Dziennikarze Kanału Zero dotarli do rodziców, którym odebrano dzieci po głośnej „interwencji” Rzecznik Praw Dziecka Moniki Hornej-Cieślak, do której doszło w sierpniu na jednej ze stołecznych ulic. Para przedstawiła swoją wersję wydarzeń, która różni się od opowiadanej przez RPD w mediach.
– Odprowadzałam dzieci do przedszkola, więc jechaliśmy komunikacją miejską. Syn nie posłuchał się, bo wybiegł sobie na ulicę. Prosiłam go trzy razy na początku, żeby wrócił, za czwartym razem faktycznie krzyknęłam, bo zauważyłam, że samochody mają zielone światło i zaczynają ruszać. Syn nie wrócił, więc złapałam go za rękę i ściągnęłam go po prostu z jezdni – relacjonowała matka dzieci.
– Pani rzecznik podeszła, zaczęła się czepiać, że dlaczego krzyczę na swoje dziecko – dodała.
– Czy pani rzecznik nagrywała to zajście? – zapytał jeden z dziennikarzy.
– Na początku tego nie nagrywała (…) Dysponuje nagraniem, ale to nagranie również było w sądzie, na rozprawie. Nagranie zaczynało się od momentu, kiedy pani rzecznik już była przeze mnie zwyzywana za bezprawne robienie zdjęć moim dzieciom – do czego się praktycznie nie przyznała – powiedziała kobieta.
Dodała, że RPD miała robić dzieciom zdjęcia, „i to jeszcze tak jakby z ukrycia, tylko nie wyłączyła dźwięku w aparacie”.
Przyznała też, że nie rozpoznała, kim jest kobieta, która zaczepiła ją na ulicy. – Dla mnie to była obca kobieta. Rzekomo się przedstawiła, że jest Rzecznikiem Praw Dziecka, poprosiłam o to, żeby pokazała legitymację, to zaczęła czegoś szukać w tej swojej sukience, ale nic mi nie przedstawiła, kompletnie. Żadnej legitymacji, żadnego papierka, nic – relacjonowała.
Pytana, czy użyła wobec dziecka wulgarnych słów, kobieta powiedziała, że „wobec dziecka nie”. – A wobec niej tak – dodała.
– Nigdy w życiu bym syna na k nie nazwała, bo dobrze wiem, o jakie słowo jej chodzi. Tego sformułowania użyłam do niej – i nie tylko na k, ale też i na s – wyjaśniła.
Pytana, dlaczego tak powiedziała, odparła: „z powodu właśnie tego, że zaczęła robić zdjęcia moim dzieciom”. – Nie lubię, jak ktoś to robi, nie wiem, kim była ta kobieta i nie wiem, co miała w planach zrobić z tymi zdjęciami moich dzieci, więc troszeczkę się zdenerwowałam. No jeszcze ta sytuacja stresowa, gdzie praktycznie prawie potrącił samochód moje dziecko – dodała.
– W tym wywiadzie pani rzecznik też twierdziła, że dzieci, kiedy pani próbowała odejść stamtąd w stronę swojego domu, że dzieci nie chciały z panią iść. Jak to wyglądało z pani perspektywy? – pytał jeden z dziennikarzy.
– Dzieci były zdenerwowane i zestresowane całą sytuacją, więc szły do domu niechętnie, ale iść – szły. Jak mówiłam, że idziemy do domu, to szły do tego domu. Szły powoli, bo były przestraszone – mówiła kobieta.
– Pani rzecznik w tym wywiadzie opisała, że aż dzieci trzymały się szyby i tak bardzo nie chciały pójść – wtrącił dziennikarz.
– Nie trzymały żadnej szyby (…) To było tak, że otworzyłam klatkę czipem, weszliśmy na klatkę, dzieci pobiegły w stronę windy, żeby wezwać windę, to pani rzecznik się ze mną szarpała o drzwi do bloku – opisywała kobieta.
– Chciała wejść za mną, zobaczyć do jakiego lokalu wchodzę, pod jakim numerem mieszkania mieszkam. No ale nie weszła, można powiedzieć nie pozwoliłam jej – dodała.
Kobieta opisała, że po około dwóch godzinach od momentu powrotu do domu, odwiedził ich dzielnicowy.
Po „interwencji” RPD dzieci zostały zabrane z rodziny. Na tym jednak problemy się nie skończyły, bowiem właściciel mieszkania wypowiedział parze umowę, dając tydzień na opuszczenie lokalu. Aktualnie matka razem z dziećmi mieszka w ośrodku interwencji kryzysowej, a jej partner szuka nowego mieszkania dla rodziny. Mężczyzna podkreślał, że nie miał żadnych zaległości w opłatach, jednak do dziś nie dowiedział się jaki był powód wypowiedzenia umowy.
Z relacji kobiety wynika, że dzieci trafiły do placówki opiekuńczej 15 sierpnia. – W poniedziałek byliśmy w sądzie od 8 rano, o 14 była sprawa, o 17 dostaliśmy papier z sądu, że możemy odebrać dzieci – dodała.
Rodzice odnieśli się także do informacji medialnych o przemocowej przeszłości – niebieskiej karcie i wyroku za rozbój. Kobieta przyznała, że założono jej tzw. niebieską kartę, ale „z powodów mieszkaniowych”. – Po prostu warunki mieszkaniowe były zbyt złe na to, żeby dzieci tam się wychowywały, rozwijały i przebywały – powiedziała, wyjaśniając, że chodzi o inne mieszkanie, w którym mieszkała z babcią i bratem. Dodała, że karta została założona około dwa lata temu i nie miało to żadnego związku z przemocą.
Z kolei mężczyzna przyznał, że kilka lat temu odsiedział wyrok za sprawę, która także nie miała żadnego związku z przemocą, ani z dziećmi. Podkreślał też, że nie miał nic wspólnego z tzw. niebieską kartą swojej partnerki.
Para zaznaczyła także, że w trakcie odbierania im dzieci funkcjonariusze zapewnili, że ktoś z rodziny może zająć się opieką nad nimi, jednak – jak wynika z ich relacji – gdy babcia dzieci pojawiła się na miejscu, nie przekazano jej ich pod opiekę. – Pan komendant stwierdził, że nie i koniec, kropka – powiedziała kobieta.


