Strona głównaMagazynNatowski węzeł gordyjski. Co powinna zrobić Polska?

Natowski węzeł gordyjski. Co powinna zrobić Polska?

-

- Reklama -

To trudne do uwierzenia, ale relacje między USA a Europą tak się pogorszyły, że jedne państwa należące do tego samego paktu wojskowego wysyłają wojska na teren jednego z nich, aby chronić jego terytorium przed spodziewaną aneksją zapowiadaną przez innego członka tego samego sojuszu. Sprawa oczywiście dotyczy wysłania symbolicznych sił wojskowych ośmiu europejskich państw na teren Grenlandii należącej do Danii w celu zapobieżenia zajęcia tej największej wyspy świata przez USA. Jak wiadomo, wszystkie opisane tu strony należą do NATO.

Jeśli nawet wysłanie tego kontyngentu jest farsą, to na pewno nie jest farsą pogłębiający się kryzys między Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Europą. Jest to bardzo niebezpieczne dla Europy, dla Polski, w sytuacji kiedy ciągle trwa wojna między Rosją a Ukrainą, a my graniczymy z tymi oboma państwami. Kryzys wywołał prezydent USA Donald Trump, który wyraził zamiar zdecydowanego nabycia Grenlandii od Danii.

- Reklama -

Spotkał się z odmową, więc w swoim stylu zapowiedział, „że Grenlandia jest kluczowa dla bezpieczeństwa narodowego i światowego. Nie ma możliwości odwrotu”. Tym samym dał znak, że nie ustąpi. Niezależnie od motywów, jakimi kierował się Trump, tymi oficjalnymi: bezpieczeństwem narodowym i eksploatacją surowców naturalnych, głównie pierwiastków ziem rzadkich oraz tymi nieoficjalnymi, czyli wzbogaceniem się klanu Trumpów i ich przyjaciół, trzeba powiedzieć, że problem obcych sił na tym bezbronnym terenie nie jest nierealny. Niedawno chińska misja naukowa w okręcie podwodnym mapowała tam dno Oceanu Arktycznego i jak twierdzą eksperci, także trasy światłowodów z Europy do Ameryki.

Donald Trump nie jest pierwszym politykiem amerykańskim mającym zamiar nabycia Grenlandii. W 1867 r. Sekretarz Stanu William Seward opracował plan nabycia wyspy, ale nie doszło do negocjacji. Po wojnie prezydent Harry Truman chciał ją kupić za 100 mln USD w złocie. Do tego pomysłu wrócił Trump podczas swojej pierwszej kadencji.

Grenlandia jest autonomiczną częścią Danii. Kopenhaga ma w swojej gestii sprawy zagraniczne oraz wojskowe. Stanowisko Danii jest jasne. Nie zgadza się na przekazanie Grenlandii USA ani na jej sprzedaż, ani tym bardziej na siłowe jej zajęcie przez siły zbrojne Ameryki. Mette Frederiksen, premier Danii, zdając sobie sprawę z nieproporcjonalności potencjału między USA a jej krajem, stwierdziła, że sprawa Grenlandii wykracza poza sprawy wewnętrzne Kopenhagi i wezwała inne państwa na pomoc. Dania konsultuje się z Wlk. Brytanią, Niemcami, Francją oraz z sekretarzem NATO Markiem Rutte.

Sama Dania jest bezradna. Nie ma sił, żeby zabezpieczyć Grenlandię. Nie ma środków, żeby tam dokonać poważnych inwestycji. Sugeruje się, że również nie zajmowała się wystarczająco tą wyspą aż do czasu, kiedy zainteresował się nią Trump. Uważa się, że w związku z tym Grenlandczycy nie darzą Duńczyków uznaniem i że nawet ich nie lubią.

Grenlandia

To największa wyspa świata, terytorialnie prawie siedem razy większa od Polski. Jej położenie pomiędzy Kanadą a Arktyką powoduje, że Grenlandia ma zasadnicze znaczenie geopolityczne dla kontrolowania wraz z Islandią i Norwegią najbardziej wysuniętej na północ części Atlantyku oraz zajęcie korzystnej pozycji w rywalizacji o Arktykę, co ma coraz większe znaczenie w sytuacji topnienia lodów i ożywienia transportu w tym regionie.

