Strona głównaGŁÓWNYNASZ WYWIAD. Braun: Polityka na smyczy lajków

NASZ WYWIAD. Braun: Polityka na smyczy lajków

-

- Reklama -

Demokracja miała być narzędziem wyłaniania przywództwa, a coraz częściej staje się konkursem na polityczną widoczność. Liczą się już nie tylko program, konsekwencja i zdolność podejmowania trudnych decyzji, lecz także tempo reakcji, liczba odsłon i bieżący bilans internetowej aprobaty.

W rozmowie z Markiem Skalskim Grzegorz Braun kreśli skrajną, bezkompromisową diagnozę współczesnej polityki: jego zdaniem elity coraz częściej nie prowadzą społeczeństwa, lecz same dają się prowadzić przez logikę sondaży i presję mediów społecznościowych. W serii „alfabet” Brauna zapraszamy do lektury wywiadu o przywództwie, które w epoce lajków coraz łatwiej mylić z administrowaniem emocjami…

- Reklama -

Marek Skalski: O istocie demokracji rozmawialiśmy ostatnio z prezesem Korwin-Mikkem, stawiając pytanie, czy w praktyce nie sprowadza się ona dziś coraz częściej do schlebiania nastrojom. Znamienny przykład pochodzi z mojej miejscowości, Dąbrowy Chotomowskiej pod Warszawą. Grupa mieszkańców zainicjowała referendum w sprawie odwołania sołtysa, a jednym z zarzutów miała być jego zbyt mała aktywność w mediach społecznościowych: za mało obecności, za mało rolek na TikToku, za mało filmików. Innymi słowy – nie dość „nowoczesny”, jak na oczekiwania części mieszkańców. Ostatecznie udało się go obronić, bo mógł wskazać na realną pracę i zaangażowanie.

Ta historia jest jednak czymś więcej niż lokalną anegdotą. Pokazuje, że coraz częściej od osób pełniących nawet najmniejsze funkcje publiczne oczekuje się nie tyle skuteczności, ile nieustannej widoczności i zdolności do przypodobania się odbiorcom. Pytanie brzmi, czy rzeczywiście na tym ma dziś polegać życie publiczne – i czy jest to zjawisko pożądane.

Grzegorz Braun: W demokracji wszystko ulega deprecjacji i dewaluacji, bo skoro można każdą bzdurę w trybie demokratycznego głosowania podnieść do rangi prawdy objawionej i każde łajdactwo można zadekretować w trybie takiegoż głosowania jako cnotę i każdy absurd można ogłosić mądrością aktualnego etapu, to znaczy że prawda nie istnieje, a to znaczy że nie ma prawdy dobra i piękna.

Jest to dość przerażające, bo oto właśnie po tej równi pochyłej demokratyzmu ześlizguje się nasza upadła cywilizacja łacińska w otchłań i w mroki talmudyzmu. Talmudyzmu, w którym – jak wiadomo – nie ma prawdy absolutnej, jest tylko prawda sytuacyjna. Nie ma moralności bezwzględnej, jest moralność sytuacyjna. Nie ma dobra obiektywnie definiowalnego, jest tylko sytuacja. Sytuacja, to znaczy to, co jest, a co nie jest aktualnie, w tym momencie, na danym etapie pożyteczne dla „naszych”, dla nas, dla mnie.

Jest to potworność sama w sobie, ponieważ wytwarza się sprzężenie zwrotne i taki byt silnie określa i determinuje świadomość ludzi działających w tak zakreślonych ramach, ramach etycznych, ramach, których nie ma. One nie istnieją, jest tylko to, co dziś nam pasuje.

Tacy politycy rzeczywiście rozglądają się za lajkami i głaskami. Niektórzy z nich nawet dość bezpośrednio o tym mówią. Przyznają, że ich programy polityczne są ściśle zdeterminowane przez horyzont wyobrażeń publiczności.

Jeden z moich byłych kolegów, a nawet koalicjantów, miał dłuższą wypowiedź na temat Polexitu – perspektywy odzyskania niepodległości, wyjścia z eurokołchozu i wyprowadzenia Unii Europejskiej z Polski. Ten mój wielce czcigodny kolega, pełniący bardzo zaszczytną funkcję, wysokie stanowisko w hierarchii władzy ustawodawczej, bardzo bezpośrednio i szczerze przyznał, że publiczność nie jest na to nastawiona, nie jest do tego gotowa, że ogół tego nie chce i o tym nie myśli i dlatego my o tym nie będziemy mówili. A zatem nie mówiąc o tym, utwierdzamy opinię publiczną, utwierdzamy wyborców, słuchaczy w ich fałszywych mniemaniach.

