Od listopada br. władze i rządy UE, w tym przede wszystkim rządy Niemiec i Francji, w obliczu coraz większego rozchodzenia się polityki i interesów tych państw z polityką USA już usilnie dążą do poprawy relacji politycznych i gospodarczych z Chinami. Liczą one między innymi na to, że ich coraz droższe i coraz mniej konkurencyjne produkty, bo są to coraz częściej produkty „ekologiczne” i „klimatyczne”, znajdą jednak większy zbyt na bardzo chłonnym rynku Chin.
Przykładem tych dążeń i starań była przede wszystkim oficjalna wizyta prezydenta Republiki Francuskiej Emmanuela Macrona w Chinach – pierwsza od ponad dwóch lat (w dniach 4–5 grudnia). Prezydentowi Republiki towarzyszyło w Pekinie m.in. aż 35 szefów francuskich koncernów. Podobno ich rozmowy w Pekinie koncentrowały się na „potrzebie lepszego dostępu do chińskiego rynku dla produktów europejskich”, w tym oczywiście przede wszystkim francuskich. Bo w roku 2024 deficyt handlowy krajów UE z Chinami osiągnął poziom aż ponad 306 miliardów euro i był aż niemal 60 proc. wyższy niż deficyt z roku 2019. Sacrébleu! Donnerwetter!
Kluczowe punkty ww. rozmów – od lat główne powody sporów polityków i urzędników UE z Chińczykami – obejmowały chińskie państwowe dotacje dla producentów pojazdów elektrycznych i innych czołowych produktów chińskiego eksportu do Europy. A także tegoroczne chińskie limity i ograniczenia eksportowe – nałożone na chińskie surowce, w tym przede wszystkim na metale ziem rzadkich – tak bardzo niezbędne dla europejskich producentów samochodów i innych towarów przemysłowych.
Pozytywne zmiany, ale bez przełomu
Mimo wielu oczekiwań podczas tej wizyty znów nie poruszano planowanej od lat perspektywy zawarcia wielkiej umowy handlowej UE–Chiny. A rozmowy nad oczekiwanym też od lat tzw. paktem inwestycyjnym [dotyczącym głównie inwestycji Chin w krajach UE] pozostają zamrożone od roku 2021. Rządowy Pekin uzależnił bowiem już dawno temu znaczące zwiększenie chińskich inwestycji w krajach UE i chińskiego importu z tych krajów od zapewnienia w UE „uczciwego środowiska” dla chińskich firm państwowych i prywatnych. Władze Chin tak zareagowały na różne śledztwa i dochodzenia organów UE z ostatnich lat dotyczące rządowych subsydiów Pekinu dla setek chińskich eksporterów do krajów UE – subsydiów i dotacji nieakceptowanych przez rządowy Paryż i Berlin, a także przez komisarzy UE. 16 grudnia prezydent Macron na łamach dziennika „The Financial Times” wezwał więc do przywrócenia równowagi w relacjach handlowych między krajami UE a Chinami. Zwrócił też uwagę, że „niezbędne jest zrównoważenie przepływów bezpośrednich inwestycji zagranicznych”. Bo „Chiny od dawna korzystają z europejskich bezpośrednich inwestycji, w tym w dziedzinie technologii, a kraje UE zainwestowały już w Chinach blisko 240 miliardów euro, podczas gdy Chiny zainwestowały w UE mniej niż 65 mld euro […].
Podczas mojej ostatniej podróży do Chin jasno dałem do zrozumienia, że albo przywrócimy równowagę w stosunkach gospodarczych z Chinami na drodze współpracy – angażując Chiny, USA i UE w autentyczne partnerstwo – albo Europa nie będzie miała innego wyjścia, jak tylko przyjąć środki bardziej protekcjonistyczne”. Ta francuska groźba wzmocnienia protekcjonizmu UE w handlu z Chinami, a może też z USA, była w roku 2025 chyba najbardziej stanowczą wśród podobnych wypowiedzi innych ważnych przedstawicieli i polityków UE. Tym bardziej że w tym samym tekście na łamach londyńskiego dziennika prezydent Macron podkreślał konieczność „obrony suwerenności regulacyjnej Unii Europejskiej, także wobec Stanów Zjednoczonych”.
