Krajowy miks energetyczny udziela odpowiedzi na pytanie, skąd w danym roku kalendarzowym pochodziła wyprodukowana w Polsce energia elektryczna.
Na rys. 1 polski miks energetyczny został przedstawiony w postaci wykresu kołowego, z którego można odczytać, że w 2025 roku aż 50,8 proc., czyli nieco więcej niż połowa wytworzonej w naszym kraju energii elektrycznej pochodziło wyłącznie ze spalania węgla (kamiennego – 31,6 proc. i brunatnego – 19,2 proc.). Dodatkowo 9,7 proc. wytworzonej energii elektrycznej pochodziło ze spalania gazu ziemnego, a 7,4 proc. ze spalania innego rodzaju paliw, takich jak przykładowo mazut, olej opałowy, a także ze spalania różnego rodzaju odpadów przemysłowych, produktów ubocznych różnego rodzaju procesów technologicznych oraz ze spalania odpadów komunalnych i śmieci. Ponadto ze spalania biomasy i biogazu pozyskano kolejne 4,8 proc. wytworzonej w 2025 roku w Polsce energii elektrycznej.

Zatem łącznie ze spalania różnego rodzaju paliw (nieodnawialnych i odnawialnych) pozyskano w ubiegłym roku aż 72,7 proc. wytworzonej w Polsce energii elektrycznej. Pewnego komentarza wymaga natomiast umieszczenie w krajowym miksie energetycznym również elektrowni szczytowo-pompowych, które wytworzyły łącznie 0,6 proc. energii elektrycznej. Otóż elektrownie szczytowo-pompowe jako takie żadnym źródłem energii elektrycznej w ogóle nie są, lecz są jedynie jej swego rodzaju magazynem, ponieważ energia dostarczana przez tego rodzaju elektrownie do systemu elektroenergetycznego musi i tak pierwotnie pochodzić z innego rodzaju źródeł, którymi są najczęściej pracujące w podstawie krajowego systemu elektroenergetycznego elektrownie węglowe. Zbiorniki górne elektrowni szczytowo-pompowych napełniane są najczęściej podczas trwania tzw. nocnej doliny obciążenia, czyli w okresie gdy zapotrzebowanie mocy w systemie jest relatywnie najmniejsze i należy wówczas zapewnić odpowiednie obciążenie pracującym w tym czasie elektrowniom cieplnym, które nie mogą zejść z generowaną mocą poniżej swego technicznego minimum.
Jedynie 26,5 proc. wytworzonej w Polsce w 2025 roku energii elektrycznej pochodziło z tzw. źródeł bezemisyjnych (fotowoltaika – 11,8 proc., siłownie wiatrowe – 13,8 proc. i elektrownie wodne – 0,9 proc.). Jak już wspomniano, biomasa i biogaz zaliczane są do źródeł emisyjnych, ponieważ podczas ich pracy uwalniany jest do atmosfery dwutlenek węgla. Biomasa to w swej istocie wyłącznie „młodsza siostra” węgla, tyle że powstały w wyniku jej spalania dwutlenek węgla posiada wydany przez ultra ortodoksyjnych chasydzkich rabinów certyfikat koszerności (przecież poszczególne molekuły CO2 są od siebie nieodróżnialne, jeśli tylko zawarte w nich izotopy atomów węgla są takie same – najczęściej występują izotopy C12 i O16). Tymczasem CO2 powstały ze spalania paliw kopalnych (węgla i gazu ziemnego) nie może już poszczycić się tego rodzaju drogocennym certyfikatem, bo z zasady jest uznawany wyłącznie za trefny.
Gdyby wspomnianą biomasę zostawiono po prostu w spokoju i pozwolono gnić jej powoli gdzieś na dnie zbiorników wodnych, to po kilkunastu milionach lat zamieniłaby się po prostu w pokład węgla brunatnego, tracąc tym samym wspomnianą koszerność, podobnie jak traci ją automatycznie koszerne wino, gdy nalewane jest do kieliszków przez goja. Jako ciekawostkę można podać, że dla kontrastu każda wódka czysta jest zawsze koszerna, niezależnie od tego, kto ją rozlewa do kieliszków. Jest to jednakże wszystko nader skomplikowana i w swej istocie wielce zawiła materia, na szczegółowe omawianie której nie ma w tym artykule po prostu miejsca (może innym razem, oczywiście, jeśli Redaktor Tomasz Sommer pozwoli, choć ostatnio sam zaczął w tym temacie opowiadać – jak mawia Redaktor Stanisław Michalkiewicz – „takie rzeczy”).
