Najlepsze wakacje dzieciństwa spędzałem na początku lat dziewięćdziesiątych na zabitej dechami świętokrzyskiej, nadnidziańskiej wsi. W tym roku postanowiłem tam wrócić.
Trzydzieści lat temu do wioski prowadziła kilkukilometrowa droga gruntowa wijąca się pomiędzy polami. Zbudowany z pińczowskiego kamienia dom prababci nie był szczytem luksusu nawet jak na kryzysową końcówkę PRL-u i początek tzw. transformacji ustrojowej. W kuchni kurczątka i małe kaczuszki chodziły po klepisku, z boku stał piec na węgiel i drewno, nie było umywalki, wodę do picia i mycia czerpało się ze studni, ręce myło się w balii, a drewniany wychodek stał z drugiej strony podwórka, za gnojem.
Za to była rodzinna atmosfera, sielskie krajobrazy – pola, łąki, lasy, dzika rzeka, dobre powietrze, brak spalin samochodowych, cisza, spokój. W całej wsi był jeden telefon stacjonarny – u sąsiadów.
Ceny na Ponidziu
Atrakcją dla młodego chłopaka było wszystko, co się robiło na wsi: koszenie trawy na łące i zwożenie furmanką siana, wyrąb drzewa w lesie i potem rąbanie drewna na opał, zabawy z psami i kotami, których zawsze był nadmiar, dojenie krowy, karmienie królików, praca przy pomocy londy, czyli sieczkarni, zawożenie ogiera do kobyły w sąsiedniej wsi i wieczorne ogniska. Za stodołą było pole, na którym ciotka na śniadanie zrywała pomidory i cebulę, a do obiadu marchewkę i ogórki.
Na słupach energetycznych bociany wiły swoje gniazda. Okolicę zwiedzało się rowerem, można się było kąpać pod wodospadem, a ryby łowiło się na wędkę. W sobotę konnym wozem jechało się na targ do Pińczowa, a w niedzielę – na mszę. Pojawiały się też mrożące w żyłach krew opowieści o wilkołaku i o ukrytym skarbie dawnego dziedzica.
W te wakacje wróciłem na kilka dni na Ponidzie. Prawie wszystkie zabudowania na opisywanej wsi są opuszczone. Niektóre budynki pozostały z zawalonymi dachami i ścianami. Zarastają krzakami i drzewami. Pola nie są uprawiane. Ale jest za to asfaltowa droga biegnąca między polami, która wtedy była potrzebna, a teraz już niekoniecznie, bo wokół nie widać żywej duszy. W okolicy zmieniły się też radykalnie ceny. Pokój w pensjonacie ze śniadaniem w Busku-Zdroju dla dwóch osób dorosłych z dzieckiem kosztuje 430 złotych za noc, podczas gdy pokój ze śniadaniem w czterogwiazdkowym hotelu Holiday Inn w Abu Zabi (z basenem) dla dwóch osób dorosłych z dzieckiem to wydatek 360 złotych za noc (marzec 2025 roku). Pamiętam jeszcze rok 2010, kiedy nocleg na kwaterach prywatnych w polskich górach kosztował 25 złotych, a dodatkowo śniadanie można było wykupić za 5 złotych… Jeszcze w 2012 roku 45 złotych za noc to już była cena w droższym pensjonacie.
Oczywiście wzrosły ceny wszystkiego. Pamiętam, jak obiad w restauracji kosztował 20–25 złotych. Teraz za obiad dla trzyosobowej rodziny trudno wydać mniej niż 200 złotych. W 2010 roku gałka lodów kosztowała 1,5–2 złote, a teraz 8–10 złotych! W latach dziewięćdziesiątych bilet do muzeum kosztował jakieś totalne grosze, które nie miały żadnego znaczenia dla naszego portfela. Teraz bilety wstępu do byle jakiego muzeum dla trzech osób to wydatek rzędu 100 złotych (bilet normalny do Parku Legend w Nowej Słupi kosztuje 38 złotych, bilet rodzinny do Parku Bajki w Pacanowie – 70 złotych, a bilet normalny do Muzeum Archeologicznego i Rezerwatu „Krzemionki” w Krzemionkach Opatowskich – 40 złotych). Nie mówiąc o droższych atrakcjach.
Wejście do Zabytkowej Kopalni Srebra w Tarnowskich Górach kosztuje 84 złote, czterogodzinny rejs po Wiśle z Krakowa do Tyńca to wydatek 220 złotych za osobę (!), a za bilet normalny do kopalni w Wieliczce żądają 125 złotych! Przecież to są ceny z księżyca. Kogo stać na to, żeby w ciągu jednego dnia wejść całą rodziną do dwóch muzeów? Już nie mówiąc o atrakcjach bardziej wyszukanych, które jak pokazuję, mogą kosztować kilkaset złotych dla trzech osób. Nawet głupi magnes na lodówkę potrafi w Busku-Zdroju kosztować 15 złotych. A żeby zobaczyć gołoborza na Łysej Górze w Górach Świętokrzyskich, najpierw trzeba kupić bilet wstępu do parku narodowego za 11 złotych, a potem bilet wstępu na gołoborze za 14 złotych. Kiedyś było za darmo.
