Afera wokół systemu szpiegowskiego Pegasus pokazała, że dane z inwigilacji Polaków trafiały do izraelskich służb specjalnych. Potwierdził to sam… Donald Tusk.
CBA nie miało pełnej kontroli nad Pegasusem, a dane przesyłane przez system opuszczały Polskę i trafiały do Izraela – wynika z opinii biegłych ABW przedstawionych przez Prokuraturę Krajową. Sprawa doprowadziła do wybuchu konfliktu politycznego. „Uśmiechnięta” koalicja wykorzystała to, jak zwykle, do ataku na rząd poprzedników. W tle poważnej sprawy wybuchła żenująca polityczna kłótnia.
O co chodzi?
Jak poinformowała Prokuratura Krajowa, biegli z Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wydali opinie dotyczące funkcjonalności i bezpieczeństwa systemu Pegasus. System ten, zakupiony za rządów PiS, to broń totalna, jeśli chodzi o inwigilację. Zainfekowanie telefonu zwykle nie wymagało żadnej aktywności ze strony użytkownika, a jedynie w niektórych przypadkach – kliknięcia w link.
ABW poczyniła trzy kluczowe ustalenia. Po pierwsze: CBA nie miało pełnej kontroli nad systemem. Wszystko dlatego, że producent oprogramowania – firma z Izraela – mógł uzyskać dostęp do infrastruktury, na której przetwarzano i przechowywano materiały z kontroli operacyjnych, a dane przesyłane przez system opuszczały terytorium Polski. Po drugie: system Pegasus pozwalał pozyskiwać szeroki zakres danych z urządzeń mobilnych bez wiedzy i zgody ich użytkowników. Dotyczyło to treści wiadomości SMS, MMS, e-maili i wiadomości z komunikatorów internetowych, historii połączeń i treści rozmów telefonicznych, list kontaktów, wpisów w kalendarzu, historii odwiedzanych stron, zdjęć, nagrań wideo i innych plików, a także danych lokalizacyjnych GPS. Po trzecie: system stwarzał możliwość wglądu również w wiadomości wysłane i otrzymane przed rozpoczęciem kontroli operacyjnej, jeżeli były zapisane na urządzeniu. Co więcej, Pegasus pozwalał wykorzystywać mikrofon i kamery wbudowane w urządzenie do rejestrowania dźwięku i obrazu w czasie rzeczywistym oraz wykonywania zrzutów ekranu. Należy przy tym podkreślić, że wykorzystanie mikrofonu mogło służyć do rejestrowania rozmów osób przebywających w pobliżu użytkownika „zainfekowanego” telefonu. Inaczej mówiąc, można było śledzić każdego i w każdej chwili.
W zakresie bezpieczeństwa stosowania systemu biegli ustalili, że CBA nie posiadało haseł dostępowych do części kont z uprawnieniami administracyjnymi, służących do obsługi systemu. Co więcej, niektóre elementy systemu pozostawały przez cały czas pod pełną kontrolą producenta oprogramowania, czyli izraelskiej firmy. Moduł serwera odpowiedzialnego za infekowanie urządzeń mobilnych pozostawał wręcz pod wyłączną kontrolą producenta. Z kolei dane przesyłane przez Pegasusa opuszczały terytorium Polski za pośrednictwem tzw. sieci anonimizującej, obejmującej serwery znajdujące się w różnych częściach świata. Siecią zarządzał producent systemu, a ona sama pozostawała poza kontrolą CBA.
Biegli z ABW stwierdzili również, że podczas prac serwisowych i aktualizacji prowadzone kontrole operacyjne nie były wstrzymywane, a producent uzyskiwał pełny dostęp do systemu, w tym możliwość dokonywania zmian w jego oprogramowaniu i konfiguracji. „Opinie biegłych nie przesądzają, czy producent faktycznie uzyskał dostęp do materiałów pochodzących z konkretnych kontroli operacyjnych” – napisał w specjalnym komunikacie rzecznik Prokuratury Krajowej, prokurator Przemysław Nowak.
Komunikat prokuratury zaowocował specjalną konferencją prasową Donalda Tuska. Jak można się było spodziewać, szef rządu wykorzystał sytuację, aby obciążyć politycznych przeciwników. „Totalne narzędzie cybernetycznej inwigilacji, wyprodukowane przez izraelską firmę” – powiedział Tusk i przypomniał, że jako Polska zapłaciliśmy za to ponad 60 milionów złotych, „z tego 25 milionów z Funduszu Sprawiedliwości”. Winę za to miał ponosić oczywiście poprzedni rząd. „Zapłacili pieniądze, które należały się ofiarom w Polsce, ofiarom przestępstw, za system, który de facto transferował wszystkie możliwe dane dotyczące polskich obywateli, polskich liderów opozycji, polskich niezależnych prokuratorów, te dane trafiały na stronę izraelską” – mówił Tusk. „A polska strona nie miała nad tym de facto żadnej kontroli”.
