Strona głównaMagazyn40 bilionów dolarów długu. Czy Ameryka może sobie na to pozwolić?

40 bilionów dolarów długu. Czy Ameryka może sobie na to pozwolić?

-

- Reklama -

„Nie mam żadnego doświadczenia w zaciąganiu długu w wysokości 4 bilionów dolarów” – mówił z charakterystyczną ironią Ross Perot podczas kampanii prezydenckiej w 1992 r. Wtedy dług federalny Stanów Zjednoczonych rzeczywiście wynosił około 4 bilionów dolarów. Perot przekonywał, że zarówno demokraci, jak i republikanie są odpowiedzialni za narastający problem, ale żadna z partii nie chce wziąć za niego odpowiedzialności.

Ponad trzy dekady później brzmi to niemal jak przepowiednia. Amerykański dług federalny przekroczył właśnie 40 bilionów dolarów. To suma tak wielka, że trudno ją sobie wyobrazić. Ale jeszcze bardziej niepokojące jest coś innego. Problemem nie jest wyłącznie wielkość długu. Problemem jest tempo, w jakim rośnie oraz fakt, że Waszyngton od lat nie potrafi trwale zmniejszyć różnicy między tym, ile państwo wydaje, a tym, ile zbiera w podatkach.

- Reklama -

Z 4 do 40 bilionów

U.S. Treasury prowadzi codzienną ewidencję federalnego zadłużenia, obejmującego zarówno papiery znajdujące się w rękach inwestorów i instytucji publicznych, jak i zobowiązania między rządowymi funduszami.

- Reklama -

Trzeba przy tym uważać na dwa często mieszane pojęcia. Dług brutto obejmuje wszystkie federalne zobowiązania, także te wobec własnych funduszy rządowych. Dług będący w rękach publicznych pokazuje natomiast, ile państwo pożyczyło od inwestorów, przedsiębiorstw, banków, funduszy i innych podmiotów poza rządem federalnym. To właśnie ta druga miara jest szczególnie istotna z punktu widzenia wpływu zadłużenia na gospodarkę.

- Reklama -

W kwietniu 2026 r. dług będący w rękach publicznych wynosił 31,3 biliona dolarów, mniej więcej tyle, ile cała amerykańska gospodarka wytwarza w ciągu roku. Dług brutto wynosił wówczas około 39 bilionów dolarów.

Dzisiaj granica 40 bilionów przestała być już abstrakcyjną prognozą. Stała się symbolem problemu, którego przez lata nie rozwiązano.

Skąd wziął się tak wielki dług?

Najprostsza odpowiedź brzmi: Ameryka od dziesięcioleci wydaje więcej, niż zbiera w podatkach. To nie jest problem jednej administracji ani jednej partii. Republikanie i demokraci różnią się w kwestii tego, jak państwo powinno wydawać pieniądze i jak powinny wyglądać podatki, ale obie partie przez lata akceptowały system, w którym deficyt stał się czymś normalnym.

Każdego roku, gdy wydatki przewyższają dochody, rząd musi pożyczyć brakującą kwotę. Nowe obligacje skarbowe trafiają na rynek, a ich sprzedaż finansuje funkcjonowanie państwa. Jeśli deficyt powtarza się przez kolejne lata, dług narasta.

Problem szczególnie przyspieszył po wielkich kryzysach. Wojny, kryzys finansowy z 2008 r. i „pandemia COVID-19” wymagały ogromnych wydatków federalnych. W czasie pandemii rząd przeznaczył biliony dolarów na ratowanie gospodarki, przedsiębiorstw i gospodarstw domowych. Ale pandemia nie stworzyła problemu od zera, ona jedynie gwałtownie zwiększyła tempo zadłużania.

W roku fiskalnym 2025 deficyt federalny wyniósł ok. 1,8 biliona dolarów. Z danych Congressional Budget Office (CBO) wynika, że w pierwszych 11 miesiącach roku fiskalnego 2026 sięgnął już około 2 bilionów dolarów. To oznacza, że nawet w okresie, w którym gospodarka nie znajduje się w recesji i nie trwa wielka wojna, Waszyngton nadal pożycza ogromne sumy.

Problem nie w Pentagonie

W debacie o długu często pojawia się argument, że wystarczyłoby ograniczyć wydatki na wojsko, pomoc zagraniczną albo administrację państwową. To nie wystarczy.