Grudniowa wizyta prezydenta Macrona w Chinach, podobnie jak o dwa tygodnie wcześniejsza wizyta w Pekinie wicekanclerza rządu RFN i ministra finansów Larsa Klingbeila, nie przyniosła więc jakiegoś przełomu we wzajemnych relacjach. Obie te wizyty doprowadziły jednak w sumie do kilku niedużych, ale konkretnych i pozytywnych zmian – też w kwestii swobody handlu. W tym do znacznego obniżenia „antydumpingowych” chińskich ceł na importowaną z krajów UE wieprzowinę i jej produkty pochodne. Nowe stawki tych ceł wynoszą od 4,9 proc. do 19,8 proc. i weszły w życie już 17 grudnia. Mają obowiązywać przez pięć lat. Są one znacznie niższe od tych, które chińskie ministerstwo handlu „tymczasowo” wprowadziło we wrześniu br. Wynosiły one bowiem od 15,6 do aż 62,4 proc. – w zależności od produktu.
Chińskie władze, nakładając tak wysokie cła, „doszły bowiem do wniosku, że wieprzowina i produkty wieprzowe importowane z Unii Europejskiej są przedmiotem praktyk dumpingowych i krajowy przemysł [chiński] poniósł z tej przyczyny znaczną szkodę” – jak przekazało we wrześniu chińskie ministerstwo handlu. Jak to wówczas komentowano w niemieckiej prasie, był to chiński odwet za wprowadzone w październiku 2024 r. przez [neo-sowieckich] komisarzy UE wysokiego cła na chińskie samochody elektryczne. Cła sięgające aż 45 proc. A kraje UE są łącznie i od dawna największym w świecie eksporterem wieprzowiny – poza ich granice trafia ponad 13 proc. tej ich produkcji. Z kolei Chiny są od lat największym importerem wieprzowiny i produktów wieprzowych z UE. Według danych urzędowej Brukseli, wartość unijnego eksportu samej wieprzowiny do Chin wyniosła w roku 2024 sporo ponad 2 mld euro. Gut!
Wizyta wicekanclerza Klingbeila w Chinach (17–20 listopada) też nie przyniosła przełomu w żadnej z głównych kwestii spornych – nie tylko w dziedzinie handlu i gospodarki. Minister Klingbeil w czasie rozmów w Pekinie ponoć podkreślał, że najważniejszym zadaniem władz obu państw jest zapewnienie „uczciwych warunków konkurencji” i „stworzenie stabilnych ram” dla kilkunastu tysięcy niemieckich przedsiębiorstw działających w Chinach. Zwrócił też uwagę na wielki [dla Niemiec] problem chińskiej i europejskiej nadprodukcji w „strategicznych” branżach – stalowej, fotowoltaicznej czy w branży pojazdów elektrycznych. Stwierdził, że ta nadprodukcja „podważa rynkową równowagę i zagraża miejscom pracy w Europie”. Rozmowy w tej kwestii zakończyły się chińsko-niemiecką deklaracją współpracy w zakresie „ograniczania nadmiarowych mocy produkcyjnych” (wg dw.com).
Niemcy bardziej zależne niż Francja
Należy zauważyć, że rządowemu Berlinowi zależy na utrzymaniu i rozwoju współpracy z Chinami znacznie bardziej niż władzom w Paryżu – ze względu na już znacząco większą zależność gospodarki Niemiec od Chin niż analogiczną zależność gospodarki Francji. W listopadzie br. Chiny już wyprzedziły Stany Zjednoczone (m.in. wskutek nowych ceł i nowej polityki USA) i ponownie stały się największym handlowym partnerem Niemiec. Wartość handlu między Chinami i Niemcami wyniosła w okresie od stycznia do września br. aż prawie 186 mld euro. A niemieckie bezpośrednie inwestycje w Chinach, np. w pierwszej połowie 2024 r., stanowiły aż 57 proc. łącznych inwestycji wszystkich 27 krajów UE w Chinach. Super!
