Wojewódzkie fundusze ochrony środowiska i gospodarki wodnej (WFOŚiGW) zostały pozwane co najmniej 81 razy w sprawach dotyczących programu „Czyste Powietrze” – podaje w poniedziałek „Dziennik Gazeta Prawna”.
Jak wynika z danych przekazanych gazecie przez fundusze, najczęściej, bo aż siedemnastokrotnie, pozwany został ośrodek w Kielcach. Po czternaście pozwów trafiło do funduszy w Krakowie, Warszawie i Lublinie, natomiast najmniej spraw toczyło się w Zielonej Górze oraz Łodzi.
Jak czytamy, kwestionowanie przez WFOŚiGW wniosków o płatność miało miejsce szczególnie podczas kontroli przeprowadzonych po wstrzymaniu naboru w programie w listopadzie 2024 r.
– Największy problem polega właśnie na tym, że dziś rozlicza się umowy zawarte w 2023 i 2024 r. według zasad wprowadzonych dopiero po reformie programu w 2025 r. Fundusze kwestionują koszty inwestycji na podstawie nowych tabel stawek maksymalnych, choć w momencie podpisywania umów takie limity nie obowiązywały – tłumaczy Sylwester Rawski, prezes Pionier Energia.
W odpowiedzi NFOŚiGW przekazał dziennikowi, że od połowy 2024 r. w ramach programu „Czyste Powietrze” przeprowadzono ponad 37 tys. kontroli, z czego jedynie ok. 12 proc. skutkowało konsekwencjami finansowymi.
– Furtka do nadużyć w programie została uchylona przez zmiany zasad w programie w 2022 r.: wprowadzenie prefinansowania przy korzystaniu z pełnomocnika oraz zniesienie kosztów maksymalnych – pisze gazeta. Dziennik podkreśla jednocześnie, że według wykonawców w nowej wersji programu, obowiązującej od marcu 2025 r., decyzje wydawane są szybciej.
Cała historia pokazuje fundamentalny problem wszelkich programów dotacyjnych. Gdy politycy zaczynają rozdawać cudze pieniądze, natychmiast pojawiają się skomplikowane regulaminy, wyjątki, kontrole i spory o interpretację przepisów. Dziś jedni urzędnicy twierdzą, że beneficjenci źle rozliczyli inwestycje, a beneficjenci odpowiadają, że państwo próbuje stosować nowe zasady do starych umów. Zamiast swobodnej umowy między klientem a wykonawcą mamy prawników, odwołania i sądy.
Problemem jest oczywiście sam mechanizm dopłat. Gdyby nie było państwowych dotacji, nie byłoby też sporów o wysokość refundacji, maksymalne stawki, prefinansowanie czy interpretację kolejnych regulaminów. Inwestor płaciłby za usługę własnymi pieniędzmi, wykonawca odpowiadałby przed klientem, a nie przed urzędnikiem. Tymczasem każdy program subsydiów tworzy pokusę nadużyć, konieczność kontroli oraz niekończące się konflikty o to, komu i na jakich zasadach należą się publiczne środki. To kolejny przykład, że im więcej państwo miesza się do relacji gospodarczych, tym więcej produkuje problemów.