Wielkość populacji Grenlandii jest odwrotnie proporcjonalna do terytorium. Mieszka tam 56 tys. ludzi, czyli mniej więcej tyle samo co w podwarszawskim Piasecznie, co czyni ją szczególnie podatną w oczach wielkich państw na presję. 90 proc. ludności to Inuici, grupa eskimoska.

Podstawą eksportu tej wyspy jest rybołówstwo stanowiące 90 proc. jego wartości. Wartość całego eksportu wynosi ca. 1,66 mld USD. Eksportuje się przede wszystkim: ryby mrożone, skorupiaki, przetworzone skorupiaki i filety rybny. Eksport w przeliczeniu na jednego mieszkańca wynosi ok. 30 tys. USD. Dla porównania eksport USA, a także i Polski per capita wynosi niecałe 10 tys. USD.

Głównymi odbiorcami grenlandzkiego eksportu są: Dania 50 proc. oraz Chiny 23 proc., Wlk. Brytania, Japonia i Niemcy. Wśród pięciu najważniejszych państw sprzedających do tego kraju nie ma Chin, natomiast są: Dania (58 proc), Szwecja (19 proc), Hiszpania, Islandia i Kanada. Co ciekawe, w tym zestawieniu nie ma USA zarówno w eksporcie, jak i w imporcie.

Jeśli chodzi o udział Chin w grenlandzkim handlu, to zarzutu podnoszonego przez administrację Trumpa odnośnie do możliwego uzależnienia wyspy od Pekinu na tym etapie nie można uznać za realne zagrożenie. Chińczycy są obecni w tym handlu, ale jedynie w grenlandzkim eksporcie. Ich udział jest znaczny, ale nie dominujący. Nie mniej, można mówić, że Chiny wykazują już zainteresowanie Grenlandią.

Stanowisko społeczeństwa grenlandzkiego

Media wymieniają już cenę, za jaką USA chcą kupić Grenlandię. Ma to być 700 mld USD. Druga wersja o 1 mln USD dla każdego mieszkańca, czyli 56 mld USD. To są spekulacje. Znając Trumpa i jego biznesowe zdolności przyciskania kontrahentów, należy wykluczyć tę pierwszą wersję.

Mieszkańców Grenlandii najwyraźniej nie interesują pieniądze. Protestują, nie chcą być 51. stanem USA ani też stracić swojej quasi-niepodległości. Sprawiają wrażenie ludzi zadowolonych ze swojej pozycji. Myślą o niepodległości, ale raczej nie mają szans na samodzielne utrzymanie się. Dania kwotuje ich kwotą kilku mld Euro rocznie.

Stanowisko społeczeństwa amerykańskiego

Przeprowadzony przez stację telewizyjną CBS News sondaż w sprawie przyłączenia Grenlandii do USA przyniósł zaskakujące wyniki. Zaledwie 30 proc. ankietowanych Amerykanów akceptowało przyłączenie Grenlandii. Przeciwne było 70 proc., w sytuacji gdyby to wymagało użycia pieniędzy do zakupu wyspy. W badaniu Uniwersytetu Quinnipiac wyniki są bardziej przychylne dla administracji. Za było 37 proc., a przeciw 55 proc. Jeszcze gorzej wypadły wyniki, gdyby przejęcie dokonałoby się przy użyciu siły. W obu badaniach przeciwnych takiemu rozwiązaniu było zgodnie 86 proc. jego uczestników.

W badaniu CBS News takiego wariantu nie akceptowało aż 97 proc. zwolenników Demokratów, 90 proc. tzw. niezależnych i 70 proc. zwolenników republikanów. CBS News zadało uczestnikom sondażu do dodatkowe pytania. Odpowiedzi na nie kształtowały się następująco:

  • 69 proc. uważa, że przejęcie siłą wyspy równałoby się wystąpieniu USA z NATO;
  • 69 proc. sądzi, że przejęcie siłą wyspy spowodowałoby niestabilność na świecie;
  • 54 proc. – dzięki przejęciu USA zyskałoby dostęp do potrzebnych surowców;
  • 42 proc. – byłby to pokaz siły wobec Rosji i Chin.

