„Pozycja międzynarodowa Polski jest dziś niższa, niż wynikałoby z potencjału. Pozycję państwa mierzy się liczbą stolic, w których jego interes musi być uwzględniany w kalkulacjach. Ta liczba jest dziś dla Polski niebezpiecznie mała” – mówi dr Leszek Sykulski, doktor nauk o polityce, prezes Polskiego Towarzystwa Geostrategicznego i Polskiego Instytutu Badań nad Pokojem, w rozmowie z red. Tomaszem Cukiernikiem.
Czy UE jest blokiem gwarantującym nam pokój, jak twierdzą zwolennicy coraz głębszej integracji?
Dr Leszek Sykulski: Teza o Unii jako gwarancie pokoju myli korelację z przyczynowością. Pokój w Europie Zachodniej po 1945 r. zapewniła równowaga zimnowojenna i odstraszanie, a integracja gospodarcza była skutkiem tego parasola, a nie jego źródłem. To klasyczny argument realistów z debaty o „fałszywej obietnicy instytucji międzynarodowych”. Instytucje działają, dopóki wspiera je równowaga sił między mocarstwami i słabną, gdy ta równowaga się załamuje. W mojej książce „Geopolityka świata wielobiegunowego” nieprzypadkowo stawiam znak zapytania przy Unii Europejskiej jako aktorze geopolitycznym. Jej struktura militarna jest zależna od NATO, czyli w praktyce od zdolności amerykańskich; proces decyzyjny oparty na jednomyślności paraliżuje reakcję kryzysową; priorytety geograficzne członków są sprzeczne – południe kieruje główną uwagę na Morze Śródziemne, wschód na Rosję; do tego dochodzi uzależnienie energetyczne, technologiczne i finansowe od partnerów zewnętrznych. Unia Europejska nie odstraszyła żadnej wojny w swoim sąsiedztwie ani żadnej nie zakończyła. Jest konsumentem bezpieczeństwa, nie jego producentem.
Z perspektywy polskiej racji stanu rozróżniam zatem dwie kwestie. Jednolity rynek to cenne aktywo gospodarcze oraz realny czynnik stabilizujący. Natomiast projekt federalizacyjny, forsowany pod hasłem „wojna wymaga centralizacji”, to proces desuwerenizacyjny: odbiera państwom członkowskim samodzielność w polityce zagranicznej i obronnej, niczego twardego nie dając w zamian. Pokój gwarantują zdolności i równowaga sił, nie deklaracje normatywne. Dlatego formuła, którą proponuję, brzmi: selektywna integracja – pełne uczestnictwo w rynku, twarde weto wobec federalizacji polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Europa Ojczyzn tak, Stany Zjednoczone Europy nie.
Jak z geopolitycznego punktu widzenia Polska powinna zabezpieczyć się i zaplanować ułożenie stosunków z innymi krajami w razie polexitu lub rozpadu UE?
W katalogu scenariuszy zakładanych w doktrynie równowagi suwerennej mieści się zarówno wariant federalizacji Unii Europejskiej, jak i jej wielopłaszczyznowy kryzys wewnętrzny. Scenariusz nie jest ani prognozą, ani postulatem, tylko narzędziem próby, testem odporności strategii. Trwałości żadnej architektury międzynarodowej nikt nam nie zagwarantuje. Wystarczy przypomnieć, jakie szanse dawano brexitowi na trzy lata przed referendum.
