Stany Zjednoczone umacniają swoją pozycję na Zakaukaziu. Choć europejscy komentatorzy uważają, że dzięki temu swoje wpływy traci tam Rosja, to nie do końca jest to prawda. Rosja od dawna ma w tym regionie mało do powiedzenia. Amerykańska administracja chce wyprzeć z tego regionu wpływy usiłującej się tu zakotwiczyć Unii Europejskiej, a przede wszystkim ograniczyć ekspansję Chin, przejmując kontrolę nad szlakami tranzytowymi wiodącymi do Pekinu. Nie jest to działanie typowe dla Zakaukazia. Logistyczne chińskie dominowanie Waszyngton chce ograniczyć wszędzie, gdzie tylko się da, utrudniając realizację chińskiej koncepcji „jeden pas – jedna droga”.
Gdy władze USA z polecenia prezydenta Donalda Trumpa zabrały się za azersko-ormiańską problematykę, szybko doprowadziły do wygaszenia konfliktu między Armenią a Azerbejdżanem. Obie strony nie podpisały jeszcze wprawdzie porozumienia pokojowego, ale wiadomo, że jest ono wynegocjowane i jest tylko kwestią czasu, kiedy ostatecznie wejdzie w życie. Amerykańska dyplomacja obu stronom przedstawia zyski, jakie państwa odniosły z faktu wznowienia stosunków dyplomatycznych, nawiązania współpracy gospodarczej i rzecz jasna przyjaźni z Ameryką. Waszyngton nie wspomina oczywiście o swoich dywidendach z tego patronatu, tj. o zyskach ekonomicznych, a przede wszystkim strategicznych.
O wadze, jaką przywiązuje Biały Dom do stabilizowania sytuacji na Zakaukaziu, świadczy m.in. wizyta w Armenii i Azerbejdżanie wiceprezydenta USA J.D. Vance. W obu stolicach był on przyjmowany z honorami. W Erewaniu na lotnisku rozłożono pod jego nogi czerwony dywan, czego amerykański gość się pewnie nie spodziewał. Vance niewątpliwie przyjechał do Armenii, żeby poprzeć pozycję w armeńskim społeczeństwie premiera Nikoła Paszyniana, który znajduje się obecnie pod silną presją. Polityk ten konsekwentnie opowiada się za zakończeniem wojny z Azerbejdżanem, nawiązaniem z nim współpracy gospodarczej, tranzytowej, a nawet za cenę ustępstw, które przez znaczną część jego ziomków nie są akceptowane. Widzi on też w inicjatywach prezydenta Donalda Trumpa i zaangażowaniu w Armenii amerykańskiego kapitału, gwarancji suwerenności republiki. Wie, że jego kraj leży między Azerbejdżanem a Turcją i potrzebny mu jest gwarant, który tę suwerenność zapewni. Zdaje sobie sprawę, że na dziś takim krajem są tylko Stany Zjednoczone.
Amerykański wiceprezydent zapewnił armeńskich gospodarzy o wielkiej życzliwości jego kraju dla Erewania. Zapowiedział, że w trakcie realizacji korytarza transportowego, łączącego Turcję z Azerbejdżanem przez Armenię, kapitał amerykański wyłoży w pierwszym etapie 5 mld USD. W drugim jeszcze 4 mld USD. Waszyngton dostarczy też Armenii zwiadowcze drony na kwotę 11 mln USD. Armenia otrzymała też propozycję skorzystania z amerykańskiego „pokojowego atomu”.
Zaufanie dla Paszyniana
Waszyngton wyraził gotowość budowy w Armenii modułowej elektrowni atomowej. Dostęp do tej technologii uzyskało 50 krajów. Armenia może stać się 51. krajem. Armenia uzyskała też możliwość kupowania w USA mikroelektroniki. Vance zapewnił także, że Ameryka zacznie inwestować w budowę zaplecza dla rozwoju w republice sztucznego intelektu.
Przemawiając w Erewaniu i podkreślając zasługi Paszyniana, amerykański wiceprezydent powiedział, że Armenia pod wodzą Paszyniana „stała się jednym z niewielu państw, w stosunku do których mamy dostateczne /zaufanie/ do planowania inwestycji na takim poziomie i udostępnienia technologii takiego /nowego/ rodzaju”. Vance nadmienił także, że tak się dzieje, dzięki temu że u steru w Armenii jest premier Nikoł Paszynian.
