Strona głównaMagazynSyndrom Morozowa

Syndrom Morozowa

-

- Reklama -

Budżet na „telefon zaufania” dla dzieci ma się w tym roku zwiększyć o 10 milionów złotych. Te pieniądze, zabrane podatnikom, posłużą w rzeczywistości do realizacji skrajnie lewackich pomysłów wymierzonych w rodzinę.

W koszmarnych czasach stalinowskich sowiecka propaganda wykreowała bohatera socjalistycznej młodzieży. Okazał się nim 14-letni Pawlik Morozow. Jego uczynek, który sowieccy spece od otumaniania mas przedstawiali jako wzór godny naśladowania, polegał na złożeniu donosu na własnego ojca. Morozow senior zaangażował się bowiem w nielegalne przechowywanie zboża, czyli w działalność „kułacką”.

Dzięki „czujności” rewolucyjnej, a potem donosowi Pawlika, o całej sprawie dowiedziały się organy stojące na straży bezpieczeństwa ZSRR. Konkretnie owiane złą sławą NKWD. Obywatela Morozowa aresztowano i rozstrzelano, a Pawlika zaczęto przedstawiać w prasie jako bohatera, który przedłożył interes komunistycznej ojczyzny ponad więzy rodzinne. I choć komunizm upadł i ZSRR upadł, wzór Pawlika Morozowa jako donosiciela idealnego pozostał nieśmiertelny.

Telefon „zaufania”

Obrzydliwe zachowanie Pawlika Morozowa stało się inspiracją dla biurokratów odpowiedzialnych za politykę prorodzinną, która w praktyce służy celom przeciwnym niż deklarowane. Teoretycznie bowiem setki polskich urzędników zajmujących się dobrem rodziny reagują na patologie, które się w niej dzieją. W 2018 roku, w czasach rządów PiS, stworzono w tym celu „dziecięcy telefon zaufania” złożony z kombinacji cyfr łatwych do zapamiętania. Ten numer podawany jest w szkołach uczniom od najmłodszych klas jako miejsce, w które można zadzwonić, aby uzyskać pomoc.

Teoretycznie chodzi o to, aby dziecko mogło poskarżyć się urzędnikom, jeśli w rodzinie patologicznej doświadcza przemocy lub innych upokorzeń. Telefon ma być dla niego „ostatnią deską ratunku”. Zawiadomieni o nieszczęściu urzędnicy wszczynają bowiem procedury, aby pomóc takiemu dziecku. Oczywiście nie zawiadamiając o tym jego rodziców. I tu zaczyna się sedno problemu.

Teoretycznie bowiem urzędnicy pracujący na infolinii mają pomagać dzieciom – ofiarom „przemocy”. Może się więc wydawać, że chodzi o patologiczne historie, kiedy dziecko jest ofiarą znęcania się lub pochodzi z biednej rodziny, w której króluje alkohol i głód. Rzecz w tym, że polskie prawo, bazując na przymusie unijnym, znacznie szerzej definiuje „przemoc”. Przemocą jest nie tylko sadystyczne znęcanie się nad dzieckiem. Prawo wprowadziło też sformułowanie „przemoc ekonomiczna”, pod którą rozumie się niespełnianie żądań dziecka co do zakupów określonych przedmiotów. Taka sytuacja generuje konieczność przeprowadzenia interwencji.

Dzieci państwowe

Jak działa w praktyce dziecięcy telefon zaufania? Konsultant prowadzi rozmowę z dzwoniącym dzieckiem i wysłuchuje jego problemu. Potem rozpoczyna procedurę interwencyjną. Przekazuje informację do lokalnego (właściwego miejscowo dla adresu dziecka) urzędu zajmującego się rodziną. Taki urzędnik (np. zatrudniony w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej) szybko przychodzi do domu dziecka z interwencją. Jej celem ma być weryfikacja posiadanych informacji. Niestety prawo jest tak skonstruowane, że dalszy przebieg interwencji zależy od widzimisię urzędnika. Może on taką rodzinę objąć nadzorem (czyli nieproszony przychodzić raz na jakiś czas i kontrolować sytuację), może nałożyć grzywnę na rodziców, może też wystąpić do sądu z wnioskiem o odebranie dziecka i umieszczeniu go w tzw. „pieczy zastępczej” (tak językiem prawnym nazywa się dom dziecka), a w „szczególnym” przypadku (prawo nie definiuje tej „szczególności”) może podjąć decyzję o natychmiastowym odebraniu dziecka. Wówczas może wziąć je i umieścić w pogotowiu opiekuńczym, a jeśli rodzice się buntują, może poprosić o interwencję policji (policjanci mają obowiązek udzielić pomocy takiemu rodzinnemu biurokracie). W tym ostatnim przypadku dziecko trafia do domu dziecka i może szczęśliwie wrócić do rodziców (po wielomiesięcznej sądowej przepychance) albo trafić do innej rodziny. Jedno i drugie może oznaczać dla dziecka gehennę i psychiczną krzywdę niemożliwą do wyleczenia.

