Podczas pierwszych po zimowej przerwie kursów elektrycznych busów na trasie do Morskiego Oka doszło do awarii jednego z czterech pojazdów. Zakupiony z pieniędzy podatników elektryk utknął na Włosienicy. Nie obędzie się bez lawety.
Forsowane przez lewicowe organizacje oraz rząd Donalda Tuska elektryczne busy wróciły na trasę wraz z początkiem majowego weekendu.
Jeden z czterech pojazdów uległ awarii już pierwszego dnia, po wywiezieniu turystów na Włosienicę, przed Morskim Okiem.
– Pojazd został tam na noc, bo nie dało się go uruchomić. W sobotę ma zostać zwieziony na dół i fachowiec wypowie się co do przyczyn awarii i możliwości naprawy – przekazała Magdalena Zwijacz-Kozica z Tatrzańskiego Parku Narodowego i dodała, że pozostałe trzy busy będą realizowały zaplanowane kursy bez zmian.
Do sytuacji w ironicznych sposób odnieśli się wozacy. „Nasz konny napęd działa bez zarzutu i bezpiecznie dowiózł ostatnich gości na Palenicę. A na Włosienicy? Stabilnie! Elektryczny busik tak się zakochał w Tatrach, że postanowił zostać tam na nocleg” – skomentowali w mediach społecznościowych, dołączając nagranie.
Tymczasem minister klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska obwieściła, że elektryczna rewolucja wprowadzana pod dyktando klimatystów i tzw. obrońców zwierząt przyspiesza. Z pieniędzy podatników zostanie zakupionych 16 kolejnych elektrycznych busów, a dodatkowo Polacy sfinansują budowę sześciu podwójnych stacji szybkiego ładowania oraz dwóch stacji transformatorowych.
Tymczasem wozacy wskazują, że działania minister Hennig-Kloski mogą naruszać wcześniejsze ustalenia i prowadzić do ich wykluczenia z obsługi trasy do Morskiego Oka.
Hennig-Kloska przyspiesza z elektryczną rewolucją. Górale mówią o łamaniu ustaleń
