Wybory parlamentarne w 2027 roku mogą się nie odbyć? Taką możliwość publicznie dopuścił wiceminister sportu i turystyki Ireneusz Raś w wywiadzie dla Radia Wnet. Polityk wskazał, że ewentualna eskalacja rosyjskiej agresji oraz działania wojenne mogłyby – zgodnie z konstytucyjnymi regulacjami dotyczącymi stanów nadzwyczajnych – uniemożliwić przeprowadzenie głosowania.
Jego słowa padły w momencie, gdy rząd Donalda Tuska coraz częściej mówi o rosyjskim zagrożeniu, a mieszkańcy wschodniej Polski coraz częściej otrzymują komunikaty alarmowe. Czy mamy do czynienia wyłącznie z przygotowywaniem społeczeństwa na realne zagrożenia, czy też rodzi się polityczny scenariusz, w którym wojna stanie się argumentem za odsunięciem wyborów?
Wypowiedź Ireneusza Rasia z 30 września 2026 roku powinna zwrócić uwagę nie tylko polityków, ale przede wszystkim obywateli. Nie dlatego, że wiceminister ogłosił decyzję o odwołaniu wyborów. Niczego takiego nie zrobił. Powiedział natomiast coś znacznie bardziej zasadniczego: że w przypadku dalszej eskalacji rosyjskiej agresji i wojny wybory parlamentarne w 2027 roku mogłyby się nie odbyć w planowanym terminie. To ważne rozróżnienie. Nie ma obecnie decyzji o odwołaniu wyborów, a sam Raś mówił o hipotetycznym scenariuszu. Jednocześnie nie można udawać, że takie słowa wypowiedział przypadkowy komentator. Ireneusz Raś jest sekretarzem stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki, a więc członkiem administracji rządowej. Jego wypowiedź padła w kontekście rozmowy o przyszłych wyborach oraz kształcie obecnej większości parlamentarnej. I właśnie dlatego pojawia się pytanie: dlaczego rządowy polityk już teraz publicznie rozważa scenariusz, w którym wyborów może nie być?
„Mało kto bierze pod uwagę, że do wyborów może nie dojść”
Raś został zapytany w Radiu Wnet m.in. o możliwość stworzenia wspólnej listy ugrupowań obecnej większości rządowej. W pewnym momencie rozmowa zeszła jednak na sytuację międzynarodową. Wiceminister wskazał na możliwość dalszej eskalacji wojny prowadzonej przez Rosję przeciwko Ukrainie. Mówił o „sytuacji nadzwyczajnej” i stwierdził, że jeśli Rosja będzie eskalować działania, polityczne kalkulacje mogą zejść na dalszy plan.
Następnie padły słowa, które wywołały polityczną burzę: że „mało kto bierze pod uwagę”, iż do wyborów może nie dojść z powodu eskalacji rosyjskiej agresji. Raś zaznaczył jednocześnie, że Polska nie znajduje się obecnie w takiej sytuacji. Nie przedstawił więc planu rządu dotyczącego odroczenia wyborów. Mówił o wariancie hipotetycznym. Ale właśnie warianty hipotetyczne w polityce bywają niezwykle interesujące. Bo jeżeli ktoś na rok przed planowanymi wyborami zaczyna publicznie mówić o okolicznościach, w których wybory nie musiałyby się odbyć, to obywatele mają prawo pytać, czy jest to wyłącznie teoretyczna analiza konstytucyjna, czy również element przygotowywania opinii publicznej na możliwość zastosowania nadzwyczajnych rozwiązań.
Konstytucja rzeczywiście przewiduje taki mechanizm
W tym miejscu trzeba odłożyć polityczne emocje i sięgnąć do Konstytucji RP. Art. 228 przewiduje możliwość wprowadzenia stanu nadzwyczajnego w sytuacjach szczególnego zagrożenia, jeżeli zwykłe środki konstytucyjne są niewystarczające.
Konstytucja wymienia trzy rodzaje takich stanów: stan wojenny, stan wyjątkowy oraz stan klęski żywiołowej. Co najważniejsze, art. 228 ust. 7 stanowi, że w czasie stanu nadzwyczajnego oraz przez 90 dni po jego zakończeniu nie mogą być przeprowadzane wybory do Sejmu i Senatu. Kadencje organów ulegają wówczas odpowiedniemu przedłużeniu. W przypadku stanu wojennego znaczenie ma również art. 229. Stanowi on, że w razie zewnętrznego zagrożenia państwa, zbrojnej napaści na terytorium Polski albo wynikającego z umowy międzynarodowej zobowiązania do wspólnej obrony przed agresją, Prezydent może – na wniosek Rady Ministrów – wprowadzić stan wojenny na części lub całym terytorium państwa. Z punktu widzenia prawa Raś nie wymyślił więc całkowicie nowej konstrukcji. Konstytucja rzeczywiście przewiduje, że w określonych okolicznościach wybory nie mogą być przeprowadzone.