Jest to zatem bardzo groźne. Jeżeli lajki na Facebooku mają determinować nasze pryncypia polityczne, przypominam sobie zresztą z relacji z tymi samymi moimi byłymi kolegami szereg takich momentów, w których to ten dyktat lajków na Facebooku manifestował się bardzo jawnie. Pamiętam moment, w którym koledzy, zdaje się, po prostu byli nastawieni na zawieszenie czy wręcz wykluczenie mnie z klubu koła wówczas poselskiego. Dlaczego? Dlatego że moje stanowisko w sprawie segregacji sanitarnej, terroru pandemicznego, nie mieściło się w granicach uznawanej przez nich poprawności politycznej. Później to była kwestia ukrainizacji, czyli wszystko dla frontu ukraińskiego. No i tak za każdym razem, kiedy jakieś konkretne moje wystąpienie wywoływało natychmiastowy, zmasowany atak mediów, to koledzy właśnie szykowali się do wyciągnięcia z tego drastycznych wniosków. Paradoksalnie przed gwałtowną retorsją ratowały mnie lajki na Facebooku, ponieważ wystarczyło parę kwadransów i wystarczyło, by biuro prasowe poinformowało moich kolegów, jaki jest bilans tych lajków na Facebooku. Chociażby po wygłoszeniu z mównicy sejmowej – już przy wyłączonym mikrofonie – słów wyrażających nadzieję, że minister odpowiedzialny za terror pandemiczny, gdy Polska wróci do normalności, będzie wisiał.

Dobrze pamiętam tamten moment: wychodzę z sali sejmowej i natykam się w kuluarach na jednego z moich kolegów. Powiedzieć, że miał minę groźną, to byłoby mało – miałem wrażenie, że za chwilę eksploduje z oburzenia. Do tej eksplozji jednak nie doszło, bo jakieś pilne sprawy poprowadziły nas w różne strony. A już po paru kwadransach sprawy właściwie nie było, ponieważ okazało się, że facebookowy bilans lajków jest całkowicie odmienny od wyroku, werdyktu, sądu i kapturowej egzekucji ferowanych przez media głównego ścieku. Publiczność na Facebooku odniosła się bowiem do mojego wystąpienia z miażdżącą przewagą aprobatywnie – i wtedy zmieniła się także polityka moich byłych kolegów. Nagle nie było już sprawy, nie było też dążenia do jakiegoś gwałtownego rozstania. W tym akurat przypadku lajki na Facebooku zadziałały więc na moją korzyść.

Przytaczam ten przykład po to, by sformułować myśl, że jest to zarazem katastrofa aksjologiczna i polityczna: w takim stopniu stawać się zakładnikiem, wręcz niewolnikiem, nastrojów społecznych. I to Państwo – słuchacze, odbiorcy, czytelnicy – musicie sobie zadać pytanie, czy chcecie mieć za reprezentantów politycznych ludzi, którzy swoje działania i dążenia kalibrują wedle tego, co dyktują im zmienne z natury nastroje publiczności.
Oczywiście dobrze, by polityk pozostawał w kontakcie z publicznością; dobrze, byśmy nie wyalienowali się całkowicie, wiedzieli, co w trawie piszczy i utrzymywali więź z naszymi rodakami. Ale trzeba też mieć poczucie odpowiedzialności i rozumieć, że lider – a polityk jest liderem w mniejszej lub większej skali, na niższym albo wyższym poziomie – wyznacza kierunek działania. Lider nie może bez przerwy oglądać się na tych, którzy go otaczają. Dowódca nie mówi: „naprzód”, lecz: „za mną”. A skoro ma powiedzieć „za mną”, to sam musi wiedzieć, w jakim kierunku podąża i w żadnym razie nie powinien tego uzgadniać z jakimś kolektywem, z jakąś radą żołnierską plutonu pytającą: „W którą stronę idziemy, panie poruczniku?”. W ten sposób wojen się nie wygrywa.

Lajki, głaski i oklaski na Facebooku czy w realu są rzeczą miłą, ale nie daj Boże, byśmy mieli ster nawy państwowej zwracać w tym kierunku, który podyktują aplauz albo dezaprobata, buczenie publiczności. I to właśnie jest moje rozumienie sensu i istoty władzy państwowej – przywództwa. Przywództwo państwowe to GPS, busola, system naprowadzania państwa na właściwy kurs i ścieżkę. To także system rozpoznawania: swój czy obcy. We współczesnym wojsku – w lotnictwie, marynarce i wojskach lądowych – funkcjonują właśnie takie mechanizmy identyfikacji. Na nowoczesnym polu walki bardzo często nie ma czasu na pogłębioną analizę ani na to, by mogła zadziałać zwyczajna ludzka percepcja: by podejść bliżej, przyjrzeć się i sprawdzić, czy na statecznikach i płatach niezidentyfikowanego obiektu latającego widnieje biało-czerwona szachownica, czy może jakiś inny znak. Nie ma na to czasu, więc – systemy wykrywania swój–obcy.

