Polityczne mody szybko się zmieniają. Pewnie dlatego, że w olbrzymiej większości są intelektualną tandetą. Pamiętamy tych, pożal się Boże, „ekspertów”, ale i polityków, którzy gromko nakłaniali Polaków, aby raźno wskoczyli do „unijnego pociągu pierwszej prędkości”, bo inaczej zostaniemy na peronie „drugiej prędkości”. Bo rzekomo Rzeczpospolita musiała być wśród tych, którzy integrują Unię Europejską i centralizują ją, bo inaczej mieliśmy się skazać na wegetację gospodarczą i polityczny margines.
I gdzie są dziś owi lokalni – ba, lepiej do nich pasuje określenie: „prowincjonalni” – heroldzi unijnej „pierwszej prędkości”? Siedzą cicho niczym mysz pod miotłą. Widzą, że dwie lokomotywy owego potworka „pierwszoprędkościowego”, czyli Niemcy i Francja, rzężą i buksują ekonomicznie w miejscu, nie mówiąc o kryzysie politycznym i totalnym odwrocie establiszmentu politycznego, który dostaje w łeb z jednej strony nad Renem i Szprewą od Alternatywy dla Niemiec, a z drugiej – nad Sekwaną i Loarą od Zjednoczenia Narodowego Le Pen. Cóż, trudno, żeby w Berlinie rozmyślali o tym, „żeby było więcej Unii w Unii”, gdy AfD ante portas, bo po raz pierwszy w historii ma przewagę 8 punktów procentowych (sic!) nad wiecznie rządzącą formacją Angeli Merkel ps. „Herzlich Wilkommen”, czyli CDU-CSU. Skądinąd partia kanclerza Brandta, Schmidta i Schroedera, czyli SPD, nawet nie jest na partyjnym podium, zajmując czwarte miejsce. To pokazuje, że w Niemczech dzieje się to, co wcześniej we Włoszech, a potem we Francji, czyli następuje gruntowne przemeblowanie „elyt”.
A oto kolejna powracająca moda, by znów szybko przeminąć. Z unijnych i przywislanskich ambon głoszona jest ponoć pilna konieczność zmian Traktatów Europejskich (uwaga, koniecznie z dużych liter!), aby UE „nadążyła za zmieniająca się rzeczywistością”. Pomysł ten wraca niczym pijacka czkawka (nie, to nie jest aluzja do eks-szefa Komisji Europejskiej i ekspremiera zaiste Wielkiego Księstwa Luksemburga Jana-Klaudiusza Junckera). Prace były już na finiszu niemal dekadę temu, tj. na początku 2017 roku, ale na uroczystych obchodach 60-lecia traktatu rzymskiego wiosną tegoż roku sprawę „wielkiej reformy Unii Europejskiej” odłożono. Powód był doprawdy komiczny i pokazujący, jakie są priorytety UE i kto nią tak naprawdę trzęsie. Otóż przerwano robotę nad instytucjonalnym „zbawianiem” Unii, bo… jesienią 2017 miały być wybory do Bundestagu i uznano, że „wypada” poczekać na ich wyniki. Potem niemieccy wyborcy (a w konsekwencji politycy) spłatali Brukseli figla, bo „Mutti” kleciła rząd rekordowo długo jak na RFN – bo niemal pół roku – aż do Wielkanocy Anno Domini 2018. Gdy w końcu powstał kolejny rząd „schwarz-rot”, czyli czarno-czerwony gabinet CDU-CSU-SPD (już czwarty i ostatni rząd Frau Merkel), okazało się, że lepiej nie kończyć prac nad reformą Unii, bo za rok są wybory do Parlamentu Europejskiego i nie należy wkurzać wyborców dokręcaniem federalistycznej śruby. Słusznie obawiano się, że znacząco zwiększy to szeregi eurorealistów i eurosceptyków.
Kolejnym wzmożeniem na „froncie reformy UE” były robótki ręczne w europarlamencie pod koniec ubiegłej kadencji (2019-24). Przy sporej liczbie posłów nieobecnych oraz wstrzymujących się od głosu przeforsowano minimalną większością – ale jednak! – kolejny milowy krok do federalizacji, centralizacji i jednego euro-państwa. Tyle że potem znowu była kampania i nie chciano prowokować wyborców głupotami, a później wygrał Donald Trump i Bruksela musiała zabrać reformatorskie zabawki: nic już nie mogło być takie, jakie było.
Tylko przypominam watahy nad Wisłą i Odrą, które wieściły koniec Europy, jak „nie będzie wielkiej reformy Unii”. Dziś z ich strony słychać głośne milczenie owiec – sorry, baranów. Moda przeminęła, teraz służą już innej modzie, zapewne równie krótkotrwałej. Tak jak tej z wpychaniem Rzeczypospolitej do strefy euro. Pamiętam stada ekonomistów, biznesmenów, polityków znających się na wszystkim, którzy skandowali hasła o konieczności akcesu naszego kraju tam, gdzie „wszyscy już są”(?). Owa „silna grupa pod (euro)wezwaniem” była całkiem głucha na najbardziej zasadne argumenty ekonomiczne, nie mówiąc już o tych suwerenistycznych, bo tych klimatów ci państwo z definicji nie czuli. Dla tych aintelektualnych gości moda była ważniejsza od faktów. Konkretne przykłady, że tylko dwa kraje w eurozonie zyskały na wprowadzeniu wspólnej waluty euro (chodzi o Republikę Federalną Niemiec i Królestwo Niderlandów), nie były w stanie trafić do sekty fanów eurowaluty. Kolejne fakty – pokazujące, że słabsze ekonomicznie państwa Europy Południowej oraz naszego regionu (Litwa, Słowacja, potem Chorwacja, wreszcie Bułgaria) szczególnie dostały w d… przy tym systemowym poprawianiu bilansu eksportu Berlina – nie przenikały do zakutych łbów bezrefleksyjnych entuzjastów pozbywania się narodowej waluty. Teraz już siedzą cicho, widząc, że 70 proc. Polaków nie chce tego eksperymentu na żywym ciele narodu.
Nie warto ulegać modom i płynąć z prądem. Jak mawiał Zbigniew Herbert: „z prądem płyną śmieci”…


