Fiskus nie odpuszcza Polakom. Jak podała „Rzeczpospolita”, na celowniku coraz częściej są osoby, które kupiły coś, na co zdaniem urzędników, nie powinno być je stać.
„Skarbówka coraz częściej interesuje się tymi, którzy wydają więcej niż oficjalnie zarobili. Chodzi o bogaczy, ale nie tylko” – podała „Rzeczpospolita”.
Pracownicy fiskusa coraz częściej szukają tzw. przychodów z nieujawnionych źródeł.
– Ostatnio takich spraw jest coraz więcej. Skarbówka wysyła wezwania podatnikom i muszą się gęsto tłumaczyć, skąd mieli pieniądze na zakupy – powiedział „Rzeczpospolitej” Grzegorz Gębka, doradca podatkowy w kancelarii GTA.
Sprawdzane są np. kupna samochodów przez osoby, które nie wykazywały dochodów lub duże zakupy osób, które mają minimalną pensję. Gębka dodał, że „w sporach z fiskusem nie pomaga powoływanie się na oszczędności w skarpecie”, co wskazuje, że dla skarbówki pojęcie „oszczędzanie” to nieistniejące słowo.
Gębka podkreślił, że urzędnicy żądają wykazania źródła pochodzenia pieniędzy. Tutaj często ludzie powołują się na darowizny od rodziny. Państwo nie nakazuje obecnie zgłaszania spadków i darowizn do 36 120 zł. Nie trzeba też zgłaszać rodzinnych pożyczek do tej wysokości.
Czasem też Polacy powołują się na dochody zwolnione z PIT. Jako przykład wskazano sprzedaż grzybów.
Jeśli jednak skarbówka postanowi uderzyć w Polaka, który nie przekona urzędnika do swojej wersji, konsekwencje mogą być niezwykle bolesne. Urząd może bowiem nałożyć haracz zwany podatkiem w wysokości aż 75 proc. Fiskus nalicza go od nadwyżki wydatków nad ujawnionymi przychodami.
Szkoda, że tacy skrupulatni urzędnicy nie są, gdy trzeba podliczyć polityków i ich rodziny na etatach za nasze pieniądze.


