W cieniu efektów wrześniowych wyborów do parlamentów trzech landów wschodnich – w tym alarmującej kampanii lewicowych mediów i polityków o rzekomych „zagrożeniach dla demokracji” w związku z wyborczymi sukcesami Alternatywy dla Niemiec i ciężkimi porażkami CDU – trwa stagnacja i recesja niemieckiej gospodarki.
Inflacja w Niemczech wyniosła we wrześniu 3,3 proc. (najwięcej od prawie trzech lat) i zanosi się na to, że w październiku osiągnie 3,5 proc. lub więcej. Hurtowe ceny energii wzrosły w ciągu roku aż o 14,9–15 proc., a ceny paliw jeszcze bardziej. Od początku 2020 r. do połowy 2025 r. ceny żywności w Niemczech wzrosły łącznie i średnio o 36,3 proc., a od tamtej pory podniosły się o kolejnych 7–8 proc. Każdego tygodnia upada setki firm, w tym zawsze co najmniej kilka dużych i średnich przedsiębiorstw przemysłowych zatrudniających ponad 500 pracowników. Na przykład w całym lipcu br. ogłoszono aż 2 373 upadłości przedsiębiorstw, a w sierpniu niewiele mniej. Nadal trwają masowe zwolnienia dziesiątek tysięcy osób w przemyśle motoryzacyjnym, hutniczo-stalowym, chemicznym i innych. Tymczasem niemieckie media, w większości „postępowe”, a także niemal cała soc-demokratyczno-pasożytnicza klasa urzędniczo-polityczna (podobnie jak w Polsce) pasjonują się nadal głównie różnymi wyborami, nominacjami na stanowiska czy sondażami – zamiast stwarzaniem lepszych warunków prawnych, podatkowych i energetycznych dla prowadzenia pomyślnej działalności gospodarczej oraz wzrostu dobrobytu.
Kolejny sukces AfD
6 października opozycyjna Alternatywa dla Niemiec (AfD) odniosła kolejny sukces. Przewodniczącym parlamentu Saksonii-Anhalt – gdzie po wyborach z 6 września AfD uzyskała aż 39 mandatów poselskich (spośród wszystkich 83) – został bowiem jeden z lokalnych działaczy i posłów tej partii, 35-letni Tobias Rausch. W tajnym głosowaniu otrzymał on 48 głosów. Poza 39 posłami AfD zagłosowało na niego 5 posłów z radykalno-lewicowego Związku Sahry Wagenknecht (BSW), silnie opozycyjnego wobec rządzącego establishmentu RFN i opowiadającego się, podobnie jak AfD, między innymi za zniesieniem sankcji UE i Niemiec nałożonych na Rosję oraz za ponownym importem taniego rosyjskiego gazu ziemnego i ropy naftowej, a także za zaprzestaniem przekazywania przez Niemcy kijowskiej Ukrainie ogromnej pomocy finansowej i wojskowej. Najprawdopodobniej za kandydatem AfD opowiedziało się także, korzystając z tajności głosowania, kilku posłów CDU, choć nie zostało to oficjalnie potwierdzone. Wywołało to jednak burzę w centrali CDU w Berlinie i w największych mediach.
Tego dnia media głównego cieku, takie jak np. lewicowy „Der Spiegel” czy „publiczna” telewizja ZDF, razem z politykami SPD, CDU i euro-komunistycznych Zielonych, wyraźnie wpadły w jakąś wielką złość i przez kilka dni okazywały tę swoją „demokratyczną” wściekłość. Nie chciały bowiem pogodzić się z demokratycznym wyborem nowego przewodniczącego landtagu w Magdeburgu. W efekcie tej propagandy 7 października w centrum Berlina SPD zorganizowała nawet „marsz protestu” przeciwko „prawicowemu ekstremizmowi” (AfD) i „nazizmowi” – jakby do władzy w Niemczech znów dochodziła partia Adolfa Hitlera. Niektórzy lewicowi komentatorzy i agitatorzy twierdzili, że ten kolejny sukces AfD to rzekomy „czarny dzień w Magdeburgu” i „sygnał alarmowy dla niemieckiej demokracji” (według spiegel.de). „Czarny” również dlatego, że poprzednim skrajnie prawicowym szefem parlamentu w Niemczech (przewodniczącym Reichstagu w Berlinie od sierpnia 1932 r. do maja 1945 r.) był Hermann Göring. No proszę, ten czołowy narodowy socjalista i zastępca Hitlera w lewicowej prasie stał się teraz „skrajnie prawicowym”. Sehr dumm und sozialistisch!
