Bojownicy jemeńskiego ruchu Huti, należący do ugrupowania Ansar Allah, w odwecie za saudyjskie ataki lotnicze nasilili uderzenia na obiekty zlokalizowane w samej stolicy Królestwa. Skutecznie zaatakowali m.in. międzynarodowy port lotniczy w Er-Rijadzie. Huti wykorzystują fakt, że Saudom brakuje środków obrony powietrznej zdolnych do przechwytywania wszystkich wystrzeliwanych rakiet i dronów.
Terytorium Arabii Saudyjskiej jest olbrzymie i obejmuje niemal cały Półwysep Arabski, przez co tamtejsza armia nie jest w stanie zapewnić mu pełnej ochrony. W związku z tym Rijad zwraca się do sojuszników, by wywiązali się ze zobowiązań i pomogli w walce z Huti. Komentatorzy ostrzegają jednak, że może to doprowadzić do przekształcenia wojny w Jemenie w konflikt regionalny, który jeszcze bardziej skomplikuje i tak już złożoną sytuację na Bliskim Wschodzie.
Arabia Saudyjska boryka się z wyraźnym niedoborem systemów obrony powietrznej zdolnych do skutecznego przechwytywania rakiet i dronów wystrzeliwanych z Jemenu przez ugrupowanie Ansar Allah. Dowódcy tamtejszej armii zmuszeni są do ciągłego manewrowania posiadanymi siłami i przerzucania baterii z miejsca na miejsce. Wszystko po to, by chronić strategiczną infrastrukturę naftową oraz rezydencje członków saudyjskiej dynastii panującej. Wielu ekspertów wskazuje, że problem Rijadu nie ogranicza się wyłącznie do zbyt małej liczby systemów Patriot, które stanowią fundament obrony przeciwlotniczej kraju. Rozwiązanie to jest po prostu zbyt kosztowne, by chronić każdy pojedynczy obiekt – zarówno przed tanimi dronami, jak i przed nisko lecącymi pociskami manewrującymi, stanowiącymi wyjątkowo trudny cel. Z kolei pozostałe systemy obrony powietrznej w saudyjskim arsenale są już przestarzałe i słabo sprawdzają się w warunkach współczesnego konfliktu.
Tymczasem zasoby rakiet i bezzałogowców Huti wydają się niewyczerpane. Według obserwatorów broń ta nie pochodzi wyłącznie z dostaw realizowanych przez Iran. Wspierani przez Teheran bojownicy rozwinęli również własne zdolności wytwórcze. W trudno dostępnych, górskich rejonach mają działać zakłady montujące środki napadu powietrznego. Choć deklaracji Huti o własnym „przemyśle zbrojeniowym” nikt niezależnie nie zweryfikował, ich uderzenia okazują się niezwykle celne.W efekcie Królestwo ponosi nie tylko dotkliwe straty finansowe, ale przede wszystkim prestiżowe. Jeden z najbogatszych krajów świata, aspirujący do roli lidera w świecie arabskim, od lat nie potrafi skutecznie zneutralizować zagrożenia ze strony górskiej partyzantki.
Upadający prestiż
Te straty wizerunkowe Er-Rijad ponosi nie tylko w oczach świata arabskiego, ale także wobec własnego społeczeństwa, co dla Saudów ma niebagatelne znaczenie. Twardo apelują więc do sojuszników, by dotrzymali słowa i przyszli z pomocą – choć jest to dla nich upokarzające. Ze względu na zasoby finansowe i pozycję w świecie arabskim Saudowie, zawierając sojusz z Turcją i Pakistanem, chcieli raczej umocnić własną pozycję i zneutralizować Ankarę. Tymczasem sprawy ułożyły się tak, że obecnie to właśnie od Turcji i Pakistanu muszą oczekiwać wsparcia militarnego.