Tymczasem cena litra benzyny przekroczyła granicę 7,5 złotych, a parking w Nowej Słupi kosztuje 30 złotych! Mało kogo stać na wakacje w Polsce. Ludzie przestali już przyjeżdżać na 2–3 tygodnie, jak kiedyś, a rezerwują pokoje na weekend, pięć dni, maksymalnie tydzień.
Co się stało?
Kiedyś było naprawdę tanio. Co spowodowało, że teraz wakacyjne ceny coraz bardziej demolują kieszenie Polaków? Skąd to się bierze? Przede wszystkim usługodawcom, producentom i handlarzom wzrosły koszty. Te wszystkie podmioty, które oferują swoje produkty i usługi, ponoszą coraz wyższe koszty, które muszą przerzucić na klienta. Tak działa rynek i nie ma się co na niego obrażać. To są zasady obiektywne i niezmienne. To nie jest wina ani przedsiębiorców, ani rynku. Podziękujmy natomiast Brukseli i kolejnym rządom POPiS-u, które wdrażają wszystko, co sobie wymyśli Unia Europejska. Niektórzy przedsiębiorcy są tego świadomi. W toalecie jednej z restauracji w Busku-Zdroju wisiała kartka z napisem: „Prosimy gasić światło, prąd jest drogi. To nie był nasz wybór”.
Po pierwsze przedsiębiorcy płacą coraz więcej za energię elektryczną, głównie w wyniku polityki zielonoładowej (m.in. ETS), ale nie tylko. Wielokrotnie wzrosły koszty także fundamentalnych usług komunalnych: wywozu śmieci, udostępnienia wody i ogrzewania oraz paliwa. To wpływa bezpośrednio na każdy biznes.
Po drugie mamy ogromny skok, jeśli chodzi o płace minimalne, które są ogromnym problemem szczególnie dla małych biznesów. Trzecia sprawa to ogromny wzrost obciążeń podatkowych i parapodatkowych (m.in. zielonych europodatków czy podatków od nieruchomości, które rosną z roku na rok) i różnego typu składek, w tym przede wszystkim składek ZUS-owskich. Po czwarte koszty kolejnych unijnych regulacji, które wdrażają POPiS-owe rządy, właściwie bez żadnego zająknięcia i w podskokach, takie jak choćby koszty związane z przepisami uszczelniającymi VAT, BDO, RODO i wiele innych. W ten sposób i jako przedsiębiorcy, i jako ich klienci jesteśmy tłamszeni przez system. Właściwie nie jest możliwe prowadzenie działalności gospodarczej, ale i prowadzenie życia prywatnego bez ponoszenia wysokich kosztów.
Eurodotacje
Busko-Zdrój to świetne miejsce na spacery. Park Zdrojowy jest ładny i dość spory. Jest muszla koncertowa, pod którą wieczorem uśmiechnięci wczasowicze (zdecydowana większość w wieku emerytalnym) tańcują w rytm discopolowych przebojów i są lokale z potańcówkami. Przy jednej ze ścieżek spotkałem Zbyszka Wiśniewskiego, który grał i śpiewał piosenki zespołu Universe (a jesienią tego roku wydaję biografię Mirka Breguły mojego autorstwa). W przepięknych wnętrzach sanatorium Marconi właśnie odbywał się XXXI Międzynarodowy Festiwal Lato z Chopinem im. Barbary Hesse-Bukowskiej, gdzie bilety wstępu – dla odmiany – były w naprawdę przystępnej cenie. Dwugodzinny koncert artystek z Japonii i Litwy kosztował jedynie 25 złotych od osoby. Mogą tylko przeszkadzać chodniki w parku, które są całkowicie zabrudzone przez gołębie. Także w okolicach odlanego z brązu pomnika patrona Buska księcia Leszka Czarnego, który w 1287 roku nadał osadzie prawa miejskie. Czy nikt tego nie sprząta? A niedaleko przy urzędzie gminy poza flagą Polski i flagą z herbem miasta powiewała również niestety flaga okupacyjna.
W Busku-Zdroju zbudowano naprawdę gigantyczną tężnię, gdzie można odpocząć na leżaku i wspiąć się nawet na jej dach. W Domu Zdrojowym dostępne są wody lecznicze, a dzieci bezpłatnie dostają „Świętokrzyski Podróżnik Europejski”. To wydana na zlecenie Urzędu Marszałkowskiego Województwa Świętokrzyskiego w Kielcach mała książeczka dofinansowana z Funduszy Europejskich dla Świętokrzyskiego. Tylko dlaczego została wydana w sposób tak bardzo niechlujny, że nie da się czytać krótkich opisów atrakcji województwa? „Jeśli lubisz łamigłówki iz agadki to miejscej est dlaC iebie” – czytamy o Centrum Nauki Leonardo Da Vinci – Podzamcze Chęcińskie. „Jedna zn ich,M agic Eyet o1 50 metrów szalonego zjazdun ap ontonach!S próbuj zjechać każdą zn ich,b ot o osobna porcja wrażeń!” – to o Basenach Tropikalnych Kielce. A w opisie Świętego Krzyża czytamy: „It ot utaj wd zikich ostępach Puszczy Jodłowej zabłądził węgierskik rólewicz Emeryk,k”.