AfD nie jest w stanie rządzić w Magdeburgu i okolicy samodzielnie, ponieważ brakuje jej do tego trzech posłów. Oficjalnie nikt nie chce współtworzyć z nią rządu – ani CDU, ani pozostałe ugrupowania. Jest jednak możliwe, że oficjalny kandydat zwycięskiej w wyborach AfD, 35-letni Ulrich Siegmund, zostanie premierem dzięki głosom pięciu posłów BSW i być może także kilku deputowanych z CDU. Jest to realne, tym bardziej że w pierwszych dwóch turach wyboru premiera potrzeba bezwzględnej większości całego landtagu, czyli co najmniej 42 głosów poselskich. Jeśli jej nie będzie, a parlamentarzyści nie zdecydują się na przedterminowe wybory za parę miesięcy, to w kolejnej turze wystarczy zwykła większość oddanych głosów. Gut! Wybór premiera rządu Saksonii-Anhalt przez nowo wybrany landtag jest jednak planowany dopiero na grudzień.
AfD, CDU i sondaże
Październikowe sondaże dotyczące popularności poszczególnych partii już wyraźnie wskazują na fundamentalną zmianę preferencji wyborczych obywateli RFN w okresie ostatnich kilkunastu miesięcy. Na przykład w badaniu przeprowadzonym przez ośrodek INSA w dniach 5–6 października, AfD otrzymała w całych Niemczech już 30,5 proc. głosów ankietowych, a CDU/CSU zaledwie 17,5 proc. Z kolei w kolejnym sondażu, opublikowanym przez INSA 11 października, było to 30 proc. dla AfD i 19 proc. dla CDU. Oznacza to, że w elektoracie konserwatywnym postępuje proces zastępowania coraz bardziej „demokratycznych” (czyli lewicujących) postchadeków przez AfD – z pewnym wyjątkiem Bawarii, gdzie CSU wygrywa wybory i rządzi nieprzerwanie od 1958 r. w sondażach siedmiu innych pracowni badawczych AfD osiągała pod koniec września i w październiku 28–30 proc. (jedynie instytut Forsa podał 26 proc.), a CDU/CSU 18–21 proc. (tylko instytut Allensbach wskazał 23 proc.). SPD otrzymywała w tych badaniach 13–14 proc. poparcia, Zieloni 14–17 proc., a Lewica 10–12 proc.. Gdyby wybory do Bundestagu zakończyły się takimi wynikami, partia CDU/CSU musiałaby budować koalicję rządową nie tylko z samą SPD (jak w marcu i kwietniu 2025 r.), ale też z Zielonymi. To nieuchronnie prowadziłoby do prowadzenia jeszcze bardziej lewicowej polityki federalnej, w tym tak fatalnej dla Niemiec polityki azylowej, proimigracyjnej oraz energetyczno-klimatycznej. Schlimm!
Dla niektórych chadeków jeszcze bardziej deprymujące są zapewne coraz gorsze społeczne i prasowe oceny polityki kanclerza Friedricha Merza. Na przykład w badaniu ośrodka Ipsos, przeprowadzonym na zlecenie tygodnika „Der Spiegel”, aż 48 proc. respondentów w pełni zgodziło się ze stwierdzeniem, że „kanclerstwo Merza to porażka”. Kolejne 19 proc. odpowiedziało, że raczej też się z tym zgadza. Oznacza to, że rządy szefa CDU ocenia negatywnie łącznie aż 67 proc. ankietowanych (badanie to prowadzono online od 30 września do 4 października na próbie 2002 osób). Jeszcze bardziej niepokojąco dla rządu i CDU wyglądają odpowiedzi dotyczące przyszłości koalicji CDU/CSU i SPD. Okazało się, że aż 55 proc. ankietowanych nie sądzi, by przetrwała ona do terminowych wyborów do Bundestagu w marcu 2029 r. Tylko 23 proc. uznało, że koalicja dotrwa do końca kadencji parlamentu RFN. Badanie to przeprowadzono 6 października wśród 3525 obywateli (według dw.com).
