65 lat lat temu pojawiły się pierwsze doniesienia o odkryciu na brzegach Nowej Funlandii śladów obecności Skandynawów w Ameryce Północnej. Byli pierwszymi Europejczykami po drugie stronie Atlantyku na 500 lat przed Kolumbem. Badania pokazują, że ich wyprawy nie były jednorazowym epizodem.
We wrześniu 1961 roku gazety na kanadyjskiej Nowej Fundlandii, a w październiku w Norwegii opublikowały doniesienia o odkryciu przez małżeństwo norweskich archeologów bezsprzecznych dowodów na obecność mieszkańców północnej Europy w Ameryce Północnej. Mieli tam dotrzeć na pięć wieków przed Kolumbem.
Helge Ingstad i jego żona Anne Stine Ingstad na wbijającym się w Atlantyk cyplu L’Anse aux Meadows potwierdzili istnienie osady, w której mieszkali ci, których najczęściej nazywa się wikingami. To, co do tego dnia było najwyżej legendą o mitycznej Winlandii, stało się naukowo potwierdzonym faktem.
Mieszkańcy Skandynawii najpierw około 800 r. zasiedlili Wyspy Owcze. Rok 874 przyjęto jako początek kolonizacji Islandii. Około 980 roku z tej wyspy rozpoczął wyprawę w stronę Grenlandii lokalny renegat Eryk Rudy. W tym samym czasie przodkowie dzisiejszych Szwedów pływali na południe – do Bizancjum, a nawet do Bagdadu. Przywozili srebro, metale, jedwab. Z dzisiejszej Danii najwięcej wypraw trafiało w na Wyspy Brytyjskie i do Europy Zachodniej, najpierw rabując, a z czasem ściągając od miejscowych sowite daniny i okupy. Ci, którzy w IX i X wieku mieszkali nad norweskimi fiordami, płynęli w zupełnie nieznanym kierunku. Do dziś nie ma prostej odpowiedzi, dlaczego akurat ta grupa ruszyła na zachód, gdzie nic prócz niebezpieczeństw nie było pewne. Prof. Orri Vesteinsson z Uniwersytetu Islandzkiego, kierujący tamtejszym Instytutem Archeologii, porównał te wyprawy do współczesnych planów kolonizacji Marsa.
– Czasami mówi się o pewnym duchu tej epoki. Zmieniało się nastawienie ludzi: świat był gdzieś tam, więc trzeba było wyruszyć i go poznać. Każdy kolejny ląd sprawiał, że za horyzontem pojawiała się następna niewiadoma. Żeglarze byli aroganccy i podejmowali wyzwanie, ale nie dlatego, że w nowym miejscu miało być łatwiej żyć. Robili to, bo kusiło ich zmierzenie się z nieznanym – powiedział PAP Vésteinsson.
Dla żeglarzy, którzy pod koniec X wieku dopłynęli do wybrzeży Ameryki Północnej, nie był to zapewne nowy kontynent, a kolejny ląd na trasie – miejsce, gdzie można było przezimować, naprawić statek, uzupełnić zapasy i przygotować się do dalszej drogi.
Ciekawość, na którą zwrócił uwagę islandzki archeolog, miała jednak bardzo konkretną cenę. Podróż z Grenlandii do L’Anse aux Meadows zajmowała całe lato, a wyprawa dalej na południe mogła oznaczać nieobecność w rodzinnej Grenlandii przez co najmniej dwa lata. Ekspedycja dwóch lub trzech statków mogła angażować od 50 do 90 ludzi, podczas gdy cała nordycka społeczność Grenlandii liczyła około 2 tys. mieszkańców.
– Jeżeli większość uczestników wyprawy stanowili młodzi mężczyźni, z jej powodu znikała znaczna część siły roboczej – zauważył Vésteinsson.
Przez stulecia najważniejszym źródłem opowieści o tych wyprawach pozostawały sagi. Dwie najważniejsze relacje dotyczące Winlandii opisują podobne wydarzenia, ale różnią się kolejnością zdarzeń, bohaterami i szczegółami. Zdaniem Vésteinssona zachowały pamięć o czymś, co rzeczywiście się wydarzyło, ale nie można traktować ich jak dokładnego zapisu historycznego.
Helge Ingstad należał do tych, którzy wierzyli, że za opowieściami stoi prawdziwe wydarzenie. Znał dobrze pozostałości nordyckich osad na Grenlandii, a przed rozpoczęciem wykopalisk rozmawiał także z mieszkańcami Nowej Fundlandii, którzy wskazywali mu widoczne w terenie ślady.
– Niezwykłe było samo to, że spojrzał na to miejsce i rozpoznał, czym może być. Początkowo wielu ludzi było bardzo sceptycznych i minęło kilka lat, zanim powszechnie uznano, że rzeczywiście jest to stanowisko nordyckie. Ostatecznie nie rozstrzygnęły jednak sagi, tylko archeologia i przedmioty jednoznacznie europejskiego pochodzenia – powiedział badacz.
