W Niemczech właścicielom Toyot i Lexusów nagle zdalnie wyłączono możliwość ogrzewania postojowego. Powołano się na przepisy środowiskowe. Czy to zalążek tego, co nas czeka w przyszłości?
Atak zimy w Niemczech przyniósł kierowcom niemiłą niespodziankę. Otwierając aplikacje mobilne do obsługi swoich samochodów, ujrzeli komunikat o wyłączeniu funkcji zdalnego sterowania ogrzewaniem. Powód? „Obecna sytuacja prawna”.
Chodzi o klimatyzację postojową, która pozwala na ogrzanie lub schłodzenie wnętrza auta przed rozpoczęciem jazdy. Samochodom spalinowym oraz hybrydowym (HEV) taką funkcję wyłączono z dnia na dzień. Po prostu dezaktywowano tę opcję w aplikacji MyToyota oraz Lexus Link Plus.
Ralph Mueller, rzecznik Toyoty w Niemczech, sytuację tę sprzedał jako sukces. Wytłumaczył, że zrobiono to dla „dobra” kierowców. Niemieckie prawo zakazuje bowiem pracy silnika podczas postoju, bo generuje to „uciążliwą emisję spalin”. Rzecznik podkreślił więc, że w ten sposób ochronił kierowców przed potencjalnymi mandatami.
Funkcji zdalnego ogrzewania nie wyłączono natomiast w samochodach elektrycznych oraz hybrydach plug-in (PHEV). Te pojazdy do ogrzewania postojowego wykorzystują energię z akumulatora. To według regulatorów jest „eko”, a więc w porządku.
Decyzja o wyłączeniu funkcji zdalnego ogrzewania uderzyła w szerokie grono odbiorców – tylko w 2025 roku Toyota sprzedała w Niemczech ponad 100 tysięcy aut, z których większość straciła dostęp do promowanej wcześniej funkcji.
Klienci czują się rozczarowani. Pan Stephan, właściciel Lexusa LBX, na łamach „Bilda” opisuje swoją korespondencję z koncernem samochodowym. Zasugerował, że w związku z zaistniałą sytuacją oczekuje na gest „dobrej woli” ze strony producenta. Zaproponował na przykład zniżkę na montaż ogrzewania postojowego spełniającego obecne przepisy albo kolejny serwis. W odpowiedzi usłyszał, upraszczając, aby się wypchał. Toyota napisała, że wyłączona funkcja była tylko dodatkiem, a w regulaminie, który przecież zaakceptował, informowano o możliwości wyłączenia różnych funkcji bez prawa do odszkodowania.
Cyfrowa smycz coraz krótsza
Zjawisko, którego doświadczyli niemieccy kierowcy, to zaledwie przedsmak tego, co czeka nas w świecie całkowitej dominacji cyfrowej kontroli nad własnością prywatną. Tutaj, pod pretekstem ochrony środowiska i dbałości o portfel obywatela, producent jednym kliknięciem odbiera funkcjonalność, za którą de facto klient zapłacić w salonie.
Co będzie następne? Zablokowanie samochodu, bo jedziemy w „niewłaściwe” miejsce? Wyłączenie ogrzewania domu, bo jest „nieekologiczne”? A może blokada środków na koncie bankowym, bo nasz „ślad węglowy” jest za duży? O, przepraszamy, blokadę środków na koncie bankowym mamy już za sobą. Tak postąpiono przecież w Kanadzie wobec kierowców ciężarówek, którzy protestowali przeciwko koronawirusowym restrykcjom. Powód zawsze się znajdzie w zależności od tego, na jakim „etapie mądrości” się znajdujemy.
Wygląda na to, że jesteśmy na drodze do systemu, w którym każda dziedzina naszego życia będzie podlegać zdalnemu sterowaniu przez centralny ośrodek władzy lub korporację działającą ramię w ramię z państwem. Toyota pokazała właśnie, jak technicznie proste jest wprowadzenie takiego cyfrowego posłuszeństwa.
