Strona głównaGŁÓWNY"Lalka" Netflixa. Kto nakręcił tego gniota?

„Lalka” Netflixa. Kto nakręcił tego gniota?

-

- Reklama -

Nowa ekranizacja „Lalki” to nie żaden pojedynczy wybryk, lecz element szerszego schematu zastępowania tradycyjnej kultury przez korporacyjny produkt kulturopodobny.

Przyglądając się popisom netflixowych wersji Izabeli Łęckiej i Stanisława Wokulskiego, można dojść do wniosku, że ktoś robi sobie z nas ponury żart. Zamiast dobrze znanych postaci literackich widz obserwuje na ekranie bluzgające nieustannie osobopostacie, żywcem wyjęte z lewicowej manify. Nie trzeba zbyt wielu minut nowej „Lalki”, aby ostatecznie przekonać się, że przerabianie dobrze znanych dzieł literackich na feministyczną i dekadencką modłę jest zabiegiem wprost idiotycznym, odbierającym pierwotnemu dziełu jego największe i unikalne atuty.

- Reklama -

Reżyser serialu broni się przed zarzutami, twierdząc, że dokonał autorskiej reinterpretacji dzieła Bolesława Prusa, do której ma oczywiście prawo. Istnieje jednak bardzo wiele powodów, aby nie wierzyć w te zapewnienia. Gdyby bowiem twórca chciał nakręcić film o życiu w Warszawie w XIX wieku i przekonać nas, że żyjący wówczas ludzie wcielali w życie ideały promowane przez „Wysokie Obcasy”, wykorzystałby do tego celu postaci fikcyjne. Ponieważ jednak skorzystał z bohaterów powieści Prusa, jego rzeczywisty zamiar jest dość łatwy do odczytania.

- Reklama -

W poszukiwaniu właściciela

Nie taplając się dłużej w bagienku, jakie stanowi treść netflixowej produkcji, warto zadać sobie najważniejsze dla całej sprawy pytanie: kto dokładnie nakręcił nową „Lalkę”? A ściślej: kto jest właścicielem platformy Netflix? Ostatecznie bowiem to na właścicielu, a nie na wynajętych przez niego twórcach, spoczywa odpowiedzialność za całe przedsięwzięcie.

- Reklama -

Odpowiedź na to pytanie wcale nie jest prosta. Tak jak w przypadku zdecydowanej większości wielkich podmiotów gospodarczych we współczesnym świecie, Netflix nie ma jednego właściciela, gdyż jest strukturą korporacyjną. W oficjalnych sprawozdaniach spółki znaleźć można informację, że ponad 80 proc. akcji należy do inwestorów instytucjonalnych, w tym przede wszystkim do najbardziej znanych firm inwestycyjnych, takich jak BlackRock, Vanguard, State Street, Fidelity i wielu innych pomniejszych podmiotów czy też osób fizycznych.

Należy w związku z tym zadać kolejne pytanie o to, do kogo należą wspomniane powyżej firmy inwestycyjne. Biorąc pod uwagę sam akcjonariat, właścicielem owych gigantów jest bardzo złożona grupa inwestorów, w skład których wchodzą głównie BlackRock, Vanguard, State Street i Fidelity, a także wielka liczba pomniejszych podmiotów. Jest przy tym rzeczą oczywistą, że opisywane tu firmy inwestycyjne obracają nie tyle własnymi środkami, ile idącymi w biliony dolarów kwotami powierzonymi im przez niezliczoną liczbę firm, rządów, banków, funduszy oraz osób fizycznych z całego świata.

Próba ustalenia, do kogo należy spółka Netflix, jest w pewnym sensie zadaniem beznadziejnym, ponieważ – wyłączając zarząd sprawujący bezpośredni nadzór nad poczynaniami firmy – nie da się w praktyce wskazać nikogo, kogo można by zasadnie określić mianem osoby biorącej na siebie kluczową odpowiedzialność za jej działalność. Gdy Iksiński przejedzie autem na pasach pieszego, może za to trafić do więzienia. Gdy Netflix dopuści się zbrodni kinematograficznej, nikt nie zostanie pociągnięty do społecznej i moralnej odpowiedzialności – a to dlatego, że świat korporacyjny jest w rzeczywistości światem komunistycznym, choć korzystającym z kapitalistycznej otoczki.

