Niemieccy politycy i urzędnicy cieszą się z nowych, styczniowych szacunków urzędowych statystyków – wskazujących na minimalny wzrost całej gospodarki w roku 2025. Ale niemiecki przemysł nadal produkuje coraz mniej – już czwarty rok z rzędu. A eksport Niemiec nadal spada – już trzeci rok z rzędu i przede wszystkim na kluczowych rynkach USA i Chin.
Niemieccy urzędnicy, politycy i statystycy cieszą się, że formalnie Niemcy uniknęły trzeciego z kolei całego roku z recesją gospodarki – bo w roku 2023 wzrost PKB w Niemczech był ujemny i wyniósł minus 0,9 proc., a w 2024 minus 0,5 proc. Cieszą się, gdyż 15 stycznia niemiecki Urząd Statystyczny podał, że według wstępnych szacunków w całym roku 2025 niemiecki produkt krajowy brutto trochę wzrósł – choć raptem o 0,2 proc. Te wstępne dane dają im bowiem nadzieję na jakieś gospodarcze ożywienie, które w tym roku ma być wspierane wielomiliardowymi inwestycjami państwa – z zaciągniętych ogromnych pożyczek.
Inwestycjami planowanymi głównie w różnoraką infrastrukturę, w dalszą „transformację” energetyki w kierunku „ochrony klimatu” i „zielonego ładu”, a także w zbrojenia armii i inne wydatki na cele „obronne”. Niemiecki GUS podał też, że dopiero jesienią ub. roku nastąpiło znaczące przyśpieszenie wzrostu w niektórych branżach gospodarki, w tym w usługach. Oszacowano, że w sumie w IV kwartale ubiegłego roku PKB Niemiec wzrósł o 0,2 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem – już po uwzględnieniu zmian cen, czynników sezonowych i kalendarzowych. Super!
Ale stwierdzono, że „ten wzrost wynika przede wszystkim ze wzrostu wydatków konsumpcyjnych gospodarstw domowych i ze wzrostu wydatków państwa”, jak poinformowała prezes Federalnego Urzędu Statystycznego Ruth Brand podczas prezentacji danych w Berlinie. Dodała, że eksport ponownie spadł, co było następstwem wyższych ceł USA [od kwietnia ub. roku], umocnienia waluty euro względem dolara oraz coraz silniejszej konkurencji ze strony firm i produktów z Chin. Według danych Urzędu, w roku 2025 eksport spadł już trzeci rok z rzędu – tym razem o 0,3 proc. Ponadto „utrzymuje się słaba koniunktura inwestycyjna”, stwierdziła prezes Brand. Bo „zainwestowano mniej niż rok wcześniej – zarówno w wyposażenie przedsiębiorstw, jak też w budownictwo”. Schlimm!
Wg Urzędu Statystycznego niemiecki eksport do USA, największego odbiorcy produktów made in Germany, w pierwszych dziesięciu miesiącach ubiegłego roku spadł aż o 7,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem roku 2024. To przede wszystkim skutek nowej polityki celnej USA od wiosny ub. roku. Ta polityka obciąża większość niemieckich towarów i usług sprowadzanych do USA cłami 15-procentowymi, a niektóre, jak stal i aluminium oraz ich pochodne, cłami aż 50-procentowymi. Np. aż około połowy dostaw niemieckich maszyn do USA podlega cłom na stal i aluminium. Do tego dochodzą duże trudności i problemy biurokratyczne, ponieważ przed ocleniem maszyny czy urządzenia przemysłowego „trzeba ustalić zawartość metalu i pochodzenie każdej śruby”. Z drugiej strony niemieccy producenci maszyn i urządzeń ponoć często dostarczają Ameryce i jej firmom produkty, które mają niewielką konkurencję na rynku amerykańskim. Dzięki temu „mogą przenieść większość kosztów związanych z cłami na swoich amerykańskich klientów” (wg dw.com).
Płonne nadzieje na ożywienie gospodarki?
Mimo to niektórzy niemieccy ekonomiści i urzędnicy – przede wszystkim ci okołorządowi – nie tracą nadziei na ożywienie gospodarki w roku 2026. Przewidują wzrost niemieckiego PKB o około 1,0 proc. do 1,3 proc. Chociaż np. renomowany Instytut Ifo z Monachium przewiduje jedynie 0,8 proc. wzrostu PKB, a Bundesbank zaledwie 0,6 proc. Należy jednak przypomnieć, że podobne były ich przewidywania ponad rok temu – te na rok 2025, a w realu skończyło się na wspomnianych mizernych 0,2 proc. wzrostu. Nic więc dziwnego, że jak to pokazują badania instytutu Ifo, już ponad 26 proc. ankietowanych firm działających w Niemczech spodziewa się pogorszenia koniunktury w roku 2026.
Wspomniane nadzieje niektórych ekonomistów i urzędników wiążą się z zaplanowanymi i niekiedy już realizowanymi wielkimi inwestycjami państwa w infrastrukturę (głównie w drogi i linie kolejowe) oraz w tzw. obronność, czyli w armię, jej sprzęt, nową produkcję uzbrojenia itd. Uważają też, że na ożywienie gospodarki korzystnie wpłynie również to, że w roku 2026 będzie więcej dni roboczych niż w 2025 czy 2024, ponieważ więcej dni świątecznych przypada w soboty i niedziele. Wunderbar!