Inną ulotkę – z mapą Nadnidziańskiego Parku Krajobrazowego i również współfinansowaną przez fundusze unijne – otrzymałem w Umianowicach. Znajduje się tam Ośrodek Edukacji Przyrodniczej, w tym Nidarium, czyli akwarium pokazujące florę i faunę Nidy. Wejście bezpłatne. Olbrzymi ośrodek utrzymywany z pieniędzy podatników, a pracownicy mają świetlane plany jego rozbudowy, oczywiście również z pieniędzy podatników. Dotacje unijne współfinansowały tu także… wiatę śmietnikową i kontener sanitarny. Czyżby nie było nas stać na samodzielne sfinansowanie śmietnika i toalety, w sytuacji gdy ukrytym kosztem jest zniewolenie i uzależnienie kraju i społeczeństwa od darczyńcy?
W niedalekiej Wiślicy (znajdował się tu istotny gród Państwa Wiślan, które przyjęło chrzest od Państwa Wielkomorawskiego jeszcze przed Mieszkiem I) z funduszy Unii Europejskiej w ramach interaktywnego Muzeum Archeologicznego zbudowano podziemną trasę wokół bazyliki. Dopiero trasa turystyczna wokół wczesnośredniowiecznego grodziska została zbudowana bez brukselskich srebrników. Czyli jednak da się!
Butelkowy chaos
Na koniec pobytu w Busku-Zdroju po kilku dniach zostało dziewięć plastikowych butelek z kaucją po wodzie mineralnej. Zgodnie z nowym trendem i eurowymuszaniem bycia śmieciarzem w ostatni dzień postanowiłem je pozbierać i oddać do butelkomatu. Do najbliższej Biedronki szedłem 15 minut. Miły spacerek przez park. Niestety na urządzeniu wyświetlał się napis „Pojemnik MIX jest pełny”. Nie mogłem interweniować w sklepie, bo była niedziela, więc był zamknięty. Zamknięty był także market Społem, gdzie te wody kupiłem i nie było tam butelkomatu. Znalazłem inny market Delikatesy Centrum. Kolejne 15 minut pieszo. Tam butelkomat przyjął mi opakowania i wypluł karteczkę z kuponem na 4,5 złotego. Problem w tym, że sklep zamknięty, więc nie mogłem kuponu zrealizować. A jest on ważny 30 dni, więc nie mógłbym nim zapłacić, gdybym ponownie zawitał do Buska- Zdroju na przykład za rok.
Sprawdziłem w moich okolicach i okazało się, że dwa najbliższe sklepy tej sieci znajdują się w sąsiednich miastach oddalonych o 10 kilometrów. Więcej by kosztowała benzyna, by tam dojechać niż te 4,5 złotego. Przy okazji wizyty w pierwszym z tych miast wstąpiłem do Delikatesów Centrum, gdzie powiedziano mi, że oni w ogóle nie mają butelkomatów, więc nie przyjmują kuponów. Zadzwoniłem do sklepu w drugim mieście – identyczna sytuacja. Z kolei na infolinii polecili mi wysłać do nich mail z zapytaniem, gdzie mogę zrealizować kupon. Przez ponad tydzień nikt nie raczył odpisać.
Za to przy okazji kolejnego weekendowego wyjazdu po drodze trafiłem na market Delikatesy Centrum. Tam miła ekspedientka próbowała nabić mój kupon na kasę i otrzymała odpowiedź, że jest on do zrealizowania wyłącznie w markecie firmy, w którym wrzuciłem butelki do butelkomatu. Ufff. Już jestem pewny, że straciłem 4,5 złotego, ale przynajmniej sprawa się w końcu wyjaśniła. Kto na tym zarobił? Ile takich spraw jest w skali kraju w ciągu roku? O jakich kwotach mówimy? To jeden z powodów, dla których ponad 70 proc. naliczonych przy kupnie napojów pieniędzy za butelkę nie wraca do klientów, tylko zostaje w systemie.
A Zjednoczone Emiraty Arabskie okazały się znacznie tańsze od Polski także w innej kwestii. Otóż taksówka z centrum Abu Zabi, stolicy Emiratów, na lotnisko kosztowała w przeliczeniu 75 złotych, podczas gdy taksówka z lotniska w Pyrzowicach do domu (podobna odległość około 20 kilometrów) wyniosła dokładnie dwa razy więcej. Może być taniej? Może. Ale nie w UE.
Tomasz Cukiernik
Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy CZAS!” nr 33-34, 10 – 23 sierpnia 2026 r. Do nabycia w najlepszych salonach prasowych lub w e-wydaniu na stronie Biblioteki Wolności.