W moim poczuciu kierownictwo państwa jest właśnie takim system wykrywania swój–obcy. Od tego jest prezydent, nawiązując do paru zdań, w których przelotnie dzisiaj wspomnieliśmy projekt referendum. Z całym szacunkiem, moim zdaniem prezydent nie jest od tego, by po wyborze przez naród co drugi tydzień zwracać się do tego narodu z pytaniem: „No to co radzicie, co wybieracie? Może Zielony Ład jest dobry, a może nie – wy powiedzcie, bo ja nie powiem, bo tak pojmuję demokrację, że muszę was zawsze o wszystko pytać”. Nie. Przywództwo to system naprowadzania na ścieżkę optymalną – ścieżkę rozwoju i bezpieczeństwa – wskazujący, którędy iść przez życie i przez pola minowe, które są przed nami. To także system rozpoznawania: kto jest sojusznikiem, a kto wrogiem.

Myślę, że system aktualnej elity władzy współczesnego państwa polskiego – nominalnie polskiego – jest po prostu kompletnie rozregulowany, i to rozregulowany w taki sposób, by nastąpiło odwrócenie biegunów. Unia Europejska to wróg, to nie jest organizacja, która w jakikolwiek sposób służy pomyślności przetrwaniu suwerenności niepodległości polskiej. To jest wróg, jak Wehrmacht i Armia Czerwona w 1939 r., tylko innymi metodami. Prowadzi się z nami wojnę hybrydową.

Dlaczego innymi metodami? Dlatego że nie wykazujemy odruchów samoobronnych, dlatego że instynkt samozachowawczy państwa polskiego po prostu został kompletnie stępiony, więc to wróg. Państwo żydowskie położone w Palestynie to jest wróg, szanowni Państwo, to nie jest partner zagraniczny, z którym Polacy powinni układać stosunki dyplomatyczne, gospodarcze, jak z każdym innym. To jest państwo reprezentujące wraz z organizacjami diaspory żydowskiej na świecie wrogość i to nieusuwalną wrogość wobec cywilizacji łacińskiej w ogóle, a wobec Polski i Polaków w szczególności.

Kolejne hasła czekają…

Banderowska Ukraina to jest wróg i zagrożenie biologiczne, egzystencjalne, fizyczne. Co do tego nie powinno być żadnych sporów, gdybyśmy operowali na gruncie faktów, a nie urojeń i kierowali się pryncypiami, a nie przesądami. Więc na tych przykładach widzimy, jak totalnie rozstrojona jest ta busola, jak został przetrącony nie tylko kręgosłup moralny, ale ośrodki mózgowe pod ludzką czaszką, które odpowiadają za nasze bezpieczeństwo.

Człowiek ma, chwała Bogu, odruchy samozachowawcze: zatrzymuje się nad przepaścią, a gdy coś ciężkiego na niego spada, kuli się albo szuka schronienia. Tymczasem państwo polskie jest jak po lobotomii – wygaszono w nim ośrodki, które odpowiadają za instynkt przetrwania. A może nawet nie chodzi o „szarą tkankę”, lecz o coś jeszcze głębszego: o odruchy rdzeniowe. I właśnie ten rdzeń został nam przetrącony. Fałszywa, podstawiona narodowi polskiemu głowa prowadzi go ku przepaści, ku niebytowi. Dlatego najwyższy czas – być może ostatni już moment – by to zmienić i nie oglądając się na lajki, głaski ani nie czekając na oklaski, odzyskać niepodległość.

Zawsze kończymy tym hasłem, bo dziś jest ono chyba najważniejsze. Na podsumowanie tej rozmowy chciałbym sformułować krótki apel – i sądzę, że nasz Gość się z nim zgodzi. Być może czytają nas młodzi działacze i młodzi publicyści, więc warto powiedzieć jasno: dobrze jest zawczasu wyrobić w sobie pewną odporność na pokusy populizmu, takiego jakiemu ulegli koledzy, o których mówił poseł Braun. Warto, bo sondaże, wyniki i ostatnich wyborów prezydenckich pokazują, że opłaca się zachować wierność zasadom i nie patrzeć wyłącznie na słupki. Dotyczy to zresztą także nas. W przypadku naszego wydawnictwa również pojawiały się różne pokusy – choćby dotacji czy grantów – ale oparliśmy się im i pozostaliśmy na swojej drodze. Wydaje mi się, że Czytelnicy to doceniają.

