Strona głównaMagazynO polskiej nauce uwag kilka. W czym leży problem?

O polskiej nauce uwag kilka. W czym leży problem?

-

- Reklama -

W medialnych dyskusjach o istotnych polskich problemach temat szkolnictwa wyższego i nauki pojawia się nader rzadko. Niektórzy uważają, być może słusznie, że to, co dzieje się na uczelniach i dyskusje, którym oddają się naukowcy, to sprawy hermetyczne, dalekie od codziennej rzeczywistości i nudne dla tzw. przeciętnego odbiorcy, którego znacznie bardziej interesują mecze piłkarskie, a przynajmniej kłótnie między nagłośnionymi politykami.

Temat nauki pomijany jest też milczeniem niejednokrotnie przez samych naukowców, którzy nauczeni doświadczeniem ubiegłych lat, nie widzą sensu, aby kopać się z koniem.

- Reklama -

W czym leży problem?

Na temat niedostatków polskiej nauki napisano od lat dziewięćdziesiątych bardzo dużo. Niestety nie jest lepiej, a pod pewnymi względami nawet znacznie gorzej. Najwyżej oceniane uczelnie Polskiej (UJ i UW) sytuują się na liście szanghajskiej w czwartej setce. Nawet jeśli z pewnym dystansem potraktować te oceny, to nie zmienia faktu, że powinniśmy mieć większe ambicje. Niedostatki wynikają, moim zdaniem, głównie z tego, że nauka polska funkcjonuje obecnie w modelu kolonialno-globalistycznym, w którym peryferia traktowane są jedynie jako obszar imitatorski, dostarczyciel talentów oraz materiału badawczego do centrum, zaś ośrodek dominujący narzuca teorię standardy ekonomiczne, merytoryczne oraz instytucjonalne. Owszem, kolonizator na dłuższą metę zainteresowany jest tym, aby peryferia w ogóle nie kształciły swojej elity, a jedynie dostarczały taniej siły roboczej, która nie zadaje pytań.

Taki model niszczy oczywiście tożsamość oraz potencjał lokalnych struktur. Ponieważ lepszy przykład niż wykład, przywołajmy sytuację sprzed paru lat. Epokowych zmian w polskiej nauce miał dokonać rząd „zjednoczonej prawicy” najpierw kierowany przez Beatę Szydło, a potem Mateusza Morawieckiego. W obu tych gabinetach ministrem nauki i szkolnictwa wyższego był Jarosław Gowin (parę lat wcześniej polityk będący twarzą PO). Za jego rządów zaczęły się najpierw „konsultacje społeczne” polegające na tym, że przez 9 miesięcy co miesiąc w innej uczelni odbywały się debaty na wybrane zagadnienia dotyczące szkolnictwa wyższego. Rozpisano też konkurs na projekty legislacyjne, z których miał wyłonić się kształt „Ustawy 2.0”. Zdaniem ministerstwa rozpoczął się też największy po 1989 r. proces konsultacji społecznych trwający blisko 700 dni z udziałem ok. 7000 osób ze środowiska akademickiego.

- Prośba o wsparcie -

W różnych uczelniach zorganizowano m.in. 9 konferencji tematycznych (na każdą z nich ministerstwo wyłożyło 200 tys. zł) oraz ponad 100 spotkań i debat (nie wiem, ile kosztowały one podatnika). Tak duża ilość działań w stosunkowo krótkim czasie, a przy tym wyciszanie głosów krytycznych nie miało pozytywnego skutku. Jako uczestnik niektórych dyskusji odniosłem na koniec wrażenie, że miały być one jedynie zasłoną dymną dla decyzji, które podjęto wcześniej i gdzie indziej, a „Ustawa 2.0” uchwalona w 2018 r., jakby spadła z nieba i wprowadziła chaos na wielu uczelniach. Nie przyczyniła się też do wzrostu poziomu badań np. humanistycznych. Zapanowała choćby tzw. punktoza – schorzenie nauki polegające na tym, że nie liczy się odkrywczość badań, ale punktacja czasopism, w których jest publikowany artykuł (biorąc pod uwagę tezę, że nauka polska jest skolonizowana, nie dziwi fakt, że obecnie nawet humanistom często bardziej opłaca się drukować w czasopismach obcych niż polskich).