Helge i Anne Stine Ingstadowie byli małżeństwem od 1941 roku i przez lata wspólnie szukali materialnych śladów historii opisanej w sagach. Helge wnosił doświadczenie terenowe, znajomość Grenlandii.
– Miał też wyjątkowe wyczucie krajobrazu i upór w poszukiwaniach. Wiedział, że lokalni mieszkańcy nieświadomie dysponują kluczową wiedzą o swojej okolicy. Na Nowej Fundlandii to właśnie miejscowy rybak pokazał mu porośnięte trawą zarysy budowli, które Helge potrafił skojarzyć ze znanymi mu pozostałościami nordyckich osad – wyjaśnił Vésteinsson.
Intuicję podróżnika trzeba było jednak zamienić w dowód naukowy. To była rola Anne Stine Ingstad, wykształconej archeolożki, która w latach 1961–1968 kierowała siedmioma ekspedycjami wykopaliskowymi i międzynarodowym zespołem badaczy. To jej metodyczne wykopaliska i dokumentacja pozwoliły wykazać, że odkryte budynki oraz przedmioty rzeczywiście były nordyckie i pochodziły z około roku 1000.
– To jej rzetelność miała kluczowe znaczenie dla późniejszego odbioru odkrycia przez środowisko naukowe – podkreślił islandzki badacz.
Paradoksalnie dla części skandynawskich uczonych samo potwierdzenie obecności w Ameryce nie było w latach 60. szokiem. Wielu z nich nigdy nie kwestionowało podstawowej prawdziwości sag i reagowało na odkrycie w duchu: „przecież wiedzieliśmy o tym od dawna”. Dopiero w połowie XX wieku mocniej rozwinęło się podejście traktujące sagi przede wszystkim jako dzieła literackie powstałe kilka stuleci po opisywanych wydarzeniach.
Kolejne badania zmieniły natomiast obraz samego L’Anse aux Meadows. Dziś nie uważa się tego miejsca za próbę założenia trwałej kolonii rolniczej. Bardziej przypominało stację etapową.
– Skoro sama podróż z Grenlandii na Nową Funlandii zajmowała jeden sezon żeglugi, potrzebne miejsce, gdzie można było przezimować, naprawić statki i przygotować się do dalszej podróży. Według dominującej opinii środowiska, właśnie temu miało służyć L’Anse aux Meadows – zwrócił uwagę Vésteinsson.
Dowodem na to, że Skandynawowie płynęli dalej na południe, jest znaleziony na nowofundlandzkim stanowisku orzech drzewa, które tam nie występuje. Aby tam trafił, ktoś musiał po niego dotrzeć co najmniej w okolice Zatoki Świętego Wawrzyńca.
– Wiemy też, że europejscy żeglarze korzystali z odkrytej 65 lat stacji więcej niż raz. To nie była jednorazowa wizyta, lecz miejsce wielokrotnie wykorzystywane – powiedział Vésteinsson.
Jeszcze ciekawsze są ślady późniejszych kontaktów. Tym razem na Grenlandii w warstwach z XIII i XIV wieku znaleziono drewno gatunków, które nie rosną ani w Arktyce, ani w Europie, za to występują w Labradorze. Zdaniem archeologa wskazuje to, że Grenlandczycy jeszcze setki lat po pierwszych wyprawach nadal przeprawiali się przez Cieśninę Davisa, prawdopodobnie właśnie po drewno.
– Ludzie nadal przekraczali wody północnego Atlantyku długo po wyprawach do legendarnej Winlandii. Stało się to po prostu czymś zwyczajnym, o czym nikt nie uważał już za konieczne opowiadać. Musiało też dochodzić do kontaktów z rdzennymi mieszkańcami Ameryki, bo znajdujemy przedmioty nordyckie w ich stanowiskach i przedmioty miejscowe na stanowiskach nordyckich – powiedział.
Nie wiadomo jednak, jak wyglądały te relacje. Archeolodzy nie potrafią dziś rozstrzygnąć, czy chodziło o handel i wymianę, czy czasem jedynie o przejmowanie przedmiotów pozostawionych przez drugą stronę.
Po odkryciu przez Ingstadów L’Anse aux Meadows wielu badaczy ruszyło na poszukiwanie kolejnych nordyckich stanowisk w Ameryce Północnej. Jednak przez 65 lat nie znaleziono ani jednego nowego miejsca o porównywalnym znaczeniu.
– To nie znaczy, że innych obozów nie było. Jestem pewien, że jeszcze pojawią się odkrycia, które zmienią nasz obraz przeszłości, bo historia archeologii pokazuje, że tak się dzieje. Ale L’Anse aux Meadows pozostaje na razie miejscem wyjątkowym – podsumował Vésteinsson.