Dzięki poparciu USA Paszynian, a raczej jego partia niewątpliwie wygra kwietniowe wybory, mimo że Ormiański Apostolski Kościół rzucił na niego klątwę, potępiając go do siódmego pokolenia. Dla niego ustępstwa Paszyniana wobec Azerbejdżanu dotyczące Nagorno Karabachu, a także konstytucji i kwestii historycznych, są nie do zaakceptowania.
Ormiański Apostolski Kościół popiera więc opozycję, narażając się na represje, które zagrażają podstawom jego istnienia. Paszynian nie przejmuje się jednak protestami i klątwami biskupów. Dla niego ważne jest, że ma poparcie wiodącego państwa świata, które w związku z budową „korytarza transportowego Trumpa” deklaruje, że przez następne 99 lat „Armenia będzie istnieć jako suwerenne i niepodległe państwo, żyć w pokoju i wykorzystywać swe atrakcyjne, przyciągające inwestycje, położenie”. Choć Erewań nadal deklaruje, że nie zamierza zrywać więzów z Rosją, to dla wszystkich jest oczywiste, że jej wpływy w tym kraju się kurczą.
Kreml liczy straty
Moskwa liczyła, że to jej Armenia zleci budowę nowej elektrowni atomowej. Czas eksploatacji zbudowanej w czasach sowieckich, obecnej elektrowni atomowej skończy się za 10 lat i będzie musiała zostać zlikwidowana. Obecnie, gdy USA złożyły jej propozycję budowy atomowej elektrowni modułowej, jest to raczej mało realne…
Azerbejdżan od dawna demonstruje w stosunku do Rosji pozycję, jeżeli nie wrogą, to przynajmniej niechętną i o jej względy nie zabiega. Jego potencjał i sojusz z Turcją sprawia, że nawet wobec USA nie zajmuje postawy wasalnej, lecz partnerską.
Ilcham Alijew amerykańskiemu gościowi czerwonego dywanu pod nogi rozkładać nie kazał. W trakcie jego wizyty podpisano Kartę o Strategicznym Partnerstwie. W jej ramach obie strony będą współpracować w rozwoju korytarzy transportowych, biegnących przez terytorium Azerbejdżanu. I to nie tylko tych, prowadzących z Armenii, ale także przez Gruzję nad Morze Czarne.
Stany Zjednoczone najzwyczajniej też zamierzają go kontrolować, demonstrując Chinom i Unii Europejskiej, że mogą ten kanał zamknąć w każdej chwili. Alijew zgodził się dopuścić amerykańskich inwestorów oczywiście nie za darmo. Oferta współpracy, którą otrzymał od Amerykanów jest o wiele szersza od tej, którą otrzymał Paszynian, co też dogadza jego ambicjom. Obie strony będą współpracować w zakresie badań nad sztuczną inteligencją, w technologii cyfrowej, kosmicznych technologiach, platformach innowacyjnych. Azerbejdżan i USA będą także rozszerzać współpracę w sektorze energetycznym, nie tylko w naftowo-gazowym, ale także przy tranzycie energii elektrycznej na światowe rynki.
Nikt nie jest w stanie się przeciwstawić
Oba państwa zadeklarowały także współpracę w sferze obronnej, w tym sprzedaży sprzętu wojskowego i szkolenia personelu, współpracy w walce z terroryzmem i umacnianie bezpieczeństwa.
Amerykański wiceprezydent zapowiedział m.in. dostawę do Azerbejdżanu kutrów patrolowych, które powinny wzmocnić ochronę jego sektora Morza Kaspijskiego. Wyraził on też uznanie dla Alijewa jako jedynego przywódcy, który jednocześnie utrzymuje dobre stosunku zarówno z Turcją, jak i Izraelem.
Zdaniem obserwatorów wzięcie przez USA pod swoją kontrolę logistycznej struktury Zakaukazia szybko sprawi, że region ten przestanie być obszarem konfrontacji, a stanie się regionem współpracy handlowo-gospodarczej. Mało prawdopodobne jest, by ktokolwiek był w stanie złamać tę tendencję. Amerykańskim interesom na dziś nikt nie jest w stanie realnie się przeciwstawić.