Z kolei gdy chodzi o monografie, to wydzielono dwie grupy wydawnictw. Pierwszą tworzą oficyny polskie (tutaj punktacja jest niższa), drugą zaś 20 zagranicznych (dokładnie nie wiadomo dlaczego te, a nie inne). W nich właśnie wydanie książki jest najwyżej punktowane. Pracę trzeba jednak zgłosić w obcym języku (a zatem wcześniej znaleźć pieniądze na dobre tłumaczenie), a następnie musi być ona zaakceptowana przez zagranicznego wydawcę. Co jednak wtedy, jeśli mu się nie spodoba, bo temat będzie zbyt hermetyczny, np. dla anglojęzycznego odbiorcy, wyznaczeni recenzenci nie będą dobrze obeznani w szczegółach (Amerykanin nie musi przecież znać się choćby na niuansach polskiej historii) albo – o zgrozo – niepoprawny politycznie (zawsze można dopatrzyć się wątków antysemickich lub homofobicznych)?

Niejako przy okazji za sprawą Ustawy 2.0 zaszyły też inne zmiany. Nagle okazało się choćby, że publikacje pokonferencyjne prawie się nie liczą i jak nożem obcięto zainteresowanie organizacją konferencji. Nauka, w której dyskusja i kontakty są bardzo ważne, straciła istotne źródło intelektulano-organizacyjnego zasilania. To wszystko pokazuje, że nauką polską nie zarządzają Polacy, o co właśnie skutecznie zadbał reprezentujący interesy globalistów rząd Mateusza Morawieckiego. Minister Gowin został wkrótce oddelegowany do Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, ale równie dobrze mógłby być ministrem innego resortu. W zamierzeniu rządzących Polską (gdziekolwiek oni są) nie chodzi przecież o to, żeby ktoś w rządzie był decydentem, a w dodatku podejmował decyzje w interesie Polaków (proceder z egzotycznymi ministrami trwa zresztą nadal).

Pomówmy o pieniądzach

Aby w Polsce być naukowcem, trzeba mieć pasję badawczą bez oglądania się na korzyści finansowe. Ci, którzy nie chcą pogrążyć się w biedzie opromienionej na przykład tytułem doktora habilitowanego, powinni też być przedsiębiorczy, czyli na przykład pracować na kilku etatach lub mieć znajomości, aby uzyskiwać dotacje, zlecenia, granty etc. Polska nauka od lat cierpi na niedofinansowanie, co sprawia, że wielu zdolnych ludzi nie jest zainteresowanych pracą na uczelni. Pamiętam czasy, kiedy każdy naukowiec miał corocznie przydzieloną kwotę, z której mógł finansować swoje projekty (tzw. pieniądze statutowe). Do tego niektórzy posiadali środki z grantów ministerialnych. Był nawet taki okres, kiedy pieniądze statutowe przydzielano na podstawie osiągnieć publikacyjnych. Dla najlepszych były więc największe środki gwarantujące pokrycie najpilniejszych potrzeb na badania. Wraz z ustawą Gowina wszystko to odeszło w przeszłość (oczywiście wraz z obietnicami podwyżek płac).

Raz w roku (a zazwyczaj rzadziej) można ubiegać się o grant uczelniany. Przeważnie nie jest on wysoki i z trudem pokrywa koszty projektu. W ubiegłym roku dowiedziałem się, że innych pieniędzy nie będzie. Jeśli zatem ktoś chce jechać na konferencję krajową bądź zagraniczną albo na kwerendę biblioteczną, to oczywiście może to zrobić, ale za własne pieniądze. Mamy więc obecnie do czynienia prawie z zupełnym usunięciem finansowania dotacyjnego (które jest stale w przeciwieństwie do grantowego), co sprawia, że wielu naukowców (zwłaszcza humanistów) prowadzi badania za własne pieniądze. Zapewne wraz z zapowiedzianym i realizowanym wzrostem wydatków na zbrojenia (czyli eksploatacji Polski przez amerykańskie lobby militarne) spadać też będą nakłady na naukę. Będzie to zatem ciąg dalszy stopniowego wywłaszczania nas z suwerenności kulturowej i blokowania badań niekorzystnych z punktu widzenia kolonizatora. Proces wasalizacji polskiej nauki trwa zresztą od kilku dziesięcioleci wraz z obcinaniem nakładów na badania.

