicki z Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie i dr inż. Tomasz Wójcik z Politechniki Wrocławskiej – przeprowadzili stosunkowo prosty eksperyment, za pomocą którego w sposób definitywny obalili tezę o decydującym wpływie dwutlenku węgla na temperaturę powietrza atmosferycznego na kuli ziemskiej. Przeprowadzony przez wspomnianych naukowców eksperyment potwierdził uzyskane już znacznie wcześniej rezultaty teoretyczne (tzw. równanie Schwarzschielda), zgodnie z którymi absorpcja promieniowania termicznego jest funkcją logarytmiczną stężenia dwutlenku węgla w powietrzu. Co więcej, pokazali oni, że przy obecnym jego stężeniu, przekraczającym 400 ppm, znajdujemy się wyraźnie już w obszarze nasycenia wspomnianej krzywej logarytmicznej, w związku z czym dalsze powiększanie wartości koncentracji dwutlenku węgla w powietrzu nie ma już właściwie żadnego istotnego wpływu na wzrost absorpcji promieniowania termicznego, czyli tym samym nie będzie powodowało dalszego obserwowalnego wzrostu temperatury powietrza, co można zobaczyć na rys. 1.

Rys. 1. Logarytmiczna zależność absorpcji promieniowania elektromagnetycznego od stężenia CO2 w powietrzu atmosferycznym.
(Źródło: Kubicki J., Kopczyński K., Młyńczak J., „Wpływ wzrostu stężenia CO2 w atmosferze na proces absorpcji promieniowania termicznego”, [w:] Biuletyn WAT, Vol. LXIX, Nr 3, 2020)

Niestety tego rodzaju argumenty o charakterze naukowym zdają się w ogóle nie docierać do szerokich kręgów społeczeństwa, ponieważ umysły ludzkie są systematycznie i metodycznie zatruwane ideologią klimatyzmu i to począwszy już od najmłodszych lat – na etapie edukacji na poziomie szkoły podstawowej, a często nawet i przedszkola. Niestety w tym wypadku jakże aktualnie brzmią słowa Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, który włożył je swego czasu w usta hrabiego Żorża Ponimirskiego, gdy zapytano go, z czego właściwie tak strasznie się śmieje, na co ów odpowiedział:

„Z czego? Nie z czego, moi państwo, tylko z kogo⁈ Z was się śmieję, z was! Z całego społeczeństwa, z wszystkich kochanych rodaków! — Panie!… — Milczeć! — wrzasnął Ponimirski i jego blada twarzyczka chorowitego dziecka zrobiła się czerwona z wściekłości. — Milczeć! Z was się śmieję! Z was! Elita. Cha, cha, cha… Otóż oświadczam wam, że wasz mąż stanu, wasz Cincinnatus, wasz wielki człowiek, wasz Nikodem Dyzma to zwykły oszust, co was za nos wodzi, to sprytny łajdak, szaleniec, fałszerz, i jednocześnie kompletny kretyn!”.

A także nieco dalej:

„Czy wy tego nie widzicie? Źle powiedziałem, że on was za nos wodzi! To wy wywindowaliście to bydlę na piedestał! Wy, ludzie pozbawieni wszelkich rozumnych kryteriów! Z was się śmieję, głuptasy! Z was! Motłoch!… Nareszcie udało mu się włożyć monokl. Obrzucił wszystkich pogardliwym spojrzeniem i wyszedł trzaskając drzwiami”.

W rozważanym kontekście przychodzi mi jeszcze na myśl obraz namalowany w 1568 roku przez wybitnego niderlandzkiego malarza Pietera Bruegela (Starszego), noszący tytuł „Ślepcy”, który czytelnik może podziwiać na rys. 2.

Ślepcy – obraz malarza Pietera Bruegla (starszego). / foto: domena publiczna

W tym wypadku wydaje się, że analogia pomiędzy przedstawionymi na obrazie ślepcami, wpadającymi po kolei w głęboki dół – a naszym krajem, w którym w tak bezmyślny i całkowicie bezsensowny sposób niszczymy sobie własną elektroenergetykę, jest niezwykle daleko idąca. Bowiem pozbywanie się z krajowego systemu elektroenergetycznego stabilnych i w pełni dyspozycyjnych źródeł mocy elektrycznej w postaci elektrowni węglowych oraz podejmowanie próby zastąpienia ich wielce niestabilną energią wiatrową, a także pracującą sezonowo i cyklicznie fotowoltaiką, musi w sposób nieuchronny zakończyć się jedną wielką, totalną katastrofą, bo przecież nie jesteśmy w stanie zmienić obowiązujących we wszechświecie praw fizyki.

Sytuacja, w której obecnie znajduje się krajowa elektroenergetyka, przypomina także samochód pędzący z zawrotną prędkością równą 200 km/h, przed którym znajduje się ostry zakręt, a zaraz za nim jest potężna betonowa ściana. Niestety w obu wymienionych przypadkach gigantyczna w swych rozmiarach katastrofa jest po prostu wręcz nieunikniona.

Najnowsze