W Polsce istnieje zaskakujący paradoks: reklama piwa jest dozwolona, podczas gdy promocja innych alkoholi, takich jak wino czy wódka, podlega surowym ograniczeniom. Ta dyskryminacja wydaje się sprzeczna z zasadami uczciwej konkurencji, a także z logiką, gdyż piwo, bez wątpienia, jest alkoholem.
Podstawą tego podziału są przepisy ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. W teorii mają one na celu ograniczenie sięgania po mocne trunki i minimalizowanie negatywnych skutków spożycia alkoholu. W praktyce jednak stworzono sztuczny przywilej dla producentów piwa, które można reklamować w telewizji, radiu czy Internecie w godzinach wieczornych. Dlaczego wino, symbol umiarkowania, a wręcz wyrafinowania, jest traktowane jak potencjalne zagrożenie, podczas gdy piwo – często spożywane w dużych ilościach – może być promowane bez większych przeszkód? Czyż nie jest to dowód na wybiorcze traktowanie różnych segmentów rynku alkoholowego?
Zwolennicy obecnego stanu rzeczy często argumentują, że piwo zawiera mniej alkoholu niż wódka czy wino, co czyni je mniej szkodliwym. Jednak takie uproszczenie pomija fakt, że całkowita ilość spożytego alkoholu ma znaczące znaczenie dla zdrowia. Statystyczny Polak wypija rocznie więcej piwa niż wina czy wódki, co oznacza, że tzw. mniej szkodliwe piwo może przyczyniać się do poważnych problemów zdrowotnych. Mówią o tym m.in. najnowsze wyniki badań pracowni IBRiS, z których wynika, że to właśnie piwo jest najczęściej wybieranym napojem alkoholowym, spożywanym zarówno okazjonalnie, jak i rutynowo, co w dużej mierze wynika z jego dostępności oraz intensywnej promocji.
Alkoholowa nierówność
Piwo to jedyny alkohol, który nie wymaga banderoli (znaku akcyzy), może znajdować się na półkach obok produktów spożywczych i jest postrzegany jako mniej szkodliwy dla zdrowia. Taki wizerunek budują reklamy, które w dużej mierze przyczyniają się do rutynowego spożywania piwa – Polacy piją je nie tylko dla smaku, ale także bez szczególnej okazji. Jeśli rządzący chcieliby spojrzeć na sprawę z wolnorynkowego punktu widzenia, to trudno byłoby im zaprzeczyć, że obecne przepisy są po prostu nietrafione. Prawo powinno zapewniać równe szanse dla każdego producenta na rynku. To proste: albo pozwólmy na reklamowanie wszystkich rodzajów alkoholu, albo zabrońmy tego całkowicie.
Promocja wyłącznie piwa wprowadza nierówne warunki konkurencji, dając producentom tego trunku ogromną przewagę nad innymi branżami alkoholowymi. Firmy produkujące wina, cydry czy mocniejsze alkohole zostają w tyle, nie mogąc skutecznie docierać do potencjalnych konsumentów. Tymczasem rynek powinien rządzić się jasnymi i przejrzystymi zasadami, gdzie wszyscy gracze mają równe szanse. Co więcej, taka polityka świadomie lub nie wskazuje piwo jako preferowany wybór, i to bez względu na jego rzeczywisty wpływ na zdrowie i zachowanie konsumentów. W czyim interesie leży tego typu ustawodawstwo? Jak się okazuje, w naszym kraju niepodzielnie rządzą trzy zagraniczne koncerny…
Piwna dominacja w Polsce
Kompanię Piwowarską, która produkuje takie marki jak Tyskie, Lech czy Żubr, od 2017 roku posiada japoński koncern Asahi Breweries. Grupa Żywiec, odpowiadająca za marki Żywiec, Warka i Królewskie, w większości należy do holenderskiego Heineken Group. Natomiast Carlsberg Polska (Okocim, Kasztelan, Harnaś) jest częścią duńskiego Carlsberg Group. To właśnie te trzy firmy w 2022 roku odpowiadały za ok. 80% sprzedaży piwa w Polsce. Oprócz nich na rynku działają mniejsze browary regionalne i rzemieślnicze (pozostałe 20%), jednak mimo rosnącej popularności piw rzemieślniczych ich udział w całkowitej sprzedaży piwa w kraju pozostaje niewielki, co może wynikać z wyższych kosztów produkcji i ceny.
Jak widać, obecna polityka reklamowa w Polsce to nie tylko absurd prawny, ale także rażące naruszenie zasad wolnego rynku. Piwo jest alkoholem, tak jak wino czy wódka, więc powinno być traktowane na równi z innymi trunkami. Państwo powinno dążyć do sprawiedliwych i spójnych regulacji, które nie faworyzują jednej grupy kosztem innych, a zwłaszcza gdy na lepszej pozycji plasują się zagraniczne koncerny, które w dodatku trzęsą zdecydowaną większością rynku (80%). Jednak czy rządzący to pojmą? Biorąc pod uwagę brak przemyślanej, długofalowej polityki i nerwowe reagowanie pod publiczkę (patrz: absurdalna afera z alkotubkami), można mieć powody do obaw.