Największym wyzwaniem są tzw. wydatki obowiązkowe, przede wszystkim Social Security (federalny program ubezpieczeń społecznych), Medicare (federalny program ubezpieczenia zdrowotnego) i inne programy ochrony zdrowia. Według Government Accountability Office (GAO) wydatki obowiązkowe stanowiły około 59 proc. federalnych wydatków w roku fiskalnym 2025, podczas gdy wydatki uznaniowe odpowiadały za około 27 proc., a odsetki od długu za około 14 proc.

W dodatku Ameryka się starzeje. Coraz więcej ludzi przechodzi na emeryturę, a relacja liczby osób pracujących do liczby emerytów się pogarsza. To zwiększa wydatki na Social Security i Medicare.

CBO wskazuje, że zmiany demograficzne są jednym z głównych powodów wzrostu wydatków Social Security w relacji do wielkości gospodarki. Program od 2010 r. wydaje więcej na świadczenia niż otrzymuje w dedykowanych podatkach. Do tego dochodzi rosnący koszt opieki zdrowotnej.

Dług zaczyna pożerać budżet

Rząd nie tylko musi pożyczać pieniądze. Musi również płacić odsetki. CBO prognozuje, że w 2026 r. federalne wydatki netto na obsługę długu wyniosą około 1 biliona dolarów. Do 2036 r. mają wzrosnąć do około 2,1 biliona dolarów. W relacji do PKB oznacza to wzrost z około 3,3 proc. do 4,6 proc.

To szczególnie niebezpieczne, ponieważ odsetki nie budują dróg, nie finansują badań naukowych i nie zwiększają wynagrodzeń nauczycieli. Są kosztem wcześniejszego zadłużenia.

Im większy dług, tym większe odsetki. Im większe odsetki, tym większy deficyt. Im większy deficyt, tym więcej trzeba pożyczyć. Powstaje błędne koło.

GAO zwraca uwagę, że w roku fiskalnym 2025 wydatki federalne na odsetki przekroczyły wydatki na obronę narodową. Według tej instytucji koszty obsługi długu mają dalej rosnąć.

Czy politycy próbują coś zrobić?

Tak, ale jak dotąd nie na skalę, która rozwiązałaby problem. Kongres regularnie debatuje nad ograniczeniem wydatków, zmianami podatkowymi, limitami zadłużenia i reformą programów socjalnych. Administracje kolejnych prezydentów przedstawiają własne propozycje budżetowe. Problem polega na tym, że prawdziwe rozwiązanie wymagałoby decyzji, których większość polityków bardzo nie chce podejmować.

Aby trwale zmniejszyć deficyt, trzeba albo podnieść podatki, albo ograniczyć wydatki, albo zrobić jedno i drugie.

Podwyżki podatków są politycznie kosztowne. Cięcia Social Security czy Medicare również. Ograniczenie wydatków obronnych jest trudne ze względów strategicznych. Cięcia mniejszych programów nie wystarczą, ponieważ są one zbyt małe w stosunku do całego problemu. Dlatego politycy często wybierają rozwiązanie najłatwiejsze – przesuwają problem na przyszłość.

CBO prognozuje, że w 2026 r. deficyt federalny wyniesie około 1,9 biliona dolarów, a w 2036 r. wzrośnie do około 3,1 biliona. Dług będący w rękach publicznych ma wzrosnąć ze 101 proc. PKB w 2026 roku do 120 proc. PKB w 2036 roku. To nie jest więc problem, który sam zniknie.

Czy bogaty kraj może sobie na to pozwolić?

Tu odpowiedź jest bardziej skomplikowana niż proste „tak” albo „nie”. USA mają wyjątkową pozycję. Dolar jest najważniejszą walutą rezerwową świata, a amerykańskie obligacje skarbowe są podstawowym aktywem finansowym dla globalnych inwestorów. USA mają również ogromną, produktywną gospodarkę i własną walutę, w której emitują zdecydowaną większość swojego długu. Dlatego sytuacja Ameryki jest zupełnie inna niż sytuacja biednego kraju, który pożycza pieniądze w obcej walucie.

Ameryka może przez długi czas utrzymywać zadłużenie, którego inne państwa nie mogłyby udźwignąć. Ale „może” nie oznacza „bez konsekwencji”. Dług może być bezpieczny tak długo, jak długo gospodarka i dochody państwa rosną wystarczająco szybko, a inwestorzy pozostają przekonani, że Stany Zjednoczone są wiarygodnym dłużnikiem. Problem pojawia się wtedy, gdy dług zaczyna rosnąć szybciej niż gospodarka.

CBO w swoim długoterminowym raporcie ostrzega, że dług będący w rękach publicznych może osiągnąć 156 proc. PKB w 2055 r. Według CBO rosnące zadłużenie może spowalniać wzrost gospodarczy, zwiększać koszty odsetkowe i ograniczać możliwości reagowania rządu na przyszłe kryzysy.

