Strona głównaGŁÓWNYPolska to nie Islandia!

Polska to nie Islandia!

-

- Reklama -

No nie, tego już za wiele! Zamiast pryncypialnie napiętnować ponad podziałami skandaliczny rezultat referendum na Islandii, w następstwie którego Islandczykowie nie tylko nie chcieli słyszeć o żadnym Anschlussie do „Europy”, ale nawet opowiedzieli się przeciwko jakimkolwiek negocjacjom na ten temat, nasi Umiłowani Przywódcy przyjęli to do wiadomości jako rzecz zwyczajną.

„Gdzie tu Wylizuch?! Felczak gdzie tu?!” – alarmuje poeta. Przecież w naszym bantustanie, podobnie jak w większości innych bantustanów Europy coś takiego uchodzi za potworną myślozbrodnię Niebu obrzydłą, z powodu której taki dajmy na to Grzegorz Braun co i rusz ciągany jest jak nie przed surowe oblicze prokuratury, to niezawisłych sądów – a tymczasem na Islandii wszyscy, nie wyłączając tamtejszego rządu, ukorzyli się przed „demokracją”. Ale przecież wiadomo, że demokracja, a zwłaszcza – demokracja prawdziwa – nie polega na tym, by arytmetyczna większość decydowała według swego widzimisię, tylko na tym, by większość podejmowała decyzje jedynie słuszne, a w ostateczności – przynajmniej słuszne.

- Reklama -

A jakie decyzje są jedynie słuszne, a przynajmniej – słuszne? Takie rzeczy każde postępowe dziecko wysysa z mlekiem każdej postępowej matki – że jedynie słuszne, a przynajmniej słuszne są decyzje, za którymi opowiada się Judenrat i stare kiejkuty – te dwa najtwardsze jądra naszej młodej demokracji. Na tym opiera się „Prawo i Prorocy”, zarówno ci najwięksi, jak na przykład pan red. Michnik Adam, jak i prorocy mniejsi w rodzaju pana red. Jacka Żakowskiego czy pana red. Terlikowskiego Tomasza, którzy nie ustają w tłumaczeniu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, czego ma chcieć i jak ma myśleć, żeby było dobrze, a przynajmniej – poprawnie. Czyż nie dlatego właśnie pan dr Andrzej Olechowski podczas zebrania w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina, pretensjonalnie zatytułowanego „Forum Dialogu”, tłumaczył, że jak tylko zostaniemy przyłączeni do Unii Europejskiej, to będziemy mogli „współdecydować o naszych sprawach”? Przecież „współdecydowanie” dajmy na to o sprawach polskich do spółki z Maltą czy Cyprem jest lepsze od decydowania samodzielnego, to chyba jasne?

- Reklama -

Tymczasem głównym argumentem zatwardziałych przeciwników negocjowania warunków Anschlussu Islandii do Brukseli był całkowicie odmienny, oczywiście absurdalny dla każdego osobnika przyzwoitego pogląd, że o własnych sprawach czy sprawach własnego kraju lepiej jest decydować samodzielnie. Poza „faszystami” w rodzaju Grzegorza Brauna, który jest „pies potępiony” zarówno przez Volksdeutsche Partei, jak również Naczelnika państwa Jarosława Kaczyńskiego, nie mówiąc już o przedstawicielu Naszego Najważniejszego Sojusznika JE ambasadorze USA w Warszawie, panu Tomaszu Róży, jak i przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu, nikt tak nie myśli, nawet nie tyle dlatego, że jest to zabronione jako „mowa nienawiści”, tylko – że jest to głęboko niesłuszne z powodu jaskrawej i nieusuwalnej sprzeczności ze stanowiskiem Judenratu i starych kiejkutów. Raczej wszyscy biorą wzór z Pana Karola ze słynnego a dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu wiersza pod tytułem „Pan Karol i Kostuś”: „Pan Karol, jak myśli, to myśli szeroko i mnóstwo ogarnia perspektyw”.

- Reklama -

Inna sprawa że z tym samodzielnym decydowaniem o własnych sprawach to nawet mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to – i tak dalej – mają same zgryzoty. Weźmy takie finanse. Żyją jeszcze ludzie pamiętający, jak w roku 2003, kiedy to w naszym nieszczęśliwym kraju odbywało się referendum w sprawie Anschlussu, zarówno Volksdeutsche Partei, jak i Naczelnik Państwa stręczyli Polakom Anschluss pod pretekstem, że Unia sypnie złotem i znowu będzie jak za Gierka, kiedy to Polska była 10 potęgą gospodarczą na świecie – oczywiście dopóty, dopóki wszystko się nie skawaliło. Teraz o nasze finanse troszczy się Reichsführerin Urszula Wodęleje i w zależności od humoru albo zwalnia tubylczemu rządowi jakieś „transze”, albo nie zwalnia. Mimo to jednak w finansach naszego bantustanu zieje coraz większa dziura, której niepodobna zasypać. Właśnie obywatel Domański Andrzej, który w vaginecie obywatela Tuska Donalda ma fuchę ministra finansów, przedstawił projekt budżetu na przyszły rok. Czytamy w nim, że deficyt budżetowy ma sięgnąć prawie 300 mld złotych, a i to pod warunkiem że spełnią się „założenia”. Bo jak się nie spełnią, to może być jeszcze większy. Jak duży? Tego ma się rozumieć nikt nie wie, więc nic dziwnego, że w tej sytuacji, w środowisku tak zwanych „elit politycznych”, czyli absolwentów Kolegium Tumanum albo innych Wyższych Szkół Gotowania Na Gazie co to pokończyli fakultety z „zarządzania” albo „politologii”, narasta pragnienie uwolnienia się od zmory samodzielnego decydowania w jakichkolwiek sprawach.

Podobny nastrój panował w wieku XVIII, kiedy to szerokie kręgi były już tak znudzone szarpaniną związaną z podtrzymywaniem w istnieniu naszego nieszczęśliwego kraju, co wymagało użerania się jak nie z Kozakami, to z Turkami, jak nie z Turkami, to z Prusakami, jak nie z Prusakami, to z Moskalami, jak nie z Moskalami, to z Rakusami – że „koncepcja” – jak powiedziałby Kukuniek – żeby wszystkim zajęła się Katarzyna, jawiła się jako znakomite wyjście z sytuacji. Jak chce, to niech się martwi – a tymczasem my będziemy mogli spokojnie sobie wypić i zakąsić. No i w końcu tak się stało – ale okazało się, że to rozwiązanie wcale nie daje spodziewanego szczęścia. Przeciwnie – nasz mniej wartościowy naród tubylczy nabawił się wskutek tego rozmaitych kompleksów, a przede wszystkim jednego – w postaci utraty pewności siebie. Obawiam się, że to jest podstawowa przyczyna, dla której wolimy „współdecydować o naszych sprawach”, niechby nawet z byle kim – byle tylko uniknąć brzemienia odpowiedzialności za decydowanie samodzielne. Oczywiście o tym nie trzeba mówić ani głośno, ani nawet wcale, a skoro tak, to trzeba głosić rozmaite karkołomne uzasadnienia ponownego powierzenia decyzji w ręce Katarzyny, czy jak tam akurat nazywa się aktualny Reichsführer. W ten oto sposób spełnia się na nas spostrzeżenie Franciszka ks. de La Rochefoucauld, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego. Obawiam się tedy, że wiadomość o islandzkim referendum nie będzie w stanie wyrwać nas z letargu – bo niby po co, skoro jesteśmy niezmiennie zadowoleni z własnego rozumu?

Najnowsze