Ustępujący premier Izraela Benjamin Netanjahu oświadczył, że „istnieją poważne podejrzenia” zagranicznej ingerencji w wybory parlamentarne w Izraelu 27 października.
– Istnieją poważne podejrzenia, że obce państwa uczestniczyły, angażując olbrzymie sumy pieniędzy, w próbach wpłynięcia na wyniki wyborów w Izraelu – powiedział Netanjahu.
– Musimy dotrzeć do całej prawdy, niezwłocznie i bez zatajeń. Uczciwość wyborów jest kamieniem węgielnym demokracji. Musimy jej bronić i musimy bronić swego kraju – dodał.
Partia Likud, której przewodzi Netanjahu, zarzuca partiom arabskim fałszerstwa wyborcze. Przewodniczący Centralnej Komisji Wyborczej, sędzia Noam Solberg podkreślił jednak w niedzielę, że wybory przeprowadzono prawidłowo, a ich wyniki odzwierciedlają wolę wyborców. Podkreślił też, że trwające śledztwo w sprawie podejrzeń o zagraniczną ingerencję nie podważa wyniku głosowania.
Netanjahu zaapelował też, by utworzyć pod jego przywództwem „szeroki rząd narodowy”, otwarty dla wszystkich partii syjonistycznych.
Według niego rząd zależny od partii arabskich nie będzie w stanie walczyć z radykalnym islamem i podzieli społeczeństwo izraelskie. – Taki rząd nie tylko nie będzie w stanie walczyć z naszymi wrogami, ale też po prostu rozerwie nas od wewnątrz. To kwestia naszego przetrwania – powiedział, przemawiając na tle flagi Izraela.
Prezydent Izraela Icchak Hercog otrzymał w środę oficjalne wyniki wyborów. Żaden z dwóch głównych bloków nie uzyskał większości 61 mandatów w 120-osobowym Knesecie. Blok Netanjahu zdobył 53 mandaty, a ugrupowania opozycyjne skupione wokół byłego szefa sztabu armii Gadiego Ajzenkota – 48. Pozostałe 19 przypadło partiom arabskim, z którymi żaden z głównych bloków nie chce tworzyć koalicji. Oznacza to trudne negocjacje i ryzyko kolejnych wyborów.