Warto także wiedzieć, że wszystkie pokłady polskiego węgla brunatnego powstały około 20 milionów lat temu w geologicznej epoce miocenu, z czego wynika, że przed wspomnianą epoką cały zawarty w polskiej ziemi pierwiastek węgiel (mamy jedne z największych na świecie złóż węgla brunatnego, szacowane na co najmniej 23 miliardy ton, przynajmniej tyle zostało geologicznie rozpoznane i skatalogowane) znajdował się wówczas w powietrzu atmosferycznym, a nasza planeta w owym czasie bynajmniej nie płonęła dosłownie jak pochodnia, zatem zapewne nie spłonie i obecnie (chyba że ze wstydu, jak twierdził swego czasu Redaktor Stanisław Michalkiewicz), jeśli jakąś część naszych złóż węgla brunatnego w nadchodzących latach z dziką satysfakcją spalimy w elektrowniach.
Z kolei na rys. 2 zamieszczono informacje dotyczące wielkości mocy zainstalowanej w różnego typu źródłach.

Jak widać, elektrownie węglowe wytwarzające przecież ponad połowę generowanej w Polsce energii elektrycznej wypadają tutaj nader skromnie, ponieważ ich łączny udział w całkowitej mocy zainstalowanej w naszym kraju wynosi zaledwie 37,5 proc., podczas gdy prawie tyle samo mocy zdołano już w Polsce zainstalować w fotowoltaice – 32,7 proc. udziału w mocy zainstalowanej w krajowym systemie elektroenergetycznym.
Obecnie moc zainstalowana w polskiej fotowoltaice przekroczyła już wartość 27 GW i jest rzeczą możliwą, że na koniec roku osiągnie równe 30 GW, co stanowi ekwiwalent sześciu elektrowni w Bełchatowie (5100 MW) razem wziętych. Jest wszakże jedna zasadnicza różnica, mianowicie tylko jedna elektrownia w Bełchatowie jest w stanie wytworzyć około 20 proc. energii elektrycznej zużywanej w ciągu roku w naszym kraju, natomiast ponad pięć takich elektrowni, ale zainstalowanych w postaci fotowoltaiki, pokryło jedynie 11,8 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną w Polsce, z czego wynika, że współczynnik wykorzystania mocy zainstalowanej CF (ang. Capacity Factor) jest w przypadku fotowoltaiki o rząd wielkości mniejszy, niż ma to miejsce w przypadku elektrowni opalanych węglem, a zainstalowanie jednostki mocy w źródłach dowolnego typu przecież sporo kosztuje.
Co gorsze, w miarę wzrostu mocy zainstalowanej w polskiej fotowoltaice wartość wspomnianego współczynnika CF będzie nadal systematycznie maleć, ponieważ coraz więcej farm fotowoltaicznych będzie musiało podczas godzin okołopołudniowych zostać odłączone od sieci elektroenergetycznych z powodów natury bilansowej. Po prostu do krajowego systemu elektroenergetycznego nie można wprowadzić więcej mocy, niż wynosi jej aktualne zapotrzebowanie, ponieważ spowodowałoby to utratę jego zdolności regulacyjnych, co musiałoby w sposób nieuchronny zakończyć się totalnym blackoutem na terytorium całego kraju.
W związku z powyższym operator krajowego systemu elektroenergetycznego, którym są Polskie Sieci Elektroenergetyczne S.A. (PSE), w okresie od marca do września, gdy dzień jest dłuższy od nocy, a Słońce góruje wysoko nad horyzontem, zmuszony jest praktycznie każdego dnia wydawać komunikaty o tzw. nierynkowym redysponowaniu mocy, co sprowadza się w praktyce do wydania polecenia odłączenia od sieci przesyłowych wybranych większych farm fotowoltaicznych. Jednakże w takim wypadku ich właścicielom przysługują stosowne rekompensaty za nieodebraną od nich energię, która hipotetycznie mogłaby być przez rozważane farmy fotowoltaiczne wytworzona, gdyby tylko pozwalały na to ograniczenia bilansowe krajowego systemu elektroenergetycznego. Obecnie duże farmy fotowoltaiczne powstają w Polsce dosłownie jak grzyby po deszczu, bo w sumie jest to świetny interes, gdyż pieniążki na konto ich właścicieli i tak systematycznie wpływają niezależnie od tego, czy jakiś prąd z nich w ogóle płynie, czy nie.
Warto także mieć świadomość, że mocno przewymiarowana już w naszym kraju fotowoltaika musi coraz częściej konkurować także w godzinach okołopołudniowych z energetyką wiatrową, w przypadku której mocy zainstalowanej również systematycznie przybywa, a przekroczyła ona już wartość 11 GW. W związku z powyższym operator musi ogłaszać niejednokrotnie nierynkowe redysponowanie zarówno źródeł wiatrowych, jak i fotowoltaicznych.