Zabezpieczenie scenariuszowe ma ścisłą sekwencję. Najpierw zdolności bezwarunkowe, korzystne w każdym wariancie rozwoju wydarzeń, czyli to, co nazywam polityką no regrets: suwerenny filar obronny i przemysł zbrojeniowy, obrona cywilna, odporność energetyczna i infrastrukturalna, przepustowość graniczna i logistyczna, odporność kognitywna. Po drugie, architektura dostępu do rynku niezależna od nadbudowy politycznej, w wariancie skrajnym – realnej groźby rozpłynięcia się polskiej państwowości w projekcie federalnym – istnieje formuła zachowania jednolitego rynku bez unii politycznej, typu EOG/EFTA. Przypomnę, że Dania przez blisko trzy dekady korzystała z wyłączenia ze wspólnej polityki obronnej, pozostając pełnoprawnym członkiem Unii. Selektywność integracji nie jest zerwaniem, tylko uznaną formą członkostwa. Po trzecie, koalicje tematyczne w regionie: formaty środkowoeuropejskie budowane pod konkretne rozstrzygnięcia, sieć państw suwerennych zwiększających wspólnie swoją wagę, a nie ideologiczny kordon w cudzej służbie. Po czwarte, wektory pozaeuropejskie: tranzyt euroazjatycki, rynki Globalnego Południa, kapitał Zatoki Perskiej, ścieżka kraju partnerskiego BRICS+ w formule klienta krytycznego. Tak, aby polski eksport i finansowanie nie wisiały na jednym ośrodku. I po piąte, warunek brzegowy każdego wariantu: deeskalacja i ustabilizowane sąsiedztwo wschodnie, bo państwo frontowe w rozpadającej się Unii to najgorsza z możliwych kombinacji. Kolejność jest żelazna: najpierw dywersyfikacja i zdolności, potem ewentualne decyzje statusowe. Odwrotna kolejność to skok z wysokości bez spadochronu.
Co to znaczy, że Polska znajduje się w szarej strefie bezpieczeństwa? Jaka jest aktualnie międzynarodowa pozycja Polski?
Szara strefa bezpieczeństwa to położenie państwa, które nie dysponuje samodzielną zdolnością odstraszania strategicznego, a swoje bezpieczeństwo opiera na warunkowych gwarancjach zewnętrznych, czyli takich, których uruchomienie zależy od cudzej kalkulacji, nie od naszej decyzji. Jeśli takie państwo leży dodatkowo na styku bloków, w potencjalne strefie zgniotu, gdzie rywalizacja mocarstw toczy się metodami poniżej progu wojny (dywersja, instrumentalizacja migracji, cyberataki, operacje informacyjne), to funkcjonuje ono w permanentnej szarości: ani wojny, ani pokoju, ani pewności sojuszniczej, ani samodzielności. W świecie bez hegemona ta szarość gęstnieje, bo nie ma egzekutora reguł. Niewydolność forów takich jak ONZ przy podejmowaniu wiążących działań wobec agresorów pokazuje, że brak hegemonicznej presji prowadzi do faktycznej bezkarności i rośnie pole błędnych kalkulacji.
Pozycja międzynarodowa Polski jest dziś niższa niż wynikałoby z potencjału. Formalnie: członek NATO i Unii, jedna z największych gospodarek UE, armia z rosnącym budżetem. Realnie: wykonawca cudzych strategii, nie współautor reguł. W amerykańskiej hierarchii regionów Europa spadła na trzecie miejsce; w europejskim koncercie Warszawa nie zasiada przy stole decyzyjnym; na Wschodzie nie mamy kanałów, więc nie mamy i funkcji mediacyjnych, które w świecie wielobiegunowym są walutą prestiżu; renta geograficzna leży odłogiem, bo z bramy Eurazji uczyniliśmy zaporę wzniesioną w cudzym interesie. Pozycję państwa mierzy się liczbą stolic, w których jego interes musi być uwzględniany w kalkulacjach. Ta liczba jest dziś dla Polski niebezpiecznie mała. Da się to odwrócić, ale zdolnościami i kanałami, nie deklaracjami.
Czy powinniśmy się szykować do wojny? Kto nas napadnie?