Wiedza dla Mossadu
Afera Pegasusa stała się – jak zwykle w Polsce – kolejnym powodem do politycznej awantury. Rząd Tuska oskarżył opozycję, a ludzie Kaczyńskiego odpowiadali oskarżeniami pod adresem Tuska. W ten sposób gigantyczny skandal stracił swój merytoryczny charakter, a stał się przedmiotem politycznych rozgrywek.
Tymczasem, patrząc chłodno na całą „aferę Pegasusa”, trzeba dojść do kilku niepokojących wniosków.
Po pierwsze: za pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości (co samo w sobie jest skandalem) służba specjalna PiS kupiła system do powszechnej inwigilacji. Kupiła go w Izraelu, składając zamówienie w firmie, która z racji swojej działalności musi mieć powiązania z Mossadem (trudno sobie wyobrazić, aby izraelski producent systemu szpiegowskiego mógł funkcjonować bez opieki tajnych służb). Kupiła go jednak bez „kodów dostępowych” umożliwiających samodzielne zarządzanie zdobytymi informacjami. Doprowadziło to do tego, że izraelska firma (czyli stojący za nią Mossad) mogła uzyskać dostęp do zapisów z inwigilacji prowadzonej w Polsce przez polskie służby. Mossad oczywiście nie dzielił się już z CBA informacjami o tym, w jaki sposób przetwarza dane, do których – jak można zakładać – uzyskał dostęp. Jedno jest pewne: zdobywając dostęp do rozmów Polaków będących „w zainteresowaniu operacyjnym” CBA, funkcjonariusze Mossadu mogli uzyskać kopalnię wiedzy o Polsce i Polakach, w tym o tym, co najbardziej ich interesowało: intymnych sekretach osób mających wpływ na kluczowe decyzje z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa. W oczywisty sposób dawało to możliwość uzyskania kompromatów, a więc narzędzi wpływu na tych ludzi.
Przy okazji Mossad mógł poznać również dane polskich oficerów służb specjalnych, procedury związane z inwigilacją, a także przyczyny i kulisy prowadzonych operacji. Wszystko to powinno pozostać szczelnie chronionym sekretem polskiego państwa. Udostępnienie takiej wiedzy obcej służbie specjalnej (tym bardziej niespecjalnie nam życzliwej) za własne pieniądze (CBA przecież zapłaciło za zakup tego systemu) jest czymś bezprecedensowym w dziejach świata.
Wielka tajemnica
Prokuratura ani biegli ABW nie odpowiedzieli na bardzo ważne pytanie: czy izraelska spółka – twórca systemu Pegasus – miała możliwości techniczne, aby zdalnie decydować o tym, kogo inwigilować za pomocą tego systemu? Jeśli tak, oznaczałoby to, że z Tel Awiwu można było sterować systemem Pegasus w taki sposób, aby z pominięciem CBA inwigilować dowolne osoby. To zaś oznaczałoby, że polskie służby de facto pracowały dla obcego wywiadu.
Wielki wstyd
Kulisy afery Pegasusa pokazują rozpaczliwy stan polskiego państwa. Oto służba specjalna mająca zajmować się zwalczaniem korupcji zakupiła narzędzie do powszechnej inwigilacji, a zatem liczyła się z tym, że będzie też szpiegować osoby postronne. Jeśli CBA potrzebowało systemu powszechnej inwigilacji, mogło zamówić go w polskiej firmie informatycznej w drodze przetargu w trybie niejawnym. Polscy informatycy i programiści wcale nie są mniej kompetentni ani mniej wykwalifikowani niż ich izraelscy koledzy i również mogli stworzyć oprogramowanie na potrzeby tajnych służb. Wówczas całą kontrolę nad oprogramowaniem i uzyskanymi za jego pomocą danymi sprawowałyby polskie służby. Czyli polskie państwo.
Jaki będzie długofalowy skutek „afery Pegasusa”? Można go określić jednym słowem: WSTYD. Ani polskie służby, ani polskie państwo nie będą przez długi czas poważnie traktowane na arenie międzynarodowej. I trudno się temu dziwić. Czy można poważnie traktować państwo, które płaci grube pieniądze obcemu wywiadowi za stworzenie systemu inwigilacji własnych obywateli, a następnie przekazuje temu wywiadowi dane pozyskane za pomocą tego systemu?