Kolejną kwestią jest konieczność organizowania tzw. awaryjnego eksportu energii elektrycznej, gdy w krajowym systemie elektroenergetycznym występuje jej nadmiar. Przykład tego rodzaju eksportu awaryjnego można zobaczyć na rys. 3, gdzie widać, że wysyłamy w sumie 1625 MW do wszystkich naszych sąsiadów, z którymi mamy aktywne połączenia transgraniczne, z wyjątkiem Ukrainy.

Niestety tego rodzaju eksport awaryjny odbywa się z reguły po cenach ujemnych, ponieważ tylko w ten sposób można kogoś przekonać, aby tę w sumie niepotrzebną mu nadmiarową energię od nas łaskawie zakupił ze sporym zyskiem, by przykładowo uruchomić w tym czasie własne elektrownie szczytowo-pompowe (czynią tak nagminnie Norwegia, Szwajcaria i Austria). Z kolei przykład występowania ujemnych cen energii elektrycznej w godzinach okołopołudniowych można zobaczyć na rys. 4.

Gdyby zawsze było tak, jak swego czasu głosiła czcigodna pani ministra, że albo wiatr wieje, albo Słońce świeci, to w sumie wspomniane nierynkowe redysponowania źródeł fotowoltaicznych i wiatrowych oraz awaryjny eksport energii elektrycznej nie byłyby bynajmniej jakimś poważnym problemem, poza oczywiście generowaniem sporych strat finansowych, związanych z wypłacaniem właścicielom farm wiatrowych i fotowoltaicznych sporych rekompensat za nieodebraną od nich energię, a także wspomnianym uprzednio dopłacaniem do awaryjnego eksportu.
Niestety przez większość dni w roku jest tak, że po zachodzie Słońca wiatr wieje przeciętnie raczej słabo, a siłownie wiatrowe generują wówczas zaledwie około 10 proc. mocy w nich zainstalowanej (ich moc zależy od sześcianu prędkości wiatru), w związku z czym zdecydowana większość mocy zapotrzebowanej musi zostać i tak pokryta wyłącznie poprzez elektrownie cieplne.
Było tak między innymi w dniu 30 czerwca 2026 roku, gdy w związku ze zwiększonym zapotrzebowaniem mocy, związanym z występującymi w tym czasie na terenie naszego kraju ekstremalnymi upałami, PSE S.A. musiały ogłosić tzw. przywołanie rynku mocy, co oznacza, że jest już bardzo źle. Można wręcz powiedzieć, że pali się wtedy czerwone światło alarmowe. Gdyby dyspozycyjne źródła energii nie były w owym czasie w stanie dostarczyć żądanej przez operatora ilości mocy elektrycznej, wówczas jedyną alternatywą byłoby ogłoszenie odpowiednich stopni zasilania i wymuszenie na odbiorcach o mocy przyłączeniowej powyżej 300 MW odpowiedniej redukcji wartości pobieranej mocy elektrycznej, a to oznacza w praktyce istotne ograniczenie poziomu produkcji przez zakłady przemysłowe bądź nawet wstrzymanie procesów technologicznych, z czym wiążą się nieuchronnie pokaźne straty finansowe. W skrajnym wypadku ogłoszony musiałby zostać najwyższy, dwudziesty stopień zasilania, a wtedy PSE S.A. mają prawo bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wyłączyć dosłownie każdego odbiorcę w celu ratowania krajowego systemu elektroenergetycznego przed blackoutem.
Zasadnicze pytanie nie dotyczy tego, ile mocy będziemy mieć finalnie zainstalowane w źródłach fotowoltaicznych i w siłowniach wiatrowych, tylko ile tej mocy będziemy mieć nadal zainstalowane w stabilnych i w pełni dyspozycyjnych źródłach energii. Bo w fotowoltaice można mieć zainstalowane nawet i tryliony watów, ale po zmierzchu żadnego prądu i tak z tego w ogóle nie będzie. Podobnie podczas flauty siłownie wiatrowe czasami nie są w stanie wygenerować nawet jednego procenta mocy w nich zainstalowanej.
Niestety ta, cytując klasyka, „oczywista oczywistość” zdaje się w ogóle nie docierać do decydentów i zawzięcie brniemy w prawdopodobnie nieuniknioną już potężnych rozmiarów katastrofę, a tzw. głód energetyczny może pojawić się nawet najbliższej zimy, jeśli tylko będzie dostatecznie mroźna, ponieważ mocy zainstalowanej w stabilnych i w pełni dyspozycyjnych źródłach energii, którymi są elektrownie węglowe, systematycznie ubywa. Przykładowo w bieżącym roku kończą definitywnie swą pracę dwa ostatnie bloki o mocy 225 MW w elektrowni Dolna Odra oraz ma zostać wyłączony relatywnie nowy blok, pochodzący z 2008 roku, o mocy 474 MW w elektrowni Pątnów na węgiel brunatny. Ostatecznie trzy duże i kluczowe polskie elektrownie opalane węglem brunatnym, czyli Konin, Pątnów i Adamów przechodzą wyłącznie już do historii, a w żadnym wypadku nie zastąpią ich powstające na ich obszarze wielkie farmy fotowoltaiczne, gdyż operowanie wartościami mocy w nich zainstalowanej nie ma bynajmniej żadnego sensu, ponieważ po zmroku do krajowego systemu elektroenergetycznego będą one wnosić wyłącznie zero watów.
