Ofensywa proirańskiego ruchu Ansar Allach przeciwko siłom rządowym w Jemenie i jego ataki na Arabię Saudyjską oraz jej infrastrukturę naftową wywołały ogromne zamieszanie na rynkach naftowych. Rijad znalazł się pod ścianą. Ansar Allach nie tylko grozi uderzeniami w saudyjskie rafinerie i ropociągi, ale grozi zamknięciem wyjścia z Morza Czerwonego na Ocean Indyjski. To może jeszcze bardziej skomplikować sytuację na Bliskim Wschodzie.
Konflikt na Bliskim Wschodzie wciąż jest daleki od zakończenia. Iran nie dał się Stanom Zjednoczonym rzucić na kolana i nie skapitulował. Uruchomił swojego sojusznika, który podjętą przez siebie ofensywą znacznie skomplikował i tak już napiętą sytuację w regionie. Tym sojusznikiem jest szyickie plemię Huti w Jemenie, którego zbrojne oddziały Ansar Allach niespodziewanie rozpoczęły ofensywę w Jemenie, spychając rządowe siły tego kraju do głębokiej defensywy.
Ugrupowanie, które dotąd atakowało Izrael głównie za pomocą rakiet, w efekcie nowej ofensywy zajęło strategiczne pozycje nad Morzem Czerwonym. Dzięki temu w każdej chwili może zablokować ruch tankowców i innych statków przez cieśninę Babo al Mandab, łączącą Morze Czerwone z Oceanem Indyjskim. Oprócz samego wybrzeża siły Ansar Allach opanowały także strategiczny port Mokka i szereg wysp na Morzu Czerwonym.
Zaczęły też atakować terytorium Arabii Saudyjskiej, zmuszając ją do zamknięcia rezerwowego rurociągu, poprzez który eksportowała ropę naftową znad Zatoki Perskiej. Sytuacja ta mocno zaniepokoiła Rijad. Wsparcie lotnicze udzielane przez niego siłom rządowym w Jemenie okazało się dalece niewystarczające, by zatrzymać ich ofensywę.
W wyniku ich ofensywy ceny ropy, zwłaszcza marki Brent, znów poszły w górę. Rijad zwrócił się o pomoc do swojego tradycyjnego sojusznika, czyli Stanów Zjednoczonych, ale Donald Trump przed listopadowymi wyborami do Kongresu nie jest skłonny do otwierania drugiego frontu. Telefoniczne rozmowy saudyjskiego następcy tronu księcia Muhammeda bin Salmana z amerykańskim prezydentem nie dały nic. Także osobiste spotkania księcia z szefem Centralnego Dowództwa Sił Zbrojnych USA (CENTCOM) admirałem Bradem Cooperem, w którego strefie odpowiedzialności znajduje się Bliski Wschód, nie dało spodziewanego rezultatu. Admirał zaoferował mu tylko udostępnienie danych wywiadowczych dotyczących Jemenu.
Złośliwi obserwatorzy skomentowali tę sytuację następująco: Waszyngton, mając do wyboru otwarcie drugiego frontu na Bliskim Wschodzie albo ceny ropy, wybrał ceny ropy. Stany Zjednoczone są przecież jednym z liderów w jej wydobyciu, więc jakoś per saldo wyjdą na swoje.
Rijad do rozprawy z Huti i ruchem Ansar Allach zaczął szukać innych sojuszników. Jak widać, specjalnie nie liczył na Amerykę, choć niewątpliwie jej pomoc byłaby najefektywniejsza. Już 7 września zawarł w Mekce pakt obrony z Turcją i Pakistanem.
Przeciw Iranowi i jego sojusznikom
Pakt ten, zwany nieoficjalnie „Sunnickim NATO”, miał – jak twierdzą obserwatorzy – bronić swoich sygnatariuszy przed Iranem i jego sojusznikami. Oficjalnie nosił on nazwę Zjednoczone Obronne Porozumienie Mekki. Jego wdrożenie w życie okazało się jednak nie takie proste. Pakistan dysponuje silną armią, utrzymywaną w stałej gotowości bojowej z powodu konfliktu z Indiami, który wykazuje tendencję do regularnego odradzania się.
Pakistan zobowiązał się do wysłania do obrony Arabii Saudyjskiej 80 tys. żołnierzy, a także instruktorów do szkolenia wojsk lądowych Rijadu. Wydawał on dotąd ogromne kwoty na amerykańskie samoloty i środki obrony powietrznej, które do odparcia ataku sił Hutii okazały się mało przydatne. Naczelnik Sztabu Wojsk Lądowych Pakistanu gen. Syed Asim Munir, który od dawna opowiadał się za zawarciem paktu obronnego z Arabią Saudyjską, który skupił w swych rękach olbrzymią władzę, zaczął przypominać, że zawarte pakty trzeba dotrzymywać. Sprawa okazała się jednak nie taka prosta. Wysłanie wojsk do walki z Huti będzie tak czy inaczej miało wydźwięk antyirański. Konflikt z Iranem jest zaś Islamabadowi całkowicie niepotrzebny. Generałowi Munirowi przypomniano też, że w przeszłości opowiadał się za utrzymaniem jak najlepszych stosunków z Teheranem. Także Chiny, które politycznie wspierają Pakistan, są przeciwne, by angażował się on w konflikt na Bliskim Wschodzie.
Drugi po Pakistanie
Także wielu pakistańskich wojskowych zaczęło wyrażać obawy, czy interwencja ich wojsk na Półwyspie Arabskim nie skończy się trwałym ugrzęźnięciem w tamtym regionie. Obserwatorzy przypominają, że konflikt na Bliskim Wschodzie trwa już od bardzo dawna i końca jego nie widać. Wielu ekspertów przypomina również, że Pakistan jest drugim po Iranie państwem zamieszkałym przez muzułmanów – szyitów. Interwencja wojsk pakistańskich przeciwko plemieniu Huti, będącym także szyitami, może spowodować wewnętrzne napięcia. Lider opozycji w Senacie Pakistanu Nasir Abbas przestrzegał wojskowych przed udziałem w wojnie po stronie Arabii Saudyjskiej. Oświadczył, że sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby po jej stronie wystąpiły także Stany Zjednoczone. Skoro jednak te nie zgodziły się otwierać kolejnego frontu, to i Pakistan nie powinien się do tego spieszyć.
Aby przekonać wszystkich opornych w Islamabadzie, Rijad oświadczył, że w zamian za pomoc wojskową wesprze gospodarkę Pakistanu kwotą 8 mld USD, w formie dogodnych pożyczek i inwestycji. Dla Pakistanu nie jest to kwota do pogardzenia. Obserwatorzy sądzą, że pomoc Pakistanu póki co ograniczy się do szkolenia wojsk lądowych Arabii Saudyjskiej.
Trzeci uczestnik paktu z Mekki, czyli Turcja, oświadczył bowiem, że udzieli Arabii Saudyjskiej tylko technicznej pomocy. Dla niej pakt powinien mieć przede wszystkim charakter antyizraelski. Raijad zaś, jak nieoficjalnie wiadomo, zaczął rozmawiać o pomocy wojskowej także z Izraelem. W Ankarze przyjęto to ze zgrzytaniem zębów. Póki co Rijad z Huti będzie musiał radzić sobie sam. Ceny ropy będą zaś rosnąć.