Chciałbym odnotować, że tworzycie ośrodek zupełnie wyjątkowy. Z jednej strony nadążacie za bieżączką, komentując na gorąco sprawy newsowe, z drugiej zaś dostarczacie produkt intelektualny, który zagospodarowuje białe plamy, szare strefy i te odcinki frontu, na których czasem zdaje się nikt inny nie walczy. A ponieważ scripta manent, tym ważniejsze jest to, że rodzą się książki – i tego właśnie gratuluję.

Z roku na rok jest ich coraz więcej, a z tego dorobku można już usypać całkiem solidny szańczyk: o Zielonym Ładzie, o polityce historycznej, o Jedwabnem, o dziejach niewolnictwa w Europie i niewolnictwie Słowian. To rzeczy bardzo ważne. Daj Boże, by nie był to okop Świętej Trójcy, ostatnia reduta i walka straceńcza, lecz forteca, z której wyjdziemy do kontrofensywy polskości – właśnie dlatego że stoimy mocno i pewnie na gruncie faktów, a nie zmiennych opinii.

Tak jest. Żeby Państwo nas dobrze rozumieli: nie chodzi nam o to, żeby odrzucać zdobycze technologiczne, żeby wrócić do maszyny do pisania czy pióra gęsiego. Jak najbardziej trzeba korzystać z nowoczesnych narzędzi, natomiast nie można dać się im zniewolić tak, żeby lajki, klaski, oklaski nas ograniczały i przesłaniały cały nasz horyzont.

Dodam jeszcze akapit uzupełnienia, bo odnoszę się tak delikatnie, jak potrafię i nie wywołuję nikogo po nazwisku, do moich bezpośrednich doświadczeń właśnie w kontakcie z bardzo utalentowaną, z perspektywy mojego wieku polityczną młodzieżą, już lekko przerośniętą, ale ciągle jednak młodzieżą. Zawsze mnie szczególnie smuciło, że ludzie młodsi ode mnie w takim stopniu podlegają dyktatowi mód, że ludzie, którzy z natury i swojego wieku powinni być bardziej do przodu i powinni mieć więcej luzu i swady – czują się w takim stopniu skrępowani tym, co im podsuwa aktualny dyktat mediów mainstreamowych.

Dlaczego to jest groźne? Ci koledzy potem, jakby to powiedzieć, podciągają tyły. Na każdym etapie podciągają tyły. Mija parę miesięcy, parę lat i oni już protestują przeciwko ukrainizacji (może nie używają tego słowa), przeciwko Zielonemu Ładowi (chociaż wcześniej wierzyli w globalne ocieplenie), gotowi są nawet wystąpić nonkonformistycznie na odcinku stosunków polsko-żydowskich. Ale tych parę lat temu, a czasem nawet parę kwartałów, parę miesięcy, parę tygodni wcześniej, bardzo pryncypialnie stali na stanowisku poprawności politycznej. I to jest groźne. Skoro teraz mówią tak dobrze w różnych sprawach (lepiej późno niż wcale), co będzie, jak będzie nowa pandemia? Znowu się zamaskują, znowu będą mówili, że ponieważ to władza i ponieważ to nauka, to szprycowanie koniecznie powinno być aplikowane wszystkim polskim dzieciom. Ponieważ przez usta im ciągle nie przechodzi, że przymus jakichkolwiek terapii medycznych dla polskiego patrioty powinien być nie do przyjęcia. Więc co będzie, jak przyjdzie nowa pandemia? Co będzie, jak przyjdzie nowa wojna?

Zawsze przecież najlepiej widać, że najważniejszy jest moment próby – ten pierwszy etap. Nie byłoby dziś w Polsce patologii ukrainizacji i banderyzacji na taką skalę, gdyby nie pierwsze miesiące i pierwsze kwartały, w których każdy, kto mówił „stop ukrainizacji”, był odsądzany od czci i wiary, niestety także przez liderów formacji, które uchodziły za patriotyczne, wolnościowe czy narodowe. Nie chodzi jednak o samo wytykanie, że ktoś wtedy zawiódł – być może zawiódł ich refleks, być może na wcześniejszych etapach zbyt się zagalopowali, a dziś po prostu doszlusowali. Tak jak Mateusz Morawiecki, który teraz także protestuje przeciwko Zielonemu Ładowi. Nie chodzi o wytykanie błędów i wypaczeń z przeszłości. Chodzi o to, żeby brać pod uwagę to, kto zawiódł, a kto nie zawiódł, kogo nie zawiódł jego instynkt polityczny na poprzednich etapach, bo to jest pozytywna lub negatywna rekomendacja na przyszłość…

Najnowsze