Nasuwa się pytanie, dlaczego Amerykanie są tak sceptyczni przeciwko przejęciu Grenlandii? Jak wynika z sondażu, tylko wyraźna mniejszość chce wykupienia, a zajęcia siłą tylko zdecydowana mniejszość. Odpowiedź daje sondaż odnośnie do konsekwencji. Wbrew opinii o Amerykanach jako o ludziach, którzy nie interesują się światem, mają oni świadomość, że jednostronne przejęcie wyspy bez uzgodnień spowodowałoby, jak to określono, „niestabilność w świecie”, czyli zachęciłoby inne potęgi do podobnych zachowań.

Oni mają też świadomość, że to przyczyniłoby do rozpadu NATO. Poparcie dla tego sojuszu nadal jest duże w Stanach Zjednoczonym mimo całej pracy administracji Trumpa i samego prezydenta informujących o finansowym wykorzystywaniu Ameryki przez Europę w ponoszeniu kosztów funkcjonowania Sojuszu. Amerykanie mają bardzo głębokie poczucie wolności i demokracji jako najważniejszych wartości i dlatego niezrozumiałe dla nich byłoby siłowe przejęcie terytorium należącego do ich sojusznika, który podziela te same wartości i nie akceptują tego rodzaju konfliktu z kontynentem, który uważają za najbardziej zbliżony do nich cywilizacyjnie.

Mniejszy jest sprzeciw, w przypadku gdyby przejęcie wymagałoby poniesienia tylko kosztów finansowych.

Warto przypomnieć, że kiedy w 1867 r. USA zakupiło Alaskę od Rosji, też był wtedy sprzeciw. Ten pomysł nazywano „szaleństwem Sewarda”, od nazwiska sekretarza stanu, autora i negocjatora tego przedsięwzięcia. Izba Reprezentantów w swoim pierwszym głosowaniu odrzuciła tę transakcję. Obecnie, kiedy koszty utrzymania w USA są wysokie, nic dziwnego, że obywatele nie są za tym, żeby każdemu mieszkańcowi Grenlandii dać 1 mln USD z ich podatków.

Mysz, która ryknęła

W obliczu coraz większej marginalizacji Europy i nieliczenia się z jej interesami przez obecnego lokatora Białego Domu państwa europejskie zdecydowały się wysłać kontyngent wojskowy na wyspę. W skład tego kontyngentu weszli żołnierze z następujących krajów: Szwecja, Norwegia, Dania, Finlandia, Wlk. Brytania, Francja, Holandia i Niemcy. Mieli oni brać udział w ćwiczeniach rozpoznawczych. Ta solidarnościowa akcja poparcia dla zagrożonego sojusznika przemieniła się w farsę, jak inaczej bowiem można nazwać wysłanie kontyngentu składającego się z 37 żołnierzy, z czego 15 było z Niemiec. Tego wynika, że z pozostałych 7 państw było 22 żołnierzy, czyli ok. po 3 żołnierzy na kraj.

Poczucie farsy jest tym bardziej odczuwalne, że gdy prezydent Trump ogłosił, że na wymienione kraje nałoży dodatkowe cła importowe w wysokości 10 proc., zapadła decyzja o wycofaniu. W efekcie drużyna niemiecka po 2 dniach pobytu na tej wyspie ogłosiła wyjazd. Zachowanie liderów europejskich, a właściwie zachodnioeuropejskich – ponieważ wschodnioeuropejczycy solidarnie zbojkotowali tę farsę – można porównać do tytułu znanego swego czasu filmu „Mysz, która ryknęła” i do jego treści opisującej wyprawę armii pewnego europejskiego państwa, która w liczbie 7 łuczników wybrała się na podbój USA. Zachowanie liderów unijnych w sam raz można tak opisać: dużo mówią, zabierają głos na każdy temat, do wszystkiego się wtrącają, wszystkich chcieliby pouczać, ale w rozwiązywaniu skomplikowanych i nie tylko tych spraw są mało skuteczni, żeby nie powiedzieć nieraz bezradni.