Pole do nadużyć

Taki stan rzeczy stwarza niewyobrażalne pole do nadużyć. Po pierwsze dziecko nieświadome zagrożenia płynącego z działalności antyrodzinnej biurokracji może zadzwonić i poskarżyć się na rodziców, aby zrobić im na złość. Na przykład w sytuacji, gdy dostanie klapsa. Albo w sytuacji, gdy rodzic odmówi dziecku zakupu oczekiwanego przez niego sprzętu (np. drogiego laptopa lub telefonu komórkowego). Rzecz w tym, że bunt i nieposłuszeństwo dziecka (normalna sprawa) szybko się skończy, ale procedura biurokratyczna zostanie. Gdy dziecko przeprosi już kochających rodziców za swoje kaprysy, nie zatrzyma niestety rozpędzającej się machiny biurokratycznej.

Drugi obszar nadużyć to możliwość wykorzystania nieszczęsnego „telefonu zaufania” do załatwiania spraw niezwiązanych z opieką nad dziećmi. Znany jest mi przykład z gminy w zachodniej części województwa mazowieckiego, gdy dwóch sąsiadów nie mogło przez lata dogadać się co do podziału ziemi leżącej między ich działkami. Wówczas jeden z mężczyzn zaczął wykonywać telefony do urzędników i opowiadać wyssane z palca historie o tym, że jego oponent nadużywa alkoholu, bije dzieci i nie kupuje im tego, co potrzebują. Wówczas do Bogu ducha winnego człowieka przyszła kontrola „asystentów rodzinnych”, która szukała powodu, aby odebrać mu dziecko (mój znajomy wykaraskał się z tych problemów dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, przytomności umysłu i pomocy prawnika). Sprawca całego zamieszania żądał zaś za odstąpienie od donosów podpisania ugody na korzystnych dla siebie warunkach. W ten sposób urzędnicy kochający dzieci stali się narzędziem szantażu. Ten przykład pokazuje, do czego może prowadzić umiejętna manipulacja biurokratami. Ten sam szantaż mogą stosować służby specjalne (wystarczy bowiem niepokornego obywatela postraszyć odebraniem dziecka przez urzędnika pracującego niejawnie dla bezpieki).

Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. To statystyka, czyli królowa polskiej biurokracji. Od urzędników w każdym obszarze działania ich przełożeni wymagają efektów działań, które można byłoby opisać w statystykach. Od biurokratów pracujących w dziecięcym telefonie zaufania szefostwo wymaga konkretów, czyli np. ilości interwencji przekładających się na odbieranie rodzicom dzieci. Taki trend wywołuje ciśnienie wśród urzędasów. Nieważne, czy dziecko odebrano słusznie, czy nie, ważne, by wszystko dobrze opisać w statystykach.

W tęczowym świecie

Cała ta instytucja jest też okazją do tego, aby wyprowadzić z budżetu konkretne pieniądze. W zakończonym właśnie roku byliśmy świadkami agresywnej kampanii promującej dziecięcy telefon zaufania. W najczęściej odwiedzanych miejscach miasta rozwieszono ogromne plakaty informujące o telefonie i zachęcające dzieci do kontaktu pod hasłem „nam możesz zaufać”. Taka kampania to okazja, aby wydać na promocję telefonu zaufania państwowe pieniądze. Ale nie tylko to. Gdy wchodzimy na stronę internetową telefonu zaufania, znajdujemy tam logo lewicowych organizacji m.in. stowarzyszenia Ponton czy Kampanii Przeciw Homofobii. Obie te organizacje chwalą się prowadzeniem aktywnych „działań edukacyjnych” mających na celu uświadamianie dzieci i ich ochronę przed dyskryminacją. W praktyce sprowadza się to do homopropagandy przejawiającej się np. w „tęczowych piątkach” czyli zajęciach z gender prowadzonych w podstawówkach. Co robią loga tych organizacji na stronie dziecięcego telefonu zaufania? Można sobie wyobrazić, że te organizacje ustawiły się w kolejce po pieniądze, które państwo zamierza wydać na telefon zaufania. A przypomnijmy, że rząd Platformy Obywatelskiej zdecydował już, że w 2024 roku budżet infolinii wzrośnie o 10 milionów złotych.

Walka z rodziną

Cały ten telefon zaufania dla dzieci jest niczym innym tylko kolejnym narzędziem agresywnej, antyrodzinnej polityki. W 2014 roku rząd PO-PSL wprowadził w życie kodeks rodzinny i opiekuńczy. Pozwalał od sądom odbierać dzieci rodzicom i kierować do adopcji lub umieszczać w domu dziecka. W czerwcu 2023 te przepisy rozszerzono – urzędnik rodzinny może odebrać dziecko „od ręki”, bez zgody sądu. Atmosferę społecznej akceptacji dla tego procederu budują medialne przekazy o zbrodniach na dzieciach, pokazujące rodzinę jako twór patologiczny. Lewica jest więc w ciągłej ofensywie.

Najnowsze