GAO jest jeszcze bardziej jednoznaczne. Przy obecnej polityce dług publiczny miałby osiągnąć 123 proc. PKB w 2036 r., a w 2056 r. aż 251 proc. PKB.

Nie oznacza to, że w 2056 r. Ameryka na pewno będzie miała dług równy 251 proc. PKB. To symulacja pokazująca, dokąd prowadzi utrzymanie obecnych zasad. Jej znaczenie jest jednak zasadnicze – obecna ścieżka nie jest stabilna.

Co może się stać?

Nie musi nastąpić nagłe „bankructwo Stanów Zjednoczonych”. Bardziej prawdopodobne są konsekwencje rozłożone na lata.

Po pierwsze, coraz większa część budżetu będzie przeznaczana na obsługę długu. Pieniądze, które mogłyby finansować inwestycje, edukację, infrastrukturę czy obronność, będą trafiały do posiadaczy obligacji.

Po drugie, wysokie zadłużenie może ograniczać możliwości reakcji na kolejny kryzys. Jeśli nadejdzie recesja, wojna albo następna pandemia, rząd będzie potrzebował pieniędzy na działania ratunkowe. Im większy dług i koszt jego obsługi, tym mniej miejsca pozostaje na takie działania.

Po trzecie, zadłużenie może zwiększać presję na stopy procentowe i koszt kredytu w całej gospodarce.

Po czwarte, istnieje ryzyko, że w pewnym momencie inwestorzy zaczną domagać się wyższego oprocentowania amerykańskich obligacji. To z kolei jeszcze bardziej zwiększyłoby koszty obsługi długu.

Nie oznacza to automatycznie kryzysu. Amerykańskie obligacje nadal należą do najważniejszych aktywów światowego systemu finansowego. Jednak im dłużej problem jest odkładany, tym trudniejsze staje się jego rozwiązanie.

Ross Perot miał rację

Najbardziej uderzające w historii amerykańskiego długu jest to, jak bardzo zmieniła się skala problemu. Perot ostrzegał przede wszystkim przed polityką, w której obie partie obiecują wyborcom korzyści, ale nie chcą mówić o kosztach. Trudność polega na tym, że demokracja bardzo dobrze nagradza polityka za rozdawanie pieniędzy, a znacznie gorzej za mówienie wyborcom, że trzeba będzie płacić więcej podatków albo otrzymywać mniej świadczeń. I właśnie dlatego dług narastał niezależnie od tego, która partia kontrolowała Biały Dom.

Największym błędem byłoby przedstawianie amerykańskiego długu jako zbliżającego się „bankructwa”. Stany Zjednoczone nie są Grecją, Argentyną ani państwem pozbawionym własnej waluty i dostępu do ogromnego rynku kapitałowego. Ameryka jest najpotężniejszą gospodarką świata i ma wyjątkową zdolność do finansowania swojego zadłużenia. Ale drugim błędem byłoby uznanie, że dlatego można zadłużać się bez końca.

40 bilionów dolarów nie jest jeszcze granicą, po której przekroczeniu gospodarka się załamuje. Nie istnieje jedna magiczna liczba długu, po której następuje bankructwo. Istnieje natomiast granica zdrowego rozsądku – moment, w którym koszt utrzymywania długu zaczyna wypierać inne potrzeby państwa, a zadłużenie rośnie szybciej niż zdolność gospodarki do jego obsługi.

Według amerykańskich instytucji odpowiedzialnych za analizę finansów publicznych Stany Zjednoczone właśnie zmierzają w tym kierunku. CBO określa obecną ścieżkę jako problem wymagający zmian, a GAO wprost mówi o „niezrównoważonej ścieżce fiskalnej”.

Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi, czy bogata Ameryka może mieć 40 bilionów długu, bo może. Zasadne pytanie brzmi, ile jeszcze długu może mieć Ameryka, zanim koszt jego utrzymywania zacznie ograniczać jej siłę gospodarczą, polityczną i militarną? I właśnie tutaj ostrzeżenie Rossa Perota sprzed ponad 30 lat pozostaje aktualne. Dług sam w sobie nie musi zabić gospodarki. Najgroźniejsza jest jednak sytuacja, w której kolejne pokolenia polityków uznają, że problem jest zbyt trudny, by się nim zająć dzisiaj. Wtedy 40 bilionów nie jest końcem historii, jest dopiero jej kolejnym rozdziałem…

Najnowsze