Do obrony kraju struktury państwa muszą być gotowe – bezwzględnie i zawsze. To nie jest kwestia prognozy, lecz elementarnej odpowiedzialności. Natomiast pytanie „kto nas napadnie” zakłada determinizm, którego w polityce międzynarodowej nie ma. Wojna nie jest przeznaczeniem, jest wynikiem kalkulacji. Napada się na państwa, wobec których agresja rokuje zysk przy akceptowalnym koszcie oraz wciąga się w wojnę państwa, których terytorium staje się teatrem cudzej eskalacji. Ten drugi wariant jest dla Polski znacznie bardziej realistyczny niż obraz kolumn pancernych maszerujących na Warszawę: spirala eskalacyjna na linii NATO–Rosja, incydent, błędna interpretacja intencji, klasyczny dylemat bezpieczeństwa działający jak samospełniająca się przepowiednia. Głównym teatrem takiej wojny byłoby nasze terytorium, nie terytorium tych, którzy eskalację napędzają z bezpiecznej odległości. To leży w żywotnym polskim (nie rosyjskim, nie amerykańskim) interesie, żeby tej wojny nie było.
Wnioski są dwa, oba chłodne. Pierwszy: budować odstraszanie przez odmowę (deterrence by denial – strategię jeża). Wielowarstwowa obrona powietrzna i przeciwrakietowa, systemy antydronowe, krajowa produkcja amunicji wszystkich krytycznych kalibrów, rozpoznanie i satelitarna świadomość sytuacyjna, artyleria i pociski dalekiego zasięgu jako rdzeń zdolności antydostępowych, rezerwy, obrona terytorialna, obrona cywilna i schrony. Państwo-jeż jest niestrawne, więc atak na nie jest nieopłacalny, a przy tym nikogo nie prowokuje, bo nie buduje ofensywnej ekspozycji, która czyni z kraju cel uderzenia wyprzedzającego. Drugi wniosek: równolegle do zbrojeń odbudować kanały deeskalacji z Moskwą i Mińskiem, wojskowe i dyplomatyczne, bo połowa przygotowań do wojny polega na niedopuszczeniu do niej. Odstraszanie bez dialogu to spirala eskalacyjna; dialog bez odstraszania to kapitulacja. Sztuką państwa jest sprzężenie obu – rozmawia się z pozycji siły, a nie bezbronności.
Czy można powiedzieć, że USA wycofały się już z naszej części Europy, pozostawiając nas na pastwę Niemiec i Rosji?
Stany Zjednoczone nie wycofały się z Europy, wycofały się z roli bezwarunkowego gwaranta, a tę różnicę warto rozumieć precyzyjnie. Amerykańskie dokumenty strategiczne z lat 2025–2026 mówią otwarcie: półkula zachodnia na pierwszym miejscu, Indo-Pacyfik na drugim, Europa na trzecim. Pentagon zakomunikował sojusznikom oczekiwanie przejęcia przez Europę większości zdolności obrony konwencjonalnej NATO do 2027 r., zasygnalizował możliwość wycofania się z części mechanizmów koordynacyjnych i podniósł próg składki do 5 proc. PKB. To nie jest izolacjonizm. To buck-passing, przerzucanie kosztów równoważenia Rosji na sojuszników regionalnych, przy zachowaniu funkcji strategicznych, pozycji dostawcy uzbrojenia i wolnej ręki. Ameryka pozostaje w Europie tam i o tyle, o ile służy to jej rachunkowi w rywalizacji z Chinami. Zresztą sama nazwa amerykańskiego resortu obrony – Departament Wojny – dobrze oddaje ducha tej transakcyjnej strategii.
