W ostatnim czasie zainteresowałem się kwestią rozwoju polskich ruchów narodowych w zaborze pruskim w XIX. W szczególności kwestią inwigilacji i prześladowania tych ruchów przez pruską policję polityczną. Ma to związek z moim planami – powiedzmy naukowymi – o których przy innej okazji. Łączy się to z koniecznością szerokiej kwerendy źródeł. Już moja pierwsza wizyta w archiwum państwowym w Poznaniu uświadomiła mi, jak ogromna jest masa materiałów źródłowych.
Poznański dostojny gmach położony w sercu tego piastowskiego grodu mieści dziś między innymi obszerne archiwum Prezydium Policji w Poznaniu. Przez wiele dziesiątków lat pracownicy i informatorzy tej instytucji skrzętnie i pracowicie zapisywali setki i tysiące arkuszy papieru – ślęczeli nad artykułami z polskiej prasy, tłumaczyli wystąpienia na wiecach i demonstracjach, spisywali notatki urzędowe i raporty dla zwierzchników. Dziś te szpargały spokojnie kurzą się na wielkich regałach.
Mało kto do nich zagląda, nikt ich nie skanuje, są dostępne jedynie w postaci starych zmurszałych, teczek, zawiązywanych w staroświeckie tasiemki. Próżno cyfrowych kopii szukać w internecie. Zainteresowanie nie jest duże – ot, kilku postrzeleńców takich jak ja – czasami wypełni rewers i pochyli się nad nimi. Trudno się dziwić, dla polskiego odbiorcy już sam widok setek stron foliałów zapisanych drobnym maczkiem i to jeszcze tzw. „kurrentą”, czyli specyficznym rodzajem odręcznego neogotyckiego zapisu używanym w krajach niemieckojęzycznych aż do połowy ubiegłego wieku w urzędowej korespondencji, jest przerażający. Nawet sztuczna inteligencja nie zawsze radzi sobie z transkrypcją tych materiałów – czasami po prostu poddaje się, wypluwając odpowiedź, że „papier nosi ślady upływu czasu, atrament w wielu miejscach jest zatarty” etc. No i radź sobie sam!
Tak więc nawet zawodowi historycy sięgają do tych starych szpargałów niezwykle rzadko. W obszernej sali czytelni naukowej poznańskiego archiwum było tylko kilka osób. Jeden pracownik, który cierpliwie i rzetelnie skanował setki strony dokumentów, niemiecki turysta, który szukał śladów swoich przodków, no i ja.
Po co tłukłem się do Poznania? Zainteresowała mnie działalność – bardzo specyficzna działalność – jednego z pracowników Prezydium Policji w pruskim Posen. Nie był to jakiś wysoko postawiony urzędnik, wręcz przeciwnie miał możliwie najniższe zaszeregowanie. Inkasował rocznie tylko … pruskich talarów. Za te pieniądze ledwo mógł przeżyć. A umowę miał tymczasową, choć stale przedłużaną. Nie mógł liczyć na żadne zabezpieczanie emerytalne – choć zwierzchnicy prosili o przyznanie wyższego zaszeregowania temu człowiekowi – Berlin stale odmawiał. Odmawiał przez blisko 30 lat…
Kim był August Post?
Człowiekiem tym był August Post. Mało kto o nim słyszał. W internecie próżno szukać o nim jakieś drobnej wzmianki. Pod tym nazwiskiem w anglojęzycznej Wikipedii znajdziemy biogram amerykańskiego podróżnika, amatora baloniarstwa, pioniera lotnictwa i poszukiwacza przygód. Postać bardzo barwna, ciekawa, która stała się pierwowzorem hollywoodzkiego Indiany Jones. Jednak to nie jest ta osoba. Mój bohater nie ma nic z Indiany Jonesa. Jednak jego wpływ na historię jest bardzo duży – może większy nawet od amerykańskiego Augustusa.
Zanim przejdziemy do osoby pana Posta – kilka zdań wyjaśnię na temat jego miejsca pracy. W ramach Prezydium Policji w Poznaniu w roku 1833 utworzono departament policji bezpieczeństwa (Sicherheitspolizei). To było biuro, którego praca była ściśle skierowana na kierunku zwalczania polskiego życia narodowego. W każdej formie. Wybuch i przebieg Powstania Listopadowego przeraził władze pruskiej prowincji poznańskiej. Wprawdzie walki na terenie Wielkiego Księstwa się nie toczyły, ale do sprawy przyłączyło się mnóstwo ochotników z ziem zaborów pruskich. Ponad trzy tysiące młodych Polaków, głównie synów szlacheckich, często potomków świetnych rodów, wzięło udział w insurekcji. Widmo wskrzeszenia Polski było zawsze koszmarem niemieckich okupantów, co sprawiło, że już kilkanaście miesięcy po upadku nieszczęsnego zrywu w Kongresówce doszło do energicznej akcji administracyjnej w Poznańskiem.
Jednak wbrew nadziejom władz berlińskich śledzenie, rozpracowywanie i niszczenie polskich ruchów niepodległościowych nie szło zbyt dobrze. W każdym razie nie tak dobrze, jak oczekiwano.
