To się nazywa prawdziwy, systemowy łut szczęścia. Sędzia Sądu Okręgowego w Zamościu, Teresa Z.-T., która w listopadzie 2025 roku prowadziła samochód mając we krwi 1,5 promila i spowodowała wypadek, może powoli odkurzać togę. Jej sześciomiesięczne zawieszenie w obowiązkach właśnie dobiega końca, bo sąd „magicznie” nie rozpoznał na czas wniosku i przedłużenie zawieszenia.
Powrót sędzi z zarzutami karnymi do orzekania to efekt wręcz fascynującego łańcucha czystych przypadków.
Zażalenie na jej zawieszenie trafiło do Sądu Najwyższego jeszcze w ubiegłym roku, a w połowie grudnia wylądowało w referacie sędziego Tomasza Demendeckiego. Ten jednak przez niemal pięć miesięcy nie zdołał wyznaczyć terminu posiedzenia.
Oficjalna wersja jest taka, że rzekomo nie miał zielonego pojęcia, że sprawa w ogóle została mu w systemie przydzielona.
Jak podaje Onet, całej sytuacji wyjątkowego smaczku dodaje fakt, że interesów zawieszonej sędzi broni mec. Michał Skwarzyński, który całkowitym zbiegiem okoliczności reprezentuje również samego sędziego Demendeckiego w innych postępowaniach.
Obrońca oczywiście deklaruje pełne zaskoczenie i brak wiedzy o tym, kto miał rozpoznawać zażalenie jego klientki, co rzekomo powstrzymało go przed złożeniem wniosku o wyłączenie sędziego ze sprawy.
W wyniku tego niezwykłego nagromadzenia przeoczeń, system dyscyplinarny zadziałał z imponującą skutecznością – to znaczy nie zadziałał wcale. Skoro Sąd Najwyższy nie zdołał zająć się aktami na czas, okres zawieszenia po prostu upłynął.
Tym samym sędzia Teresa Z.-T. nie poniesie konsekwencji za jazdę po pijaku i spowodowanie wypadku i już niebawem może w majestacie prawa wracać na salę rozpraw.