Na pastwę losu oddaje się ten, kto nie ma własnej polityki. Owszem, przy słabnięciu amerykańskiej kotwicy rośnie w regionie ciężar Berlina – gospodarczy i regulacyjny – oraz Moskwy – militarny. Jeżeli Polska odpowie na to wyłącznie rozpaczliwym doklejaniem się do kolejnego protektora, zamienimy jedną zależność na drugą: spod kurateli Waszyngtonu pod kuratelę Berlina i Brukseli, w pakiecie z federalizacją. Odpowiedź podmiotowa wygląda inaczej: własny, defensywny filar obronny, który czyni nas niestrawnymi; zarządzanie asymetrią z Niemcami z pozycji podmiotu – strategia węzła krytycznego w łańcuchach dostaw zamiast pozycji wymienialnego podwykonawcy, ochrona własnościowa gospodarki; oraz samodzielne kanały deeskalacji na Wschodzie, aby nasze bezpieczeństwo nie wisiało wyłącznie na cudzej decyzji. Świat wielobiegunowy karze klientów i premiuje graczy. Wybór roli wciąż należy do nas.
Twierdzisz, że coraz większa niechęć Polaków wobec UE i coraz większe poparcie dla polexitu będzie związane z koniecznością przyjmowania nielegalnych imigrantów. Ale to od lat dzieje się na zachodzie Europy i jakoś Unia nadal mocno się trzyma.
Po pierwsze, trwanie instytucji nie jest dowodem trwałości jej legitymacji. Systemy polityczne nie erodują liniowo, trwają długo, a potem pękają skokowo. Brexit na trzy lata przed referendum uchodził w Brukseli za political fiction. Po drugie, to porównanie pomija różnicę genetyczną. Francja czy Wielka Brytania przyjmowały imigrację jako skutek własnych, suwerennych decyzji, wynikających z więzi postkolonialnych i polityki rynku pracy. Polsce proponuje się model odwrotny: przymus relokacyjny obwarowany karami finansowymi, czyli przeniesienie na poziom ponadnarodowy decyzji o składzie własnego społeczeństwa. To nie jest spór o imigrację jako zjawisko. To spór o to, kto decyduje. I dlatego dotyka suwerenności cywilizacyjnej, prawa wspólnoty politycznej do samodzielnego wyboru modelu społeczno-kulturowego. W kategoriach klasycznego realizmu, jeszcze u Morgenthaua, spójność społeczna i morale należą do elementów potęgi państwa: społeczeństwo spójne jest odporne i lepiej odstrasza, a rozbite stanowi łatwy cel destabilizacji. Europa Zachodnia pokazuje właśnie koszty ideologizacji polityki migracyjnej i forsowania nieskutecznej doktryny multikulturalizmu: wzrost przestępczości, spadek poczucia bezpieczeństwa, kryzys zaufania do państwa. Mechanizmy wspólnotowe zawiodły już w latach 2015–2016 i do dziś nie wypracowano działającego systemu. Reformy utknęły w martwym punkcie, a Unia uzależniła się od zewnętrznych partnerów w rodzaju Turcji, którzy tę zależność dyskontują politycznie.
Po trzecie, mechanizm polityczny: poparcie dla integracji jest funkcją bilansu korzyści, nie sentymentu. Polska przez dwie dekady była biorcą netto transferów; ten strumień wysycha, a w jego miejsce pojawiają się koszty – regulacyjne, klimatyczne, migracyjne. Zresztą sam świetnie to wszystko przeanalizowałeś, przywołując twarde dane w swoich książkach („Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”; „Sabotaż klimatyczny”). Jeżeli na zmieniający się bilans nałoży się przymus w sprawie, w której polskie społeczeństwo ma skrystalizowane preferencje, erozja poparcia nie będzie wymagała żadnej agitacji. Wystarczy arytmetyka. Nie formułuję postulatu, formułuję prognozę: legitymacja instytucji spada, gdy narzuca ona demosowi koszty wbrew jego woli. Unia „mocno się trzyma” dokładnie tak, jak trzymają się wszystkie porządki przed utratą legitymacji – do momentu, w którym przestają. A zadaniem państwa polskiego nie jest wróżenie z fusów, tylko posiadanie przemyślanego wariantu na każdy scenariusz. Wracamy do tego, o czym mówiłem przy planowaniu scenariuszowym: liczy się plan, posiadanie własnej doktryny geopolitycznej i strategii sektorowych, a nie proroctwa.