W sennym, zapyziałym Poznaniu…
Do prowincjonalnego, zapyziałego nieco Poznania trafiali do pracy w Dyrekcji Policji świetnie wykształceni, pochodzący z junkierskich, arystokratycznych rodzin młodzi ludzie, którzy uważali przydzielone im miejsce pracy za niezbyt prestiżowe i będące poniżej ich ambicji. Trafiali do obcego im środowiska i nie byli w stanie się w nim aklimatyzować. Nie znali języka, kultury polskiej. Podstawowe zadania, takie jak śledzenie poczynań polskich działaczy czy przeglądanie i tłumaczenie rozwijającej się wówczas szybko polskojęzycznej prasy, były poza ich możliwościami.
Wszystko zmieniło przybycie do Poznania Augusta Posta. Przybył on do stolicy Wielkopolski w 1845 roku, w atmosferze skandalu. Ten urodzony w 1812 r. w małej miejscowości Garbin na Pomorzu mężczyzna, mimo stosunkowo młodego wieku, miał za sobą ciężkie przejścia. Był synem ewangelickiego nauczyciela i matki katoliczki, prawdopodobnie Polki. W 1839 roku dokonał konwersji na rzymski katolicyzm i wstąpił do seminarium duchownego w Pelplinie. Po kilku latach został wyświęcony na księdza przez polskiego biskupa Anastazego Sedlaka. W roku 1844 został proboszczem w Chełmnie (niemiecki Kulm). Potem doszło jednak do serii wydarzeń, które ostatecznie wpłynęły na późniejsze życie Posta. W następstwie romansu z własną gosposią (no cóż – rutynowo) został ojcem jej dziecka. Mimo próby wyparcia prawdy został przez księdza biskupa Sedlaka obłożony karami kościelnymi. Nasz August porzucił stan duchowny, ożenił się ze swą konkubiną, z która później miał czworo dzieci.
W Chełmnie, jak się można domyślić, nie miał już życia. Wyjechał do Poznania. Tam działał krótko w głośnej podówczas sekcie Czerskiego. Wtedy właśnie trafił do pracy w Prezydium Policji. Miał bardzo prostą i zarazem mocną motywację. Nienawidził z całego serca Polski i Polaków. W jego przekonaniu „krzywda”, jaka spotkała go ze strony polskiego środowiska, ze strony innych księży, biskupa, parafian, zrodziła u niego wielką traumę, która sprawiła, że właśnie w biurze instytucji powołanej do tępienia życia polskiego odnalazł się jak ryba w wodzie.
Był świetnie przygotowany do pełnienia swej nowej funkcji. Był bardzo zdolnym człowiekiem. Filologiczne studia, które odbył w Berlinie i Greifswaldzie dały mu gruntowną znajomość greki, łaciny, hebrajskiego i francuskiego. Po matce mówił biegle w języku polskim, zaś niemiecki był jego językiem ojczystym. W Prezydium Policji od dawna poszukiwano zdolnego lektora. Kogoś, kto byłby dwujęzyczny i będzie w stanie tłumaczyć artykuły z polskiej prasy. Robił to od pewnego czasu sekretarz policji Stolzenberg, ale szło mu jak po grudzie. Słabo znał język polski. I w tym właśnie momencie dyrektor poznańskiej policji Edmund von Baerensprung trafił na tułającego się bez celu po poznańskich ulicach i żyjącego w nędzy Augusta Posta.
Post z radością przyjął zaproponowane mu stanowisko lektora. Od tej pory tłumaczył polskie gazety, a później i książki. Z przeczytanych lektur składał codziennie ustne raporty i pisemne raporty miesięczne do specjalnie delegowanego pracownika prezydium policji. Opłacany był z tajnego funduszu szefa policji – otrzymywał zaledwie 20 talarów miesięcznie. To nie była dobra pensja. Jednak jego niezwykła pracowitość zwróciła uwagę zwierzchników. Post pracował jak automat. Dziś ze zdumieniem można przeglądać setki stron zapisanych jego ręką, równym jak od linijki pociągniętym maczkiem. To był prawdziwy urzędniczy potwór!
Post nad tymi raportami ślęczał aż do śmierci w 1888 roku. Blisko czterdzieści lat! Z czasem powierzano mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Podszywał się pod polskiego działacza i pisał listy do polskich emigrantów, rozbijając tym samym organizacje uchodźcze w Londynie czy Brukseli. W roku 1866 przesadził. Wiedziony nienawiścią do polskiego duchowieństwa opublikował w niemieckiej prasie kilka artykułów, w których w usta arcybiskupa poznańskiego Mieczysława Ledóchowskiego wkładał wymyślone, antyrządowe deklaracje. Sprawa wywołała wściekłość nawet na cesarskim dworze w Berlinie. Post miał szczęście, skończyło się na ostrej naganie ze strony dyrektora policji.
Przez te wszystkie lata Post nie mógł liczyć na podwyżkę uposażenia. Jedyne, co otrzymał, to zmiana charakteru współpracy z dorywczej na trwałą. Jeszcze w 1872 dyrektor poznańskiej placówki prosił pisemnie o awans dla swego pupila. Sam naczelny prezes prowincji von Koenigsmarck prosił Ministra Spraw Wewnętrznych Rzeszy o wyjednanie u cesarza dla Posta rangi radcy kancelarii. Odmówiono mu. W uzasadnieniu minister stwierdzał, że jego zachowanie sprzed 30 lat nadal musi być postrzegane jako plama na honorze pruskiego urzędnika. Błędy młodości potrafią drogo kosztować…