Jako zwolennik teorii spiskowych (nie ma racjonalnych podstaw, aby spiski negować), uważam, jest to proces sterowany i posłusznie realizowany przez polskich polityków (czyli podwykonawców). Skok jakościowy w nauce i kondycji kraju byłby zauważalny, gdyby nakłady na naukę były zbliżone do tych, które są asygnowane na obronność. Nauka nie może jednak być dobrze dotowana, kiedy likwiduje się przemysł, rolnictwo i inne dochodowe branże. Gospodarka to sieć naczyń połączonych. Nauka co prawda nie musi od razu przekładać się na wymierne dochody, ale zaniedbania w tej dziedzinie skutkują stopniowo postępującym zacofaniem technologicznym, anihilacją elit czy też kształtowaniem się tzw. lumpeninteligencji, o której pisała Anna Pawłowska w książce „Głowy hydry. O przewrotności współczesnego zła”.

Czy przyszłość będzie lepsza?

Nauka jest niewątpliwie fascynującym obszarem ludzkiej aktywności, a poważne kraje, które walczą o swą suwerenność polityczną i kulturową, cenią naukowców i łożą na badania pokaźne sumy. Zmian w nauce nie da się wprowadzić szybko, zwłaszcza kiedy ośrodki dominujące (lobbyści, okupanci polityczni, zdemoralizowane lumpenelity) stawiają mocny opór. Pamiętajmy, że nie wystarczy powtórzyć coś za „najlepszymi” uniwersytetami bądź wydawnictwami, aby stworzyć pozory, że ma się rację (ku opamiętaniu warto przeczytać niewielką książkę „Zmierzch wiedzy”. Lindsaya Watersa). Potrzeba nam nowej strategii. Zwrócę uwagę tylko na wybrane kwestie.

Obecnie etos akademicki przekształca się w swoisty etos korporacyjny, odchodząc od misji kulturotwórczej i obywatelskiej w kierunku kształcenia specjalistów. W tym ujęciu uniwersytet musi stawać się „przedsiębiorczy” w sferze kształcenia (a to oznacza próby dostosowywania się do rynku pracy) i w sferze nauki, starając się być oferentem usług: odpowiednio edukacyjnych (w dużym stopniu praktycznych, zawodowych) i badawczych (przede wszystkim stosowanych). Ze względu na konkurencyjność i poprzez zorientowane na rynek formy legitymizacji, takie jak globalne rankingi, amerykański model uniwersytetu wyszedł poza granice tego kraju i jest obecnie postrzegany jako paradygmat uniwersalny.

Przeciwwagą dla takiej koncepcji jest tzw. model humboldtowski, który jest instytucją kulturową i etosową honorującą 5 zasad: jedność wiedzy i nauki, badań i kształcenia, profesorów i studentów, wolności i autonomii akademickiej oraz promocję poczucia narodowego. Zwłaszcza w naukach humanistycznych uniwersytet z fabryki teoretycznej wiedzy powinien stać się bardziej agorą, uniwersytetem osobowości i autorytetu, inspirującym człowieka do myślenia i dającym zdolność do elastycznego reagowania na szybko zmieniającą się i skomplikowaną rzeczywistość. Należy bronić polskich uczelni przez imitatorską destrukcją i arbitralnymi decyzjami, które zapadają w niejasny sposób.

Wszelkie zmiany ustawowe w Polsce w zakresie systemu edukacji i nauki powinny iść w kierunku zachowania i rozwoju kultury narodowej oraz wzmacniania szeroko rozumianego potencjału państwa. U ich podstaw powinno być założenie, że niepodległe i mocne państwo należy do najwyższych wartości, a zatem nauka powinna badać, gromadzić, ukazywać i przekazywać walory dziedzictwa kultury Rzeczpospolitej (humanistyka), zaś nauki ścisłe, stosowane, medyczne, społeczne powinny swoimi dokonaniami umacniać prestiż Polski, przyczyniać się do jak najlepszej ekonomicznej, obronnej, zdrowotnej, mentalnej i organizacyjnej kondycji kraju.

W dyskusji o szkolnictwie, zwłaszcza wyższym trzeba przede wszystkim pamiętać o celu: ma nim być zachowanie i rozwój cywilizacji (w naszym przypadku łacińskiej) nie zaś tylko wyszkolenie przyszłych pracowników (zdyscyplinowanych i bezmyślnych). Istotny i trwały musi pozostać walor wiedzy formującej. Niedopuszczalne jest dążenie do takiej integracji przestrzeni edukacyjnej w Europie, jaka powoduje upodobnienie się kraju do zlaicyzowanego i nihilistycznego świata. Czy są to tylko pobożne życzenia? W gronie poważnych i zaangażowanych osób czas najwyższy o tym podyskutować.

Najnowsze