Jednakże wydaje się, że Europa przebudziła się w końcu z letargu i nie wykluczone, że na Amerykę zostaną nałożone kontr-cła lub zostanie ograniczony dostęp amerykańskich koncernów do rynku europejskiego. Zobaczymy, czy jest tylko taktyka negocjacyjna, czy Europejczycy przekroczyli Rubikon własnej niemocy. Przekonamy się o tym podczas rozmów zainteresowanych stron w Davos.

Co powinna zrobić Polska

W polemice na temat przejęcia Grenlandii często pomijany jest aspekt prawny i eksponowany jest aspekt praktyczny tj. zajęcie tej wyspy, żeby nie wpadła we wrogie siły, czy aspekt ekonomiczny, potrzeba eksploatacji gospodarczej w poszukiwaniu tak niezbędnych dla zachodnich gospodarek metali ziem rzadkich, czego ani duńskie, ani inne europejskie przedsiębiorstwa nie czynią.

My powinniśmy bardzo sceptycznie podchodzić do tych argumentów i projektów zajęcia wyspy wbrew woli ich decydentów, tzn. Królestwa Danii, autonomicznego rządu grenlandzkiego oraz mieszkańców tego kraju. Nie powinniśmy akceptować argumentu prawa siły.

Należy przypomnieć, że w przeszłości, kiedy dokonano rozbiorów Polski, zaborcy tłumaczyli to bezprawie, m.in. argumentami słabości państwa, które może dostać się pod władzę rewolucjonistów biorących przykład z rewolucji francuskiej (porównanie z Grenlandią mającą się dostać pod władzę Chin), potrzebą stabilizacji terytorialnej mocarstw (porównanie z potrzebą bezpieczeństwa USA przez zwiększenie swojego terytorium), chaosem i anarchią szlachecką uniemożliwiającą efektywne rządzenie krajem (porównanie z zarzutem braku efektywnego wydobycia surowców mineralnych). W bliższej przeszłości po I WŚ Niemcy mówili, że Polska jest państwem sezonowym, a Sowieci uzasadniali kolejny rozbiór nazwaniem Polski bękartem Traktatu Wersalskiego.

Dlatego też powinniśmy być bardzo wstrzemięźliwi w tej sprawie i wydaje się, że biorąc pod uwagę nasze interesy, tj. stacjonowanie wojsk amerykańskich na terenie Polski i solidarność z europejskim sojusznikiem w NATO, najwłaściwszą polityką było stanowisko prezydenta Karola Nawrockiego o potrzebie rozwiązania tej sprawy w rozmowach pomiędzy prezydentem USA i premierem Danii.

Nie możemy jawnie wystąpić z wymienionego powodu przeciw USA ani też jawnie zignorować interesów Danii. W chwili próby dla Polski – oby nie nadeszła – inni mieliby świetny pretekst do nieudzielenia nam pomocy.

Jak to się skończy

Amerykanie prędzej czy później znajdą się na Grenlandii. Niekoniecznie jako gospodarze. Świat nie znosi pustki, a taką pustką jest obecnie ta wyspa, w sytuacji kiedy mocarstwa starają się zagospodarować każdą możliwą przestrzeń. Trump chciałby oczywiście przejść do historii jako ten, który uzyskał dla USA 51. stan. Można oczywiście założyć aneksję, ale bardziej prawdopodobne wydają się dwa warianty. Grenlandia zostanie państwem stowarzyszonym z USA albo też w ramach uzgodnień z Danią i z Grenlandią Ameryce zostanie przekazana odpowiedzialność za bezpieczeństwo wyspy i zostaną tam pobudowane amerykańskie bazy wojskowe, a amerykański biznes otrzyma prawo eksploatacji bez zmiany statusu międzynarodowego wyspy.

Najnowsze