Uderzenia rosyjskich dronów tuż przy polskiej granicy to sygnał ostrzegawczy przekazany stronie polskiej. Sygnał, który rząd w Warszawie doskonale rozumie, ale celowo wprowadza Polaków w błąd.
„Jeśli Polska przystąpi do działań wojennych przeciwko Rosji, nasz kraj wykorzysta cały arsenał dostępnych sił i środków, a Warszawa przestanie istnieć w ciągu dwóch lub trzech dni” – tak w wywiadzie dla rosyjskiego dziennika „Argumenty i Fakty” powiedział Nikołaj Patruszew – jeden z najbliższych doradców Władimira Putina, były szef FSB i członek Rady Bezpieczeństwa. W ten sposób odpowiedział na prośbę dziennikarza o ustosunkowanie się do słów Radka Sikorskiego. Szef MSZ, podczas dorocznej konferencji Yalta European Strategy w Kijowie 12–13 września, ocenił, że NATO byłoby w stanie szybko pokonać Rosję w przypadku rosyjskiego ataku na Sojusz. „Jeśli Rosja zaatakuje nas, a my zdejmiemy rękawiczki, sądzę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko” – powiedział Sikorski. Uargumentował to m.in. tym, że NATO posiada przewagę w technologii i sprzęcie, dysponując m.in. 2,5 tysiącem samolotów bojowych.
Ranny atak
Polemika – prowadzona za pomocą środków masowego przekazu – miała miejsce po tym, jak w niedzielę 13 września nad ranem rosyjskie drony uderzyły w ukraińską stację benzynową znajdującą się 2 kilometry od przejścia granicznego z Polską. Chwilę później inne drony zaatakowały pociąg pasażerski stojący 800 metrów od przejścia. Skutkiem były pożary, na szczęście nikt nie zginął ani nie został ranny.
Atak stał się głównym tematem dnia nie tylko w Polsce. Doprowadził do natychmiastowego zwołania Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, które zaczęło rozsyłać alerty. Politycy rządzącej partii od samego rana prześcigali się w zapowiedziach o rosnących zagrożeniach. „Tak jak się spodziewaliśmy, o czym wielokrotnie informowałem, eskalacja ze strony Federacji Rosyjskiej staje się faktem, a jej przykłady są coraz bliżej naszej granicy” – wskazał premier Donald Tusk na popołudniowej odprawie z udziałem ministrów i służb w siedzibie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. Jak przekazał szef rządu, „najbliższe tygodnie i miesiące to będzie okres bardzo wzmożonych akcji ze strony rosyjskiej i nie możemy wykluczyć, niestety, że ta eskalacja będzie dotyczyła także naszego terytorium”.
Podarunek od losu
Rosyjskie uderzenia, paradoksalnie, z punktu widzenia Tuska były miłą niespodzianką. Z jednej strony pozwoliły sprzyjającym mu mediom pokazać go w roli niemal męża stanu. Oto w dzień wolny od pracy premier polskiego rządu pilnie zwołuje ciało odpowiedzialne za bezpieczeństwo państwa, aby sprawnie zareagować na rosyjskie zagrożenie. Z drugiej strony rosyjskie drony skutecznie odwróciły uwagę Polaków od spraw bolących rząd: kulejącej gospodarki, zapaści finansów publicznych, skandalu w Szpitalu Południowym.
Na te wszystkie problemy wizerunkowe najlepszym lekarstwem jak zwykle okazał się złowrogi Władimir Putin. Obawy przed załamaniem gospodarczym rządowi spece od PR-u natychmiast zamienili w obawy przed atakami wojsk prezydenta Rosji. Putin jest dobry na wszystko. Czy jednak w politycznej rzeczywistości faktycznie nic się nie stało, a atak dronów na cele położone przy granicy z Polską może być zaledwie przypadkowym elementem działań wojennych?
Gra ostrzegawcza
Analiza wydarzeń prowadzi do wniosku, że ataki dronów w niedzielny poranek były formą wysłania przez rosyjski rząd sygnału ostrzegawczego. Wojska Moskwy chciały pokazać, że mogą uderzyć w dowolne miejsce przy granicy z Polską lub w samej Polsce. Aby zrozumieć sens tego ostrzeżenia, trzeba przyjrzeć się poprzedzającym je wydarzeniom politycznym. Ostatnie dni przed dwoma atakami dronów naznaczone były deklaracjami polskich polityków o możliwości wzięcia udziału w wojnie z Rosją.