Jednak wielu ekonomistów spodziewa się zauważalnego ożywienia gospodarki dopiero w roku 2027 lub 2028, kiedy to efekty ogromnych kwot wydatkowanych przez państwo (głównie z nowych wielomiliardowych pożyczek) staną się „w pełni odczuwalne”. Zastrzegają jednak, że przy tym konieczne są duże reformy, aby te znacznie większe wydatki i inwestycje, umożliwione dzięki nowym pożyczkom rządu, nie przyniosły efektu jedynie chwilowego (wg DPA).
Jednak 18 stycznia pojawiła się, w związku ze sprawą Grenlandii, groźba dotkliwych nowych ceł USA na towary z ośmiu „opornych” państw Europy, w tym z Niemiec – od 1 lutego. W związku z tym rząd RFN już nazajutrz zadeklarował gotowość do zastosowania środków odwetowych wobec USA – w razie nałożenia amerykańskich „ceł karnych”. Gdyby te nowe cła weszły w życie, choćby tylko na okres kilku miesięcy, straty niemieckich eksporterów byłyby ogromne. Wtedy ww. niemieckie nadzieje na choćby 1-procentowy w tym roku wzrost gospodarki stałyby się ostatecznie nierealne.
Kryzys pogłębia się
Tymczasem 16 stycznia okazało się, że kryzys w niemieckiej gospodarce pogłębia się. Niemieckie media podały bowiem, że w Niemczech liczba wniosków firm do sądów o ogłoszenie ich upadłości wzrosła w grudniu aż o 15,2 proc. rok do roku. Według szacunków Instytutu Badań nad Gospodarką z Halle cała zeszłoroczna liczba ponad 17,6 tys. upadłości przedsiębiorstw była najwyższa od 21 lat.
Np. w październiku 2025 niemieckie sądy rejonowe zarejestrowały aż 2 108 prawomocnych wniosków przedsiębiorstw o upadłość. Było to o 4,8 proc. więcej niż w październiku 2024. Ta fala upadłości firm ponoć najsilniej uderzyła w sektory transportu i gospodarki magazynowej, następnie w hotelarstwo i gastronomię oraz w budownictwo. Okazało się przy tym, że o ile w roku 2024 upadało więcej firm dużych i średnich (tj. tych zatrudniających od 50 do 250 pracowników), to w roku ubiegłym niewypłacalność dotknęła głównie firmy mniejsze i małe.
Ale także liczne firmy duże i znane, jak np. Groschenmarkt (handel dyskontowy), Goertz (obuwie), Gerry Weber (odzież) czy Karrié Bau z Moguncji i Monachium (budownictwo). Z kolei np. w samym październiku 2025 w Niemczech odnotowano aż 6 709 upadłości konsumenckich, co oznacza wzrost o 7,6 proc. rok do roku. A to zjawisko ma bezpośredni i negatywny wpływ na pogarszanie się nastrojów społecznych oraz na malejący poziom konsumpcji, co dodatkowo obciąża finansowy system państwa.
Powyższe i inne słabe wyniki niemieckiej gospodarki potwierdzają negatywny trend panujący od roku co najmniej 2020 w całej strefie politycznej waluty UE – euro. Więc kanclerz rządu Niemiec przyznał wreszcie – na noworocznym spotkaniu z przedstawicielami wielkich przedsiębiorstw i gospodarki w Halle, że jedną z głównych przyczyn tych słabych wyników są od lat zbyt wysokie ceny energii elektrycznej, a kolejne rządy RFN przez długie lata „błądziły” w kwestiach polityki energetycznej. Fryderyk Merz powiedział też między innymi, że rezygnacja z energii jądrowej była „poważnym błędem strategicznym”.
A skoro już tę rezygnację zaplanowano [w latach 2011–2012], to przynajmniej w roku 2022 i później należało utrzymać w sieci ostatnie cztery działające i sprawne elektrownie atomowe. A niestety wszystkie te elektrownie zamknięto i wygaszono, co znacznie zmniejszyło moce wytwórcze Niemiec.
Wskutek tej „błędnej polityki”, Niemcy realizują obecnie „najdroższą transformację energetyczną na świecie”, oznajmił kanclerz Merz. Podkreślił przy tym, że jego celem jest powrót do „akceptowalnych [przez przedsiębiorstwa] cen rynkowych” tak, aby państwo nie było zmuszone do ciągłego dotowania energii elektrycznej dla gospodarstw domowych i firm z budżetu federalnego. Bo „na dłuższą metę nie możemy sobie na to pozwolić”. Richtig!
Szef rządu przyznał też samokrytycznie, iż „nie znam takiego drugiego kraju, który tak bardzo utrudniałby sobie ten proces [energetycznej transformacji] i czynił go tak kosztownym. Narzuciliśmy sobie tempo i cele, które teraz musimy pilnie skorygować, bo po prostu już brakuje nam mocy produkcyjnych”. Zapowiedział, że budowa nowych elektrowni jądrowych powinna „ruszyć niebawem”, a odpowiednie procedury administracyjne są już na ukończeniu. Więc już wkrótce „ruszą przetargi” na budowy nowych elektrowni jądrowych, a plany rządu zakładają też wykorzystanie jeszcze istniejącej infrastruktury. Super!
Czy te słowa oznaczają może początek odwrotu władz Niemiec od zgubnej dla tego kraju i dla innych krajów UE neo-sowieckiej „polityki klimatycznej” i od osławionego euro-komunistycznego „zielonego ładu”? Wydaje się, że jeżeli nawet tak, to będzie to tylko odwrót częściowy, selektywny i w praktyce bardzo powolny.