Jak już wspomniano, udział fotowoltaiki w krajowym miksie energetycznym wynosi 11,8 proc. Ktoś może się spierać, czy jest to dużo, czy mało. Jednak patrząc na sprawę obiektywnie, nie jest to jakoś szczególnie dużo (używając młodzieżowego języka, można by powiedzieć, że w tym wypadku „szału nie ma”). Z drugiej strony wspomniane 11,8 proc. to owszem jest już coś i zapewne dzięki zainstalowanej w naszym kraju fotowoltaice spalamy obecnie trochę mniej węgla, niż miałoby to miejsce, w przypadku gdyby tej fotowoltaiki u nas w ogóle nie było. Jednak przed wyciągnięciem z tego faktu jakichś daleko idących wniosków, proszę mimo wszystko spróbować porównać, ile wydaliśmy do chwili obecnej na zainstalowanie w Polsce ponad 27 GW mocy w panelach fotowoltaicznych, a ile ewentualnie kosztowałby nas zaoszczędzony w ten sposób węgiel?
Według oficjalnego komunikatu wydanego przez ministra energetyki (po studiach rolniczych) w nadchodzącym dziesięcioleciu na transformację energetyczną Polska ma przeznaczyć okrągły bilion złotych (1.000.000.000.000 PLN) – kwota wręcz niewyobrażalna, przewyższająca wielokrotnie nasze i tak absurdalnie rozdęte już wydatki na zbrojenia militarne. Przy okazji warto zwrócić uwagę, ile niedawno w mediach było szumu i wręcz karczemnych awantur o zaciągnięty na ten cel kredyt SAFE, natomiast sensowności wspomnianej transformacji energetycznej, która pochłonie wręcz bajońskie sumy, nawet nikt nie próbuje publicznie w jakikolwiek kwestionować.
Jeśli tona węgla energetycznego kosztuje około 300 złotych, to z prostego rachunku wynika, że za wspomniany bilion złotych, który wydamy w nadchodzących latach na transformację energetyczną, można byłoby zakupić ponad 3 miliardy ton węgla kamiennego dla polskich elektrowni cieplnych, przy czym ich stare bloki energetyczne o mocy 200 MW i 360 MW już dawno powinny zostać zastąpione nowoczesnymi blokami zaprojektowanymi na parametry nadkrytyczne o sprawności netto rzędu 45 proc., co pozwoliłoby na zaoszczędzenie nawet do 30 proc. spalanego w nich węgla.
Zakładając niezwykle optymistycznie, że przeprowadzenie w naszym kraju transformacji energetycznej przyczyni się do zaoszczędzenia w Polsce aż 30 milionów ton węgla rocznie (ale i tak będziemy musieli w związku z tym spalać więcej gazu ziemnego), koszty tej transformacji zwrócą się dopiero po ponad 100 latach (sic!). Jest to prawda, która może zostać zaliczona wyłącznie do trzeciej kategorii prawd według słynnej klasyfikacji wprowadzonej swego czasu przez ks. prof. Józefa Tischnera, ponieważ żywotność instalacji fotowoltaicznych wynosi zaledwie około ćwierć wieku, a żywotność bateryjnych magazynów energii jest jeszcze o ponad połowę krótsza, więc w ciągu rozpatrywanego stulecia, podczas którego mają nam zwrócić się koszty zakupu węgla, wszystkie rozważane tu urządzania techniczne trzeba byłoby wymienić przynajmniej 4 razy (a baterie litowe nawet ponad 8 razy). Ciekawe tylko, jakie oceny mieli z matematyki w podstawówce ludzie podejmujący tego rodzaju decyzje?
Ostateczny wniosek jest taki, że wspomniany bilion złotych, który zamierzamy wydać na transformację energetyczną, nie zwróci się nam nigdy, a ponadto już za około 20 lat będziemy musieli wydać dodatkowo krocie na demontaż i utylizację dosłownie całych hałd elektrośmieci. Jednak wcześniej doświadczymy nieuchronnej zapaści gospodarczej, wywołanej potężnym głodem energetycznym, który uderzy w nas z całą mocą już w 2030 roku, w momencie, gdy rozpocznie się proces likwidacji największej polskiej elektrowni cieplnej w Bełchatowie.
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 33-34, 10 – 23 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