Film nakręcony przez pieniądza

Kto zatem ponosi odpowiedzialność za nakręcenie feministycznej „Lalki”? W praktyce są to wszyscy, którzy inwestują środki na giełdzie. I to nie tylko grube ryby finansowe, słynni spekulanci, zawodowi traderzy czy przyjaciele Jeffreya Epsteina, ale także emeryci z całego świata oraz zwykli ciułacze korzystający z popularnych platform giełdowych. Lista klientów inwestycyjnej wielkiej trójki (czasem mówi się też o wielkiej czwórce) jest wręcz nieskończenie długa. Współczesny system finansowy i giełdowy umożliwia włączanie do grona swoich beneficjentów nawet najmniej zamożnych, bo tylko zbiorowe uczestnictwo daje gwarancję trwałości systemu, który polega w gruncie rzeczy na nieustannym psuciu pieniądza i próbie ucieczki przed tym zjawiskiem poprzez podejmowanie ryzykownych inwestycji.

Idąc dalej tym tropem, „Lalka”, z klnącą jak szewc Izabelą Łęcką, została nakręcona przez zbiorową chęć wyrwania się z kleszczy inflacji. W reżimie pieniądza fiducjarnego na powierzchni utrzymuje się tylko ten, kto agresywnie i wbrew dotychczasowym regułom kwestionuje zastany porządek, wypowiadając w pewnym sensie wojnę wszystkim, którzy czerpali dotychczas spokojne zyski dzięki stosowaniu ugruntowanych metod. Pusty pieniądz nagradza tych, którzy są z definicji niekonserwatywni, ponieważ burzą oni zastane hierarchie, są zachłanni na świeżo wykreowane środki, a niszczenie sprawia im satysfakcję.

„Lalka” Netfliksa to cios zadany polskiej literaturze klasycznej łopatą prosto w głowę, ale logika obecnego systemu finansowego wyraźnie premiuje takie zachowania. Kolejne fale kreowanego przez system finansowy pustego pieniądza wywołują wciąż nowe rewolucje gospodarcze, które domagają się kolejnych ofiar.

Wielkie zastąpienie w kulturze

W ostatnim czasie coraz częstszymi ofiarami tego procesu staje się polska kultura. Tak jak w przypadku składu narodowościowego Polski, globalistyczna machina finansowo-korporacyjna podejmuje stałe próby dokonania Wielkiego Zastąpienia. Masami ludzkimi najłatwiej jest zarządzać właśnie wtedy, gdy są wykorzenione, pozbawione silnej kultury i wiary. W tym właśnie celu już od dłuższego czasu w sposób systematyczny kolejne znane twory kultury popularnej są przerabiane na nową modłę, pozornie jako nowe interpretacje, lecz faktycznie po to, aby wgrać społeczeństwu nowy skrypt.

W świecie zachodnim napędzany pustym pieniądzem korporacyjny przemysł filmowy już od dłuższego czasu dokonuje próby zastąpienia najbardziej znanych symboli i postaci kultury nowymi tworami. Przodują w tym wielkie platformy streamingowe, które, tworząc nowe wersje znanych od lat dzieł, wprowadzają do nich wątki gejowskie, feministyczne, ekologiczne, antyhierarchiczne, równościowe oraz antychrześcijańskie. Początkowo zjawisko to traktowano jako przejściową eskalację ideologii woke, lecz dziś coraz wyraźniej widać, że jest to systematyczny i rozpisany na lata wysiłek zmierzający do stworzenia zupełnie nowego kanonu kultury.

Sceptycy stwierdzą zapewne, że nie da się przecież wymazać całej dotychczasowej kultury ludzkiej wraz z ugruntowanymi w niej przez wieki wzorcami i zasadami. Każdy kolejny rok przynoszący produkcje w stylu „Lalki” – których na całym świecie niestety nie brakuje – nieubłaganie spycha wcześniejszą twórczość na dalszy plan. Proces ten niestety dodatkowo napędza nieustanny postęp technologiczny, który zwiększa atrakcyjność nowych produkcji.

Drwiny z twórców netfliksowej „Lalki” powinny być więc powściągnięte – i to wcale nie ze względu na jakość samego dzieła. Problem wielkiego zastąpienia w kulturze będzie bowiem postępował i z pewnością nie będzie nam z tego powodu do śmiechu.

Najnowsze