Problem zaczyna się gdzie indziej. Kto i na jakiej podstawie miałby stwierdzić, że sytuacja jest już na tyle poważna, aby wprowadzić stan nadzwyczajny? I przede wszystkim: jakie kryteria decydowałyby o tym, że zagrożenie rzeczywiście uniemożliwia przeprowadzenie demokratycznych wyborów? To są pytania, których nie można sprowadzić do partyjnej przepychanki.
Tusk: „Najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych akcji”
Wypowiedź Rasia nie pojawia się w politycznej próżni. Od wielu miesięcy premier Donald Tusk mówi o rosnącym zagrożeniu ze strony Rosji. W czerwcu 2026 roku, po szczycie Wschodniej Flanki w Gdańsku, mówił o Rosji jako największym zagrożeniu dla bezpieczeństwa obszaru euroatlantyckiego. Jeszcze mocniejsze były wypowiedzi premiera z września. 13 września, po rosyjskich atakach w pobliżu polskiej granicy, Tusk powiedział, że „eskalacja działań Federacji Rosyjskiej staje się faktem”, a przykłady rosyjskich działań są „coraz bliżej naszej granicy”. Dodał również, że najbliższe tygodnie i miesiące będą okresem bardzo wzmożonych działań ze strony Rosji oraz że nie można wykluczyć, iż eskalacja będzie dotyczyła także terytorium Polski. 17 września premier wystąpił w Sejmie i mówił o możliwych hybrydowych uderzeniach dronami i rakietami na państwa wspierające Ukrainę, w tym Polskę. Stwierdził również, że późna jesień i zima mogą być najbardziej krytycznym okresem dotychczasowej wojny. Nie jest więc prawdą, że temat wojennego zagrożenia pojawił się dopiero wraz z wypowiedzią Rasia. Przeciwnie. Narracja o narastającym zagrożeniu ze strony Rosji jest jednym z istotnych elementów obecnej komunikacji rządu. Można ją oczywiście uzasadniać sytuacją bezpieczeństwa. Polska jest państwem NATO, graniczącym z obszarem objętym wojną, a Rosja prowadzi działania wojenne przeciwko Ukrainie.
Rząd ma obowiązek informować obywateli o zagrożeniach. Ale istnieje również druga strona tego problemu. Jeżeli komunikaty o zagrożeniu stają się coraz częstsze, społeczeństwo może zacząć funkcjonować w permanentnym stanie niepokoju. A permanentny niepokój może wpływać na sposób postrzegania rzeczywistości politycznej.
Alerty na wschodzie Polski
We wrześniu mieszkańcy części województw lubelskiego i podkarpackiego otrzymywali alarmowe komunikaty dotyczące zagrożenia z powietrza. W Lublinie i Rzeszowie uruchamiano syreny. Powodem były rosyjskie ataki na zachodnią Ukrainę i działania polskiego lotnictwa mające zabezpieczyć polską przestrzeń powietrzną. Warto podkreślić: sam fakt uruchomienia alarmu nie oznacza, że Polska została zaatakowana. W komunikacie dotyczącym wrześniowego zdarzenia podkreślano, że działania miały charakter prewencyjny. Ich celem było zapewnienie bezpieczeństwa polskiej przestrzeni powietrznej, zwłaszcza w rejonach znajdujących się w pobliżu terenów objętych zagrożeniem.
Alarm został następnie odwołany, a służby poinformowały o braku zagrożenia na terytorium Polski. Nie zmienia to jednak faktu, że dla mieszkańca wschodniej Polski syrena alarmowa czy SMS zaczynający się od słów „UWAGA! UWAGA! UWAGA!” jest doświadczeniem zupełnie innym niż komunikat prasowy dotyczący sytuacji na Ukrainie. Jeszcze niedawno podobne sytuacje były czymś wyjątkowym. Dzisiaj stają się elementem codzienności w regionach przygranicznych.