Z trzech krajów należących do sojuszu zawartego w Mekce Arabia Saudyjska okazała się ogniwem najsłabszym. Turcja i Pakistan oświadczyły, że przyjdą Królestwu z pomocą. „Trójstronny sojusz” musi pokazać, że nie jest jedynie „papierowym tygrysem”, lecz jest zdolny do realnego działania i może stanowić regionalne centrum bezpieczeństwa. Najbardziej chętny do działania jest… Pakistan. Taki wniosek można wyciągnąć z deklaracji gen. Ahmeda Sharifa Chaudhry’ego, rzecznika pakistańskich sił zbrojnych. Oświadczył on stanowczo, że Pakistan popiera Królestwo Arabii Saudyjskiej zarówno dyplomatycznie, jak i fizycznie. Udzielając wywiadu dziennikarzowi „Arab News”, położył szczególny nacisk na słowo „fizycznie”. Zapewnił, że Pakistan podejmie każde działanie, o jakie poprosi go sojusznik, i nie cofnie się przed niczym. Szczególnie te ostatnie słowa zabrzmiały groźnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że Pakistan dysponuje bronią jądrową.
Co zrobi Pakistan?
Nie wiadomo, czy generał otrzymał zadanie nastraszenia Huti, czy też Pakistan rzeczywiście zamierza wystąpić przeciwko nim zbrojnie.
Saudom niewątpliwie zależy na tej drugiej opcji. Dotychczasowe działania, jak również doświadczenia USA w konfrontacji z Iranem wskazują, że samo lotnictwo nie wystarcza do odniesienia sukcesu. Potrzebne są też działania wojsk lądowych. Wkroczenie wojsk pakistańskich do Jemenu będzie miało dalekosiężne reperkusje. Kraj ten może stać się dla Islamabadu czymś w rodzaju Afganistanu. Armia pakistańska nie może zaś ugrzęznąć w Jemenie, nawet tylko częściowo. Sytuacja między Pakistanem a Indiami pozostaje napięta. Niektórzy obserwatorzy sądzą wręcz, że znów może dojść do wojny między nimi. W takiej sytuacji Islamabad musi mieć pod ręką wszystkie oddziały, a zwłaszcza te służące do obrony powietrznej, które na dzisiejszym polu walki mają decydujące znaczenie. Nie jest wykluczone, że napięcie na granicy indyjsko-pakistańskiej jest efektem celowego działania premiera Indii Narendry Modiego. Zdaje on sobie sprawę, że skuteczna interwencja Pakistanu w Jemenie znacząco podniosłaby znaczenie tego państwa – czym Delhi nie jest absolutnie zainteresowane. Indyjscy eksperci, a także obserwatorzy medialni bez ogródek mówią, że trójstronny sojusz zawarty w Mekce przez Arabię Saudyjską, Turcję i Pakistan stanowi geopolityczne wyzwanie oraz zagrożenie zarówno dla Indii, jak i dla Izraela, z którym Narendra Modi nawiązał strategiczne partnerstwo.
Erdoğan znalazł wyjście
Islamabad zdaje sobie sprawę z tych implikacji, jak również z faktu, że jego interwencja w Jemenie pogorszyłaby stosunki z Iranem. Teoretycznie Pakistan mógłby wysłać kontyngent wojskowy do obrony granicy Arabii Saudyjskiej przed zagrożeniem ze strony Huti. Taki kontyngent musiałby być jednak wyposażony zarówno w środki obrony powietrznej, jak i wyrzutnie rakiet oraz drony, by przy ich pomocy nękać terytorium kontrolowane przez Huti. Takie rozwiązanie wiązałoby się także z osłabieniem armii pakistańskiej, co wobec obecnej sytuacji na granicy jest raczej trudne do wyobrażenia.
Turcja także nie chce angażować się nadmiernie po stronie Arabii Saudyjskiej. Deklaruje oczywiście, że nie zostawi jej samej w wojnie z Huti. Jej prezydent Recep Tayyip Erdoğan, jak się wydaje, znalazł jednak rozwiązanie problemu. W imieniu Arabii Saudyjskiej pomóc mają wojska Syrii. Składają się one z podobnego elementu jak bojówki Huti, dzięki czemu łatwiej sobie z nimi poradzą. W zamian za zaangażowanie Arabia Saudyjska sowicie wynagrodzi Syrię, co odciąży Turcję od wydawania nadmiernych środków.
Na razie jest pewne, że sprawa szybko się nie skończy i będzie eskalować. Konflikt ten może również przekształcić się w wojnę regionalną.