Społeczne nastroje a reformy
Tymczasem społeczne nastroje w Niemczech, coraz bardziej roszczeniowe i „prosocjalne” – szczególnie na obszarze byłej NRD i w landach północno-zachodnich, jak choćby w Dolnej Saksonii – nie rokują dobrze perspektywie naprawy warunków działalności gospodarczej i poprawie stanu gospodarki. Na przykład większość badanych Niemców sprzeciwia się zmianom prawnym i reformom planowanym lub już uchwalonym przez rząd i parlament RFN. Są to reformy w większości rozsądne i zmierzające w dobrym kierunku, choć oczywiście niewystarczające dla sanacji gospodarki czy budżetu federalnego. Tak wynika między innymi z sondażu „Barometr Polityczny” stacji ZDF, opublikowanego 8 października. Okazało się, że tylko 30 proc. pytanych uznało, że reformy te zmierzają „raczej we właściwym kierunku”. Natomiast aż 59 proc. oceniło, że zmierzają one „raczej w złym kierunku” (pozostałe 11 proc. było niezdecydowanych). Wśród elektoratów różnych partii tylko zwolennicy CDU i bawarskiej CSU w większości wyrazili pozytywną opinię na ten temat.
Ponadto okazało się, że aż 80 proc. respondentów uznało za słuszne stwierdzenie, że „obciążenia związane z reformami” są rozłożone „niesprawiedliwie lub raczej niesprawiedliwie”. Chodzi tu między innymi o kontrowersyjne podwyżki przymusowych składek na ubezpieczenie pielęgnacyjne. Ze względu na stale rosnące koszty opieki nad osobami starszymi i przewlekle chorymi oraz związane z tym coraz większe problemy finansowe gmin i landów, rząd RFN zaplanował bowiem podwyższenie składek (czyli opodatkowania) dla osób bezdzietnych i najlepiej zarabiających. Badanie wykazało, że o ile 77 proc. pytanych uważa za słuszne, aby osoby o wysokich dochodach płaciły wyższe „składki” na ubezpieczenie pielęgnacyjne, o tyle w przypadku wyższych składek dla bezdzietnych uważa tak jedynie 45 proc. Natomiast aż 50 proc. respondentów było zdania, że wyższe obciążenia dla osób bezdzietnych nie są słuszne.
Gwałtownie rosnące koszty ubezpieczeń oraz placówek medycznych, opiekuńczych i emerytalnych, a także stale rosnące koszty wszelkich zasiłków, ulg i dotacji, które kanclerz Merz i niektórzy jego ministrowie próbują opanować już od jesieni ubiegłego roku, wywołują coraz liczniejsze spory – zarówno w koalicji, jak i w samych partiach SPD oraz CDU. Jednak w sprawie „reformy służby zdrowia” koalicja już zdołała osiągnąć porozumienie. Mają podrożeć m.in. leki oraz protezy dentystyczne, a tak zwane rodzinne ubezpieczenia zdrowotne zostaną ograniczone. Podobnie jest z wciąż sporną reformą systemu emerytalnego, który ma zostać „uzupełniony silniejszym filarem prywatnych oszczędności”. Są to działania, które na pewno nie przysporzą rządowi dodatkowej sympatii – szczególnie wśród Niemców dużo i ciężko pracujących oraz wśród emerytów i rencistów. Kanclerz Merz otwarcie przyznał, że wyżej wymienione i inne zmiany będą wiązać się dla wielu ludzi z dodatkowymi obciążeniami oraz niepewnością. Mimo to podobno „pozostaje optymistą”. (wg welt.de). Wunderbar!
Ciekawe, jak na nastroje społeczne wpłynie mocno sporna reforma służby zdrowia, która ma wejść w życie w styczniu. Ten kontrowersyjny program oszczędności ma zapobiec dalszemu powiększaniu deficytu finansowego publicznych kas chorych. Przewiduje on między innymi ograniczenia wydatków tych kas w gabinetach lekarskich, klinikach i aptekach, ograniczenia w zakresie bezskładkowego ubezpieczania współmałżonków oraz wzrost dopłat pacjentów do leków. Z kolei w szpitalach ma zostać ograniczony dalszy wzrost wynagrodzeń personelu medycznego. Super! Te oszczędności mają odciążyć kasy chorych o wiele miliardów euro i zapobiec kolejnym podwyżkom składek. Federalne Ministerstwo Zdrowia przewiduje bowiem, że bez tej „reformy” w samym przyszłym roku deficyt w kasach wyniósłby nawet 19 miliardów euro. (!). Donnerwetter!