Zaczęło się od cytatów z książki Edyty Żemły „Wojsko z tektury”. Wysocy rangą oficerowie, wypowiadając się dla dziennikarki, mówili, że wywiady państw NATO są zgodne, że do 2027 roku Rosja osiągnie gotowość bojową umożliwiającą zaatakowanie jednego z państw NATO. Te anonimowe wypowiedzi były cytowane. Potem szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz zadeklarował, że wsparcie wojskowe dla Ukrainy jeszcze zostanie zwiększone. Oznacza to, że strona polska zamierza dalej wysyłać do nich sprzęt, m.in. czołgi, ciężkie karabiny maszynowe i amunicję. W końcu Radek Sikorski pojechał na konferencję do Kijowa i tam wypowiadał się w tonie silnie antyrosyjskim. Wszystko to mogło zdenerwować władze na Kremlu, które postanowiły ostrzec Polskę, że język konfrontacji nie jest dobrym sposobem komunikacji. A jakiekolwiek zaangażowanie wojska do udziału w konflikcie przeciwko Rosji może skończyć się tym, że Rosja odpowie zbrojnie.
Seria ostrzeżeń
Nie jest to pierwszy taki sygnał wysłany przez Kreml. Choć działania wojenne toczą się jedynie na wschodniej i południowej Ukrainie, po 24 lutego 2022 mieliśmy do czynienia z kilkoma sytuacjami, kiedy rosyjskie rakiety lub drony uderzały w pobliżu polskiej granicy. Po raz pierwszy zdarzyło się to w marcu 2022, niecały miesiąc po rozpoczęciu działań zbrojnych. W Biurze Bezpieczeństwa Narodowego odbyła się wówczas tajna konferencja z udziałem ówczesnego ambasadora Ukrainy w Polsce – Andrieja Dieszczycy. Po jej zakończeniu Dieszczyca wyszedł do dziennikarzy i ogłosił, że uzgodnił z polskim rządem, że rozpocznie się zbrojne wsparcie dla Ukrainy. Wypowiedź wywołała konsternację, bo sprawa miała być objęta tajemnicą. Dzień później blisko polskiej granicy uderzyły rosyjskie rakiety. Sam atak był z punktu widzenia militarnego bez sensu. Rakiety uderzyły bowiem w miejsce nijak nie związane z toczącymi się działaniami zbrojnymi.
Pół roku wcześniej, w marcu 2026, rosyjskie drony zaatakowały Lwów. Uderzyły w pobliżu miejsc ważnych dla polskiej kultury: historycznego archiwum miasta i kościoła bernardynów. Był to element jednego z największych i najbardziej agresywnych rosyjskich ataków na Ukrainę. Tej nocy, jak podało dowództwo sił powietrznych w Kijowie, na ukraińskie miasta poleciało aż 974 dronów Shahed – najwięcej od początku wojny. Część maszyn wysłano w pobliże polskiej granicy. Dlaczego tak się stało, skoro we Lwowie i Iwano-Frankowsku (również zaatakowanym) nie toczyły się działania zbrojne? Odpowiedź na to pytanie może kryć się w zbieżności czasowej ataku z głośnymi wypowiedziami generała Kukuły. Stwierdził on, wbrew rozsądkowi i realiom, że w razie rosyjskiego ataku na Litwę, Polska powinna zaatakować Obwód Kaliningradzki. Trudno więc odczytywać atak inaczej niż jako przytarcie nosa krewkim Polakom.
Bezsensowna propaganda
Analizując te przypadki, można dojść do wniosku, że rosyjskie ataki na miejsca na Ukrainie położone niedaleko od polskiej granicy stanowią formę ostrzeżenia. Armia Putina daje do zrozumienia, że nie życzy sobie buńczucznych wypowiedzi strony polskiej ani jakichkolwiek połajanek i gróźb. Daje też do zrozumienia, że jeśli Polska zaangażuje się w wojnę, to wojsko Kremla nie zawaha się zaatakować rakietami i bombami terytorium Polski. Politycy doskonale to rozumieją, ale dezinformują opinię publiczną, strasząc ich możliwym rosyjskim atakiem.
Tymczasem Władimir Putin nie robi niczego, co wskazywałoby na jego agresywne zamiary wobec Polski czy innych krajów NATO. Putin – polityk myślący racjonalnie – nie ma zamiaru atakować Sojuszu, bo wielka wojna jest mu do niczego niepotrzebna. Putin nie potrzebuje ani terytoriów krajów NATO, ani ich (czasem) rozleniwionych społeczeństw, ani gospodarek z problemami. Rosja ma dość własnych problemów, by angażować się w wojnę światową, której i tak by nie mogła wygrać. W stosunku do NATO Rosja formułuje jednak dwa żądania: odsunięcie baz wojskowych od granic Rosji i nieprzyjęcie Ukrainy w struktury Sojuszu. I o tym może przypominać, od czasu do czasu atakując miejsca na zachodniej Ukrainie. Jednak europejskim (zwłaszcza polskim) politykom jest to bardzo na rękę. Bo wtedy opinia publiczna odwraca uwagę od bieżących problemów, żeby karmić się strachem przed coraz mniej prawdopodobnym rosyjskim atakiem.