Rządzący Niemcami politycy CDU i SPD, a szczególnie socjaliści z SPD, starają się więc kontynuować politykę unikania konfrontacji i silnych spięć z władzami i koncernami Chin. A zarazem starają się rozwijać współpracę z innymi partnerami z Azji. Bo deficyt Niemiec w handlu z Chinami ciągle rośnie. W okresie od stycznia do końca września br. eksport chińskich towarów do Niemiec wzrósł bowiem aż o 8,9 proc., a niemiecki eksport do Chin zmniejszył się aż o 11,9 proc. Niemiecki eksport do Chin spadł od roku 2019 w sumie aż o 25 procent (!), a główni niemieccy producenci samochodów, jak Volkswagen, BMW i Mercedes, odnotowali w ostatnich latach gwałtowny spadek swoich udziałów w chińskim rynku, ponieważ Chiny m.in. znacznie zwiększyły produkcję własnych pojazdów elektrycznych. Schlimm! Od kilkunastu miesięcy rząd RFN ostrzega więc niemieckie firmy o „ryzyku nadmiernego inwestowania” w Chinach – z powodów politycznych. Rządowi Niemiec i paru innych krajów UE chodzi też o zmniejszanie importowej zależności od Chin w zakresie komponentów, towarów i surowców – m.in. z powodu ryzyka, że firmy niemieckie czy np. holenderskie będą musiały mierzyć się z surowymi sankcjami czy ograniczeniami ze strony władz chińskich.
Kryzys najostrzejszy od 1949 r.
Sprawa poprawy handlu i współpracy Niemiec, Francji i innych krajów UE z Chinami stała się jeszcze bardziej pilna i priorytetowa po 18 grudnia. Tego dnia szefowie 24 rządów państw UE, tj. wszystkich z wyjątkiem rządów Czech, Węgier i Słowacji, podjęli bowiem dość samobójczą (pod względem finansowym) decyzję o udzieleniu kijowskiej Ukrainie, od dawna zbankrutowanej i rozkradzionej, kolejnej ogromnej i nieoprocentowanej „pożyczki” – tym razem w wysokości aż 90 miliardów euro (!). I to tylko na kolejne dwa lata – nie licząc innej pomocy UE i rządów. Ta pożyczka ma zostać sfinansowana z nowego „wspólnego długu” państw UE, tj. z kolejnego wielkiego długu UE, który kiedyś będą musieli spłacać przez wiele lat europejscy podatnicy, w tym polscy, niemieccy itd. Wunderbar!
Tymczasem przewodniczący Związku Niemieckiego Przemysłu Peter Leibinger ponownie ostrzegł rządzących przed katastrofą niemieckiej gospodarki, bo jej sytuacja „jest już po prostu tragiczna”, a obecny kryzys gospodarczy jest „najostrzejszy od czasu założenia Republiki Federalnej”, tj. od roku 1949. W rozmowie z dziennikiem „Süddeutsche Zeitung” Leibinger wskazał na utrzymującą się w przemyśle recesję, na zmniejszający się od czterech lat wolumen produkcji i coraz mniejszą produktywność niemieckich przedsiębiorstw. W jego ocenie obecne władze RFN nie mają zupełnie pomysłu, co z tym zrobić. Leibinger podkreślił, że choć kanclerz Merz „dobrze rozpoczął swoje rządy”, to jednak „po kilku miesiącach stracił dynamikę”. A obecnie rządząca koalicja CDU–CSU i SPD jakby nie wiedziała, w którą stronę powinna iść. Brakuje deregulacji, podatkowych ulg i innych działań. Zasadniczym problemem Niemiec jest też rosnąca od lat presja konkurencji Chin i ich nadal tanich produktów. Niemcom jest już bardzo trudno rywalizować z Chinami i ich firmami, gdyż – jak powiedział przewodniczący Związku Niemieckiego Przemysłu – utrudniają im to bardzo wysokie w Niemczech koszty pracy i energii, wielka biurokracja i cały system niemieckiego państwa socjalnego. Richtig!