Pod koniec września Associated Press opisywała sytuację mieszkańców Dorohuska, gdzie w ciągu jednego dnia telefony mieszkańców trzykrotnie ostrzegały o możliwym zagrożeniu ze strony drona lub pocisku. W związku z sytuacją przy przejściu granicznym dochodziło także do czasowych przerw w ruchu i ewakuacji pracowników. To pokazuje, że zagrożenie nie jest wyłącznie abstrakcyjnym elementem debaty politycznej. Dla mieszkańców wschodniej Polski stało się ono częścią codziennego doświadczenia.
Czy państwo ostrzega, czy przyzwyczaja?
I właśnie tutaj zaczyna się pytanie bardziej polityczne niż militarne. Czy coraz częstsze ostrzeganie obywateli przed wojną jest wyłącznie koniecznym elementem polityki bezpieczeństwa, czy może jednocześnie prowadzić do przyzwyczajania społeczeństwa do myśli, że wojna jest niemal nieunikniona? To nie jest pytanie o to, czy Rosja stanowi zagrożenie. To osobna kwestia. Pytanie dotyczy sposobu komunikowania tego zagrożenia.
Rząd ma obowiązek reagować na potencjalne niebezpieczeństwa. Jednocześnie rządzący posiadają ogromny wpływ na społeczne postrzeganie sytuacji. Premier regularnie mówi o możliwej eskalacji, wschodnia Polska otrzymuje kolejne alarmy. Wojsko jest stawiane w stan podwyższonej gotowości, a przedstawiciel rządu zaczyna mówić o możliwości nieprzeprowadzenia wyborów. Wszystkie te elementy zaczynają tworzyć jeden ciąg komunikacyjny. Nie oznacza to automatycznie, że istnieje jakiś tajny plan. Ale jest to wystarczający powód, by zadawać pytania.
Najważniejsze pytanie: co z wyborami?
Zgodnie z konstytucją kadencja Sejmu i Senatu trwa cztery lata, a wybory powinny zostać zarządzone przez prezydenta w terminie określonym w art. 98. Konstytucja przewiduje również szczególne sytuacje, w których wybory nie mogą się odbyć. Nie ma zatem żadnej podstawy, aby twierdzić, że sam fakt wojny czy napięcia międzynarodowego automatycznie oznacza odwołanie wyborów. Potrzebne są konkretne przesłanki konstytucyjne. I właśnie dlatego słowa Rasia są tak istotne. Jeżeli minister mówi o tym, że wybory mogą się nie odbyć, opinia publiczna ma prawo oczekiwać odpowiedzi na kilka bardzo konkretnych pytań. Jakie dokładnie wydarzenia musiałyby nastąpić, aby rząd uznał, że przeprowadzenie wyborów jest niemożliwe?
Czy chodziłoby wyłącznie o bezpośrednią agresję na Polskę? Czy wystarczyłoby rozszerzenie działań wojennych na terytorium Ukrainy w pobliżu polskiej granicy? Czy cyberataki, sabotaż albo działania hybrydowe mogłyby być podstawą do wprowadzenia stanu nadzwyczajnego? Kto i według jakich kryteriów podejmowałby decyzję? Jak długo trwałoby odroczenie wyborów? Konstytucja odpowiada na część tych pytań, ale nie na wszystkie szczegóły polityczne i praktyczne. Tym bardziej potrzebna jest transparentność.
„Tajny plan” czy polityczna hipoteza?
W tym miejscu łatwo przejść od faktów do spekulacji. Jedna interpretacja brzmi następująco: rząd rzeczywiście przygotowuje państwo na możliwość bardzo poważnego kryzysu bezpieczeństwa. W takim ujęciu wypowiedź Rasia jest jedynie publicznym przypomnieniem, że konstytucja przewiduje rozwiązania na wypadek wojny. Alarmy na wschodzie są konsekwencją działań rosyjskich i ukraińskich, a ostrzeżenia Tuska wynikają z informacji do tyczących bezpieczeństwa.
Druga interpretacja jest znacznie bardziej polityczna. Można postawić pytanie, czy rząd – wiedząc, że w 2027 roku czekają go trudne wybory – nie chciałby wykorzystać sytuacji nadzwyczajnej do odłożenia konfrontacji wyborczej. To jednak pozostaje hipotezą, a nie ustalonym faktem. Nie ma obecnie przedstawionego publicznie dokumentu rządowego, który dowodziłby istnienia planu odwołania wyborów w 2027 roku. Nie ma również podstaw, aby jako fakt przedstawiać twierdzenie, że obecna koalicja jest „skazana” na utratę władzy. Nie oznacza to jednak, że pytania o motywacje polityczne są niedopuszczalne. Wręcz przeciwnie.
Dlaczego właśnie teraz?
Czas wypowiedzi Rasia jest szczególnie interesujący. Do wyborów parlamentarnych pozostaje około roku. Partie tworzące obecną większość zastanawiają się nad formułą startu. Sam Raś mówił o możliwości wspólnej listy, ale również o tym, że jego środowisko rozważa różne warianty. Jednocześnie rząd prowadzi coraz intensywniejszą komunikację dotyczącą bezpieczeństwa. W przestrzeni publicznej pojawiają się informacje o rosyjskich dronach, atakach w pobliżu polskiej granicy, alarmach RCB, działaniach polskiego lotnictwa i przygotowaniach infrastruktury granicznej. Premier ostrzega przed dalszą eskalacją. I w takim właśnie momencie członek rządu mówi: być może w przyszłym roku wyborów nie będzie.
Czy to przypadek? Tego nie wiemy. Czy jest to powód do zadawania pytań? Bez wątpienia.
Demokracja potrzebuje nie tylko bezpieczeństwa, ale również przejrzystości
W demokracji szczególne znaczenie ma zasada, że władza podlega okresowej ocenie wyborców. Jeżeli pojawia się rzeczywiste zagrożenie wojenne, państwo musi mieć możliwość działania. Konstytucja nie pozostawia tutaj wątpliwości: przewiduje mechanizmy nadzwyczajne, a jednym z ich skutków może być czasowe wstrzymanie wyborów. Ale właśnie dlatego takie rozwiązania muszą być traktowane jako wyjątkowe. Nie można bowiem dopuścić do sytuacji, w której samo przekonanie o zagrożeniu stanie się wystarczającym argumentem do odsuwania wyborów. Granica między koniecznym przygotowaniem państwa na wojnę a politycznym wykorzystywaniem strachu przed wojną jest fundamentalna. Dlatego każdy kolejny krok władzy powinien być możliwie przejrzysty: jasne podstawy prawne, jasne kryteria, jasne uzasadnienie decyzji i kontrola konstytucyjnych organów państwa.
Czy wyborcy rzeczywiście zostaną pozbawieni możliwości głosowania?
Na dziś odpowiedź brzmi: nie ma decyzji o odwołaniu wyborów parlamentarnych w 2027 roku. Jest natomiast publiczna wypowiedź członka rządu, który wskazał, że w przypadku wojny i eskalacji rosyjskiej agresji taki scenariusz jest możliwy. Jest konstytucyjna podstawa, która rzeczywiście przewiduje zakaz przeprowadzania wyborów podczas stanu nadzwyczajnego oraz przez 90 dni po jego zakończeniu. Jest również rosnąca liczba komunikatów dotyczących zagrożeń na wschodzie Polski i coraz mocniejsza retoryka rządu dotycząca potencjalnej eskalacji rosyjskich działań.
To wystarczy, aby rozpocząć poważną debatę. Nie o tym, czy Rosja jest zagrożeniem. To jest kwestia bezpieczeństwa, którą należy analizować na podstawie danych i informacji służb. Debata powinna dotyczyć czegoś innego: Jakie dokładnie są granice wykorzystania sytuacji nadzwyczajnej w demokracji? Kiedy zagrożenie jest już tak poważne, że wyborów rzeczywiście nie można przeprowadzić? Kto ma o tym zdecydować? Jak długo można przedłużać kadencję wybranej władzy? I wreszcie pytanie najbardziej polityczne: czy scenariusz wojenny jest wyłącznie planem awaryjnym państwa na wypadek realnej agresji, czy też może stać się wygodnym instrumentem do odsunięcia momentu, w którym wyborcy mieliby ocenić rząd Donalda Tuska?
Na to ostatnie pytanie nie ma dziś dowodu pozwalającego udzielić twierdzącej odpowiedzi. Ale po wypowiedzi Ireneusza Rasia nie można już udawać, że temat nie istnieje. Bo właśnie przedstawiciel rządu otworzył tę dyskusję. A skoro ją otworzył, obywatele mają prawo domagać się od władzy jasnej odpowiedzi: czy wybory w 2027 roku nie będą zagrożone, czy też gabinet Donalda Tuska rzeczywiście przygotowuje się na wariant, w którym wojna sprawi, że Polacy nie staną